ilustr. spinelli/pinezka.pl
Trębacz dzień w dzień był trafiany wyimaginowaną strzałą z nieistniejącego łuku (niezbyt triumfalnego, bo ostrzeżenie się przydało) i po siedemnastu latach miał już tego szczerze dość. Pod wieżą gromadził się mały tłumek, który komentował, czy trąbka jest błyszcząca, a trębacz prezentuje się godnie.

A potem dzieciaki cieszyły się, gdy trafiał go szlag, jakby same nigdy nie dławiły się ością przy wigilijnej kolacji, narażając resztę rodziny na mało apetyczne widoki.

A jego rzeczywiście trafiał szlag, choć w zasadzie tylko metaforycznie. Lekarz, który go opukał i osłuchał powiedział, że niestety to już długo nie potrwa, a trębacz postanowił, że w takim razie, co oznajmił zresztą lekarzowi (zaskoczonemu, powiedzmy to otwarcie; lekarz był młody, pełen zapału i jak dziś pamięta, gdy razem z klasą stał pod wieżą i cieszył się, gdy nieistniejąca strzała pozbawiała trębacza ducha), on to pierdoli i wyjeżdża do Michigan. Nie wyjaśnił, czemu do Michigan. I czemu pierdoli, też nie wyjaśnił.

W każdym razie, złożywszy rezygnację z funkcji notorycznie mordowanej osoby, spakował do walizki wszystko, co posiadał i jeszcze tego samego dnia zgłosił się do odprawy celnej (mało zresztą celnej, gdyż w miejscu intymnym przemycił był broszę wysadzaną brylantami – dwoma – co zresztą było dlań wyjątkowo niewygodne). Wylądował w Nowym Jorku – przez Anglików zwanych „niujorkiem”, przez Kanadyjczyków „niujorkiem”, a przez Amerykanów „tymsyfem” – i czym prędzej dostał się do Michigan. Usiadł na ławce przed stacją benzynową i czekał.

Niedługo zresztą. Michigan bowiem wyludniało się w tempie ekspresowym, wspomaganym jeszcze dodatkowo przez wszelkie służby mundurowe, a to z okazji Rebeki. Rebeka zaś była tajfunem, który ze zmiennym szczęściem spustoszył już cztery stany. Kiedy Rebeka odwiedziła stację benzynową, nie pozostawiła po niej śladu.

Jak nietrudno się domyśleć, trębacza nigdy już nie odnaleziono, ale przynajmniej, ostatni raz, zagrał na największej trąbie, jaką tylko mógł sobie wyobrazić.