Rovinj, widok z okna/fot. azw

Dlaczego tak podoba mi się ten kraj? Nie wiem. Dlaczego czuję się tam tak dobrze? Też nie wiem. To pewnie jedna z tych tajemnic, która  pozwoliła Frances Mayes napisać Pod słońcem Toskanii. Pewnie nie zamieszkam tam na stałe, ale jeśli los i finanse pozwolą, chciałabym jeździć co roku. I zobaczyć nie tylko letnie, umakijażowane, turystyczne oblicze, jak do tej pory, ale codzienne życie tego, na szczęście nie dotkniętego tak mocno i boleśnie bratobójczą wojną, regionu.

– Jedziemy?
– Jedziemy, ale dokąd ?
To niełatwa decyzja dla narkomanek podróży – mnie i mojej przyjaciółki Ewy – bo nie jest nam wszystko jedno, w jaki sposób spędzimy ten krótki urlop. 10 dni to niezbyt długo, żeby dużo zobaczyć i jednocześnie odpocząć.
Leżymy nad rozłożonymi na podłodze mapami, folderami i notatkami z opowiadań znajomych. Z żalem patrzę na południe, Dubrownik i Trogir nie leżą w zasięgu niezmordowanych, ale i niezmotoryzowanych podróżniczek. Nie ruszymy się zatem poza Kvarner, czyli wyspowy rejon pomiędzy półwyspem Istrią a lądem.

Pierwsza poważna decyzja to samolot z Warszawy do Zagrzebia, który oszczędza nam dwa dni. Po kilku godzinach burzy mózgów wyłania się konkretna trasa, którą przedstawiamy pozostałym dwóm uczestniczkom żeńskiej załogi do akceptacji lub – hmm… – niech przedstawią lepszą. Trasa pierwszych dni pokrywa się z poprzednią moją wyprawą, ale czego nie robi się dla przyjaciół. Pozostały miesiąc to ubieranie planu w konkretne cenowo-lokalowo-biletowe elementy.
Jak to dobrze, że bezkarnie mogę buszować w Internecie, strona pierwsza, druga, dziesiąta…. setna; kolorowe obrazki migają mi przed oczami. Chyba najlepsza, ze sprawdzonymi, aktualnymi odnośnikami i informacjami to: www.croatia.hr

W godzinę przemieszczamy się we trzy  z Warszawy do Zagrzebia, małym, rejsowym samolotem. Uff, chyba wolę cięższe maszyny, bo ta mała cygaretka zdecydowanie zbyt mocno buja w powietrzu; tym bardziej, że góry w pobliżu stolicy Chorwacji powodują powstanie turbulencji. W Zagrzebiu czeka na nas już czwarta uczestniczka wyprawy, Rosjanka Elena, która przyleciała dzień wcześniej.
Lotnisko jest położone daleko od centrum, mamy godzinę na dotarcie do dworca autobusowego, skąd wyruszamy w dalszą podróż. Decydujemy się na taksówkę, z podejrzeniem natknięcia się na mafię taksówkową, jednak cena jest stała – 200 kun; miły i nieźle mówiący po angielsku taksówkarz dowozi nas bez problemu.

Bilety autobusowe, zarezerwowane uprzednio przez telefon w Warszawie, możemy wymienić na wcześniejsze. Co za ulga, nie dotrzemy do Rovinja o 11 w nocy tylko 3 godziny wcześniej. Biorąc pod uwagę, że następnego dnia rano wyruszamy na rejs do Wenecji, jest to wspaniała informacja.

Rovinj, promenada/ fot. azw    Podziwiamy widoki, zieleń, zieleń, mnóstwo soczystej zieleni. Zapada zmrok, znużone nie zauważamy momentu, kiedy dojeżdżamy do celu. Dwa tanie noclegi w określonym terminie w Rovinju, niezbyt daleko od centrum i od dworca to był jeden z trudniejszych elementów podróżnej układanki.

