ilustr. spinelli/pinezka.pl

Delikatnie uniosłem wieczko i zajrzałem do środka.

W zasadzie nie było tam nic, jeśli nie liczyć kawałka wygiętego drutu, dwóch gwoździków i, również dwóch, spinek do mankietów. Pudełko było nieduże, takie w sam raz, gdybym miał je jakoś przestrzennie opisywać. W sam raz do wszystkiego, co chciało się doń schować.

W zasadzie jedyny problem, jaki z nim dawniej miałem, był taki, że nigdy, ale to nigdy nie mogłem być pewnym, co znajdę w schowadełku. Czasami, i ciągnęło się to tygodniami, niezależnie od chowanego przedmiotu, znajdowałem w środku malutkie ptasie jajko. Chyba przepiórcze.
Ale potