ilustr. spinelli/pinezka.pl

Kiedy siedziałem na balkonie, przyszedł do mnie Mesjasz z góry i przyniósł dobrą nowinę pod postacią orzechowego tortu z bakaliami.

Wiedziałem, że jest Mesjaszem, bo nade mną już nikt nie mieszka, prócz pary gołębi na dachu, a on nie był żadnym z nich. Poza tym rozglądał się niepewnie i trzymał z dala od barierki, bym go przypadkiem za nią nie wypchnął (bycie Mesjaszem jest trudne, bo ludzie cię bardziej nie lubią niż komornika. Tak mi przynajmniej wyjaśnił).

Potem siedzieliśmy we dwóch na balkonie i zjedliśmy prawie całą dobrą nowinę, on dużymi kęsami, tłumacząc mi z pełnymi ustami, czemu przychodzi tak późno (było już dawno po dobranocce). Ja z kolei plułem rodzynkami przez balkon (nie znoszę rodzynek), choć starałem się robić to dyskretnie, bo mógłby przecież pomyśleć, że nie smakuje mi jego nowina.
Zapytałem go, czy teraz wszyscy będą zbawieni i co się właściwie stanie, ale po jego uciekającym wzroku i bełkotliwej przemowie zrozumiałem, że też nie ma pojęcia. Zjedliśmy do końca dobrą nowinę i poszedłem spać.

A Mesjasz? Nie wiem, pewnie się rozczarował i teraz już nigdy nie zwiedzimy królestwa niebieskiego. Szkoda, bo pomijając rodzynki, to była naprawdę dobra nowina.