Warto mieć na uwadze, że niemowlak powinien jakiś czas spędzać bez pieluchy (żeby uniknąć odparzeń). Łatwa w czyszczeniu podłoga jest wtedy szczególnie ważna, bo trzeba przewidziec ryzyko „wypadków”. Musisz też mieć na uwadze, że, nawet jeśli jesteś pewna, że twoje dziecko będzie jadło tylko w specjalnym krzesełku i nigdy z niego nie wylezie (gdyż będzie grzeczne  i dobrze wychowane), to, hm….. zawsze jeszcze może puścić pawia na podłogę. Próba wywabienia pawia z wykładziny może się skończyć tak, że i wykładzina, i odkurzacz będą się nadawać do wymiany (ze względu na zapach).

Jeśli już masz wykładzinę i w tym momencie załamujesz się, pamiętaj, że zwykły, plastikowy kosz na bieliznę przyjacielem twym. Jeśli właśnie chcesz nauczyć jeść dziecko banana, a ono odmawia siedzenia w krzesełku albo chcesz go potrzymać bez pieluchy – taki kosz jest i łatwiejszy w umyciu i przez wiele dzieci lepiej akceptowany niż kojec.

Przy łóżeczku (a także przy waszym łóżku, jeśli będziesz tam czasem kłaść malucha) dobrze zainstalować jakiś dywanik, jeśli stoi ono na drewnianej podłodze, a zwłaszcza, jeśli na kafelkach. Nigdy nie wiadomo, kiedy maluch opanuje sztukę wspinania się (i wypadania)!!! Upadek na dywanik jest nieporównanie łagodniejszy. W ogóle dywanik ma tą zaletę w porównaniu z wykładziną, że w zależności od tego, czy nasze dziecko właśnie fika fikołki, czy uczy się malować, dywanik można zwinąć lub rozwinąć. Dywanik oczywiście nie może się ślizgać – jeśli już instalujemy taki przy łóżeczku, to lepiej, żeby łóżeczko stało na nim. I dobrze, żeby miał warstwę antypoślizgową od spodu.

Poziom podłogi to również często gąszcz kabli przy ścianie – jeśli się plączą jakieś, a to od telefonu, a to od lampki, a to od głośników, nawet jeśli ci do tej pory nie przeszkadzały, bo biegły pod stołem czy kaloryferem – teraz będą twoim wrogiem numer jeden. Ząbkujące dzieci je uwielbiają. Dzieciak wciśnie się pod stolik w poszukiwaniu kabla łatwiej niż ty w poszukiwaniu dzieciaka!!! Przybij je (kable nie dzieci) do ściany albo ukryj w plastikowej rynience, zrób cokolwiek, ale pozbądź się ich.

Dzieci nałogowo lubią też kabel od słuchawki telefonu – ach, ta spiralka… Żeby uniknąć z jednej strony  permanentnie zwisającej lub źle odłożonej słuchawki, a z drugiej wyścigu z zasypiającym niemowlakiem na ręku do dzwoniącego telefonu, dobrze jest zamienić taki z drutem na bezprzewodowy (hej, to może być jedna z odpowiedzi na pytanie „co chcesz w prezencie?”).

Skoro już przy prezentach jesteśmy (dostaniesz ich całą masę): to, czego NIE CHCESZ, to gadżety na baterie. No chyba, że jesteś głównym akcjonariuszem fabryki tychże. Gazetki dzieciowe są pełne: a to leżaczków które grają, mrugają i huśtają, a to chodzików, a to ustrojstw, które trzęsą łóżeczkiem przy akompaniamencie zdigitalizowanej kołysanki Brahmsa. Jest gatunek ludzi, którzy uwielbiają te rzeczy kupować i obdarowywać nimi. W efekcie nie masz jak ruszyć się w mieszkaniu zawalonym „ułatwiaczami”, sprzątania masz o wiele więcej (a tak naprawdę to wystarczy ci wygodny fotelik samochodowy…)
Nie mówię „nie” leżaczkowi czy huśtawce. Również JEDNA lampka dająca przyćmione światło – czy to na baterie (ale taka, która nie gra i nie buczy – raz, ze denerwujące na dłuższą metę, dwa, że żre baterie), czy na „normalny”  prąd, bardzo się przydaje w nocy, kiedy wstaje się do dziecka.  Ale jeśli nie zapowiesz wszystkim ciotkom, że nie chcesz rzeczy na baterie, prawdopodobnie będziesz żałować.
Godny polecenia w ramach źródła bardzo łagodnego światła jest globus podświetlany (od razu zagłuszysz wyrzuty sumienia związane z niedostyem zabawek edukacyjnych, które wzbudzą w tobie producenci tychże…).