Hm, niedaleko… bez bagaży i owszem, kółeczka walizek na kostce promenady bezlitośnie ześlizgują się, powodując niezamierzone slalomy. Oświetlona barka z pamiątkami kołysze się, w głowie szumi… Hotel o wdzięcznej nazwie Monte Mulini okazuje się być na samym końcu długiej promenady i na dodatek pod górę prowadzi niezliczona liczba schodków.
Zaspana i nieprzytomnie wyglądająca recepcjonistka nie może znaleźć rezerwacji, wnętrze hotelu nie zachwyca, meble pamiętające lata 70-te, obtłuczone lustro. Opadającą żaluzję podtrzymujemy krzesłem. Wszystko rekompensuje widok, jaki następnego poranka ukazuje się naszym oczom. ( zdjęcie) Tylko dlaczego te łódki nie są nasze…

Pokaźny, błękitno-żółty katamaran Prince of Venice pozostawia za naszymi plecami Rovinj. Nuda… kury, kaczki, droga na Ostrołękę, zaraz, zaraz, to przecież nie ten film. Nasza koleżanka z Rosji ma jednak więcej „atrakcji”.
Licznych uczestników wycieczki z krajów byłego ZSRR odróżniają od reszty pokaźnej grubości teczki pod pachami. Oprócz kopii voucherów, paszportu, dowodu, biletów powrotnych na statku muszą wypełnić kilkustronicowy formularz. Przy zejściu na ląd zabierane są paszporty, odprawa trwa… no tak, my już zapomniałyśmy, że kiedyś nasz kraj był za Żelazną Kurtyną.

Wenecja, dmuchacz szkła/fot. azw    Schodzimy na ląd, zaczynam ziewać, Wenecja nie jest dla mnie atrakcją, spędziłam tu dwa tygodnie, złaziłam rzadko uczęszczane przez turystów zakątki, kościoły, muzea, potem dwa razy wracałam jeszcze po jednym dniu, również podczas poprzedniego pobytu w Chorwacji, trzy lata temu. Jednak nasza przewodniczka biegle władająca angielskim, niemieckim i włoskim mówi tak zajmująco, że spoglądam innym okiem na dobrze znane mi mury i kanały. I coś nowego tym razem, na co wcześniej nie było mnie stać. Płyniemy gondolą, najprawdziwszą , z zabójczo przystojnym gondolierem w pasiastej koszulce i słomkowym kapeluszu.

I odwiedzamy, wydawałoby się oklepaną turystyczną atrakcję, czyli manufakturę szkła (jak wiadomo, Wenecja  znana jest m.in. ze wspaniałych ozdób szklanych z Murano). Czary. Uśmiechnięty dmuchacz szkła w 30 sekund z bezkształtnej szklanej masy tworzy zachwycająco pięknego konia z kwadrygi z bazyliki Świętego Marka.

Rovinj/fot. azw   Powrót z Wenecji do Rovinja to jedno z piękniejszych doświadczeń estetycznych. Panorama murów miasta w promieniach zachodzącego słońca, to jeden z tych fotograficznych momentów pamięci. Tym razem udało mi się również uchwycić go na kliszy.

Dzień następny przed dalszą podróżą, to zwiedzanie Rovinja. Jego historia sięga czasów III w. n.e. i aż do XVIII w. miasto znajdowało się na wyspie Mons Albanus; obecne stare miasto to właśnie ta część. W 1763 kanał pomiędzy wyspą a półwyspem Istria zasypano i miasto zaczęło się rozrastać. Ponad murami góruje dzwonnica kościoła patronki miasta, Św. Eufemii z brązową figurką świętej, obracającej się pod wpływem wiatru .

Z tą świętą wiąże się legenda. Pewnego poranka, w VIII w., nagle wszystkie kościelne dzwony rozdzwoniły się. Mieszkańcy wylegli na brzeg morza i ujrzeli podpływający lekko na falach marmurowy sarkofag, który otworzył się i oczom zdziwionych ludzi ukazało się ciało pięknej dziewczyny. Na pergaminie znalezionym u jej boku odczytano, że jest to Św. Eufemia, zmarła śmiercią męczeńską 16 września 304 r w Chalcedonie. Ten dzień obchodzony jest uroczyście jako święto miasta . Istniejący kościół został jednak zbudowany dopiero w XVIII wieku, a wykończony w XIX w.  Rovinj, grobowiec św. Eufemii/fot. azw

Wędrowałyśmy spokojnymi, kamiennymi, oślepiająco białymi w słońcu uliczkami, podziwiając szmaragdowe morze. Jest tyle miejsc wokół… chociażby park krajobrazowy Złoty Przylądek. Następnym razem niestety.

Część edukacyjną podróży miałyśmy za sobą, następne siedem dni postanowiłyśmy spędzić, leżąc brzuchem do góry na plaży. Palec trafił na wyspę Krk, a potem do miejscowości o swojsko brzmiącej nazwie Baška.
Przejazd autokarem z Rovinja przez Rijekę do Baški był męczący. Upał po poprzednim, dosyć rześkim i z wieczorną burzą dniu, ogromny. Pani w kawiarni w Rijece ze zdziwieniem obserwowała mnie, jak zamiast wlać wodę mineralną z lodem do swojego wnętrza, chowam szklankę pod stół. A ja po prostu przykładałam zimne szkło do spuchniętych i bolących kostek.

Krk to największa na Adriatyku wyspa, o powierzchni 410 km². Połączona z lądem Krckim Mostem w miejscowości Kraljevica. Podobno klimat jest tam łagodny, winnice, gaje oliwne itp. A morze ma w lecie temperaturę 23-25 stopni Celcjusza. Taaak… przez cały tydzień upał był upiorny, południe nie nadawało się na nic innego oprócz spania, natomiast morze swoją temperaturą przypominało Bałtyk o tejże porze. Różnica ogromna. A kilkadziesiąt kilometrów dalej, na wyspie Rab, dokąd popłynęłyśmy na całodniową wycieczkę, morze rzeczywiście było upojnie ciepłe. Chyba miałyśmy nieszczęście trafić na zimny prąd.
Ale poza tym wszystko było na swoim miejscu. Góry nad łagodnym łukiem zatoki, który widziałyśmy w pełnej krasie z balkonu naszego apartamentu, oplecionego winoroślą , kołyszące się sosny i dźwięk porannych dzwonów z kościołów.

Baska/fot. azw    Baška leży na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy i jako jedno z nielicznych nadmorskich miejsc w Chorwacji ma piaszczystą, dwukilometrową plażę. A turystycznie znana jest już od początków XX wieku, kiedy w 1904 założono „Towarzystwo upiększania miasta”.
Nas jednak przede wszystkim interesowały 4 km promenady (Lungormare), a o tym że w Jurandvorze, 2 km od Baški odnaleziono jeden z najważniejszych kulturowych zabytków Chorwacji, Bašćanską pločę, tablicę z  napisami w głagolicy, dowiedziałyśmy się po powrocie. A tydzień spędziłyśmy cudownie lekko i beztrosko. Chorwaci są niesłychanie przyjaźnie nastawieni do turystów i nie ma w tym nic sztucznego, z czym na przykład zetknęłam się w Hiszpanii. A poza tym są oczywiście przystojni.

Znaczne fundusze przeznaczyłyśmy na wystawne kolacje. Z założenia. Oczywiście, można przeżyć tam tydzień za nieduże pieniądze, tym bardziej, że ceny artykułów spożywczych nie odbiegają znacznie od tych w Polsce, ale tracić świadomie tę przyjemność, jaką daje dobra kuchnia – co to, to nie.
Obiad zazwyczaj stanowiły: lubenica – arbuz, grožđe – winogrona, dinja-melon i breskve czyli brzoskwinie.menu obiadowe/fot.azw

Kolacje celebrowałyśmy codziennie gdzie indziej, a starczyłoby miejsc na niezliczone tygodnie posiłków.
Kuchnia chorwacka w tym regionie to przede wszystkim owoce morza, ale też niezliczone odmiany i smaki pizz i past, m.in. z anchois. Przystawki, to zarówno typowo włoska mozarella z pomidorami, jak i specjalności chorwackie. Nie będę oryginalna, bardzo mi smakował pršut – suszona szynka wieprzowa i paški sir (owczy ser z wyspy Pag). A jako wielbicielka różnego rodzaju salami i ostrych wędlin, w moim powrotnym bagażu znalazłam miejsce dla kilku pętek ostrej kiełbaski z chili – kulen.

Jadłam też pierwsze, i mam nadzieję, nie ostatnie w moim życiu ostrygi (kamenice), i ostrygi/fot. azwbardzo mi smakowały, oczywiście popijane dobrym winem. O ile moja poprzednia chorwacka wyprawa przebiegała pod znakiem pelinkovaca, o którym ze zdziwieniem dowiedziałam się po powrocie, że piłam nic innego, tylko absynt (w upale skutkowało to natychmiastowym odjechaniem po odrobinie trunku), to ten wyjazd pozostawił w moich ustach laika smak doskonałych win, których niestety w Polsce brak. A w ogóle, w dobrym towarzystwie wszystko smakuje lepiej, nawet zwykła woda.

Nie był to może wyjazd szaleńczy i pełen przygód, ale pełen zapachów, kolorów i smaku.

 

Zdjęcia z archiwum autory

Zobacz też: Chorwacja: migawki z podróżyAlpy nad Adriatykiem: Słowenia