Masz na podłodze wielkie donice z ulubionymi palmami? Musisz się liczyć z tym, że maluch będzie się do nich wspinać, próbować wyjadać ziemię, próbować je przewracać  itp. Twój wybór, czy przechowasz rośliny u dalszej rodziny, czy uznasz, że będziesz małego pilnować. Upewnij się jednak, że twoje kwiatki nie są toksyczne lub nie wydzielają jakiegoś paskudnego mleczka! To samo dotyczy kwiatków w ogródku lub na działce. Horst Altman w książce Rośliny trujące i zwierzęta jadowite wymienia rośliny pokojowe, którymi można się struć: cyklamen perski (fiołek alpejski), pierwiosnek kubkowaty, diffenbachia, anturium, monstera dziurkowana (filodendron), oleander pospolity, adenium, barwinek różyczkowy, figowiec, psianka paprykowata, kliwia pomarańczowa. Według autora zatrucia zdarzają się raczej rzadko, a nawet jak dziecko się czegoś naje, to nie zawsze występują objawy kliniczne. Więc, być może, żeby naprawdę się struć, trzeba by zjeść sporo zielska. W każdym razie na te rośliny lepiej uważać.

Skoro już jesteśmy przy rzeczach, które dzieci ciągną z upodobaniem: należą do nich oczywiście zasłonki, firanki, obrusy i sznurki od żaluzji – jest to tak oczywiste, że nie będę się nad tym rozwodzić. Pamiętaj tylko, że niektóre typy sznurków przy żaluzjach to prawie fabrycznie gotowe szubienice.
Pomyślmy też o stole. Z obrusem daj sobie spokój, chyba, że lubisz sobie utrudniać życie. Oczywiście widziałaś różne przytrzymanki obrusów, tudzież gumowe narożniki na stoły na reklamach w gazetkach dla rodziców. Powiedzmy sobie szczerze: odklejają się, przynajmniej większość z nich, od większości stołów. Jeśli nie same, to dzieci im pomogą. Niektóre z nich można przybić gwoździem – tylko czy chcesz mieć dziurę w stole? Jeśli stół jest szklany, to się w ogóle nie przykleją, bo brzeg stołu jest za cienki. Najlepiej mieć okrągły stół…

Jeśli mamy do dyspozycji podwórko, które możemy aranżować wedle uznania – warto urządzając miejsce do zabaw dla dzieci spojrzeć na nie pod kilkoma kątami: dobrze, żeby w południe był tam cień (ale jeśli możemy, unikamy takiego kącika w sąsiedztwie drzew owocowych ze względu na osy), dobrze, żeby nie było za blisko ulicy (a w każdym razie, żeby w razie czego było bliżej do domu, niż do ulicy). Ważne, żeby miejsce, które wybierzemy, było dokładnie widoczne z okien kuchni lub miejsca, w którym spędzamy dużo czasu. Znając życie, jak na złość dziecię ukocha sobie kupę piachu z drugiej strony domu, zupełnie niewidoczną z żadnego okna.
Warto zwrócić uwagę na szklane drzwi i okna. Jeśli są tak usytuowane, że nie zawsze widać, czy są zamknięte czy otwarte, można umieścić na nich jakieś naklejki – dzięki temu wystarczy jeden rzut oka żeby się upewnić, czy dziecko przypadkiem nie wyskoczy czy wybiegnie.
Teraz jeszcze pozostaje nakłonić współmałżonka, żeby przyłożył rękę do powstania czy to huśtawki, czy piaskownicy w wybranym przez nas miejscu. Jeśli jest oporny, urządzamy to tak: zostawiamy go z dzieckiem na cały dzień (ważne, żeby była ładna pogoda) i wychodzimy, informując go zawczasu, że dziecko musi się wybiegać, bo inaczej nie będzie chciało spać. Po tygodniu operację przeprowadzamy jeszcze raz, ale uprzedzając tatusia ze dwa dni wcześniej. Jest bardzo duża szansa, że tym razem nim opuścimy dom, przed oknami już będzie śliczna, ogrodzona piaskownica, czy co tam sobie zaplanujemy.

Sposób drugi: bierzemy się do roboty same. Nie ma znaczenia, że nie mamy pojęcia, jak. Efekt będzie albo taki, że świetnie nam to wyjdzie bez niczyjej pomocy (no i git), albo wprost przeciwnie – mężczyzna naszego życia ujrzawszy huśtawkę zrobioną z narzędzi kuchennych, łopaty i taśmy klejącej, sam w końcu się weźmie do roboty.

Te metody możemy z pewnymi modyfikacjami stosować w szerszym zakresie. Na przykład, jeśli codziennie sporo czasu zabiera nam chowanie na powrót rzeczy, których latorośl nie powinna w ogóle dotykać, ale jakoś zawsze się do nich dostanie albo na pilnowaniu, żeby się do nich nie dostała, należy albo zostawić tatusia z dzieckiem (dziećmi) na dzień-dwa w chałupie, albo urządzić sobie Dzień Nicnierobienia – tak, żeby nasza druga połowa przekonała się na własne oczy, że naprawdę brudna bielizna wywalona z kosza, cały wór karmy dla kota rozwleczony po podłodze itp., są o wiele lepszą zabawą niż czytanie książeczki (na pewnym, nieuniknionym etapie rozwoju, rzecz jasna, nie mówię tu o nastolatkach). O dziwo, nie wrócą same na swoje miejsce, a więc należy im raz a dobrze udaremnić możliwość tegoż miejsca opuszczenia. Można tu zastosować afroengeneering, czyli prowizorki. Jak wiadomo, trzymają się najlepiej, działają od razu, wygladają przeważnie paskudnie – ale jeśli nam strona estetyczna przedsięwzięcia jest bliska, to działa tylko na naszą korzyść, bo bardziej drugą połowę mobilizuje do wyprawy do sklepu po gotowe rozwiązania. Ale należy się liczyć z tym, że prowizorki są trwalsze, niż chcemy i zostaną na miejscu tak długo, aż dzieci wyrosną z problemu.

Jeszcze dwa słowa o szafkach. Małe dzieci lubią się skrywać w szafce, wciskać na półeczki… Rodziców w Ameryce uczula się na niebezpieczeństwo płynące z tego faktu na przykład w razie pożaru. Przerażony ogniem dzieciak, widząc wyłaniającego się z dymu strażaka, ucieka i chowa się najgłebiej, jak potrafi, zamiast położyć się na ziemi i wołać o pomoc. Wiele takich ucieczek się kończy tragicznie.

Dzieci wiele umiejętności nabywają, zanim zakumają, do czego one są przydatne i kiedy nie należy ich stosować. Jedną z nich jest otwieranie drzwi. W zależnosci od tego, jak wysoko i jakiego typu jest zamek, maluch się wydostanie samodzielnie z chaty w wieku 18-24 miesięcy. Dobrze więc pomyśleć o łańcuchu do drzwi. Są jednakże drzwi i drzwi, taki łańcuch nie zapobiegnie przytrzaśniętym palcom, można więc rozważyc albo piankowe uszczelki, albo dodatkowy zamek umieszczony gdzieś wyżej.

Kiedy urządzamy pokój, w którym dziecko śpi, a chcemy ograniczyć do minimum jego wizyty w naszym łóżku w środku nocy, warto zrobić jedną rzecz: przespać się tam samemu. Otworzyć oczy w nocy i zobaczyć, jak ten pokój wtedy wygląda. Czy na ścianie nie układają się straszne wzory z cienia gałęzi za oknem, czy światła z ulicy nie rozpraszają za bardzo, czy z drzwi szafy może wyjść potwór prosto na nas, czy nie mamy przy łóżku żadnej niewinnej wnęki na książki, z której w nocy może wyskoczyć wilk, czy na ścianie nie wisi obrazek, który w nocy zamieni się w czarną dziurę. Warto, jednym słowem, przypomnieć sobie własne strachy z dzieciństwa. Unikamy też powierzchni typu lustra czy szyby, w których coś się może odbijać. Abstrahując od tego, że według Feng Shui (jeśli zwracasz na to uwagę) w sypialni należy luster unikać, to zauważone kątem oka odbicie poruszonej własnej ręki czy nogi też stymuluje wyobraźnię i zaludnia na przykład przeszkloną szafkę na książeczki potworami.

A w dzień? Bierzmy pod uwagę, że pokój ma ściany, a te ściany muszą jakoś wyglądać. I nigdzie nie jest powiedziane, że tapeta w kwiatki jest ładniejsza od tapety pomalowanej przez naszą pociechę. Więc może zamiast denerwować się, że ta śliczna, w chmurki i kwiatki, została zbeszczeszczona kredkami, po prostu okleić pokój tapetą przewidzianą z góry do rysowania? I podobnie podejść do mebli dziecięcych: nikt nie wie, co takiego jest w kartonowych pudłach, że dzieci je uwielbiają, ale zamiast się nad tym zastanawiać, łatwiej i wygodniej pozwolić dzieciom budować (i rysować) ich własny świat z pudeł, niż kupować śliczne mebelki i zmywalne kredki a potem je szorować (czy lubiliście woskowe kredki w dzieciństwie? z ręką na sercu? Ja ich nie cierpiałam i moje dzieci też. Łamią się i niefajnie rysują).
To znaczy, jeśli ktoś lubi szorować, a zależy mu na tym, żeby pokój dziecięcy był jak z katalogu, nie zamierzam mu ślicznych mebelków wybijać z głowy – ich producenci też muszą z czego żyć. Podrzucam tylko rozwiązanie alternatywne. Widziałam zestawy kartonowych mebli – modułów, z których dzieci mogły sobie budować co chciały – jako efekt współpracy skandynawskich projektantów z przedszkolami i to rozwiązanie się nieźle sprawdzało. Ale zwyczajne pudło bez autografu fińskiego dizajnera też jest dobre.
Skoro już przy malowaniu jesteśmy, rzeczą, na którą zwraca się uwagę w USA (a w Polsce jakoś mniej) jest zawartość ołowiu w farbach (i nie tylko farbach, w całym otoczeniu – na przykład dzieci lubią się bawić kluczami, brać je do buzi, a one też mogą zawierać ołów).

No i na koniec: dom i jego urządzenie to nie tylko bezpieczeństwo, wygoda i ergonomia. Dom to też kolory, zapachy, dźwięki. Te elementy są równie ważne, co mniej lub bardziej kanciaste meble. Warto zadbać o to, żeby otoczenie było bezpieczne i… kojące. Dla dziecka i dla ciebie. Na skołatane nerwy i wrzeszcące aniołeczki jak balsam dla duszy działa dobrze dobrana muzyka – o, na przykład ta ze strony: http://www.mostlyclassical.com/ – nawet, jeśli jesteś wielbicielką Sex Pistols, zobaczysz, że ten repertuar odwiedzie cię od zamiaru rzucania zastawą stołową w ściany, a dziecko od dzikich wrzasków. Jak to się dzieje, nie wnikam, obniża ciśnienie albo robi coś innego, ale działa. Podobny efekt wywiera kolor bladoróżowy (robiono doświadczenia, zamykając agresywnych ludzi w bladoróżowych pokojach – zasypiali po niedługiej chwili jak niemowlęta). Bladoniebieski i bladozielony też są niezłe.
Jeśli odrzuca cię myśl o pomalowaniu pokoju w tym kolorze, możesz zainstalować przynajmniej u dziecka stosowne zasłonki i pościel czy abażur do lampki. A do tego zapach jabłek. Też uspokaja i wprowadza w dobry nastrój – czy dom może pachnieć czymś milszym niż szarlotka w piekarniku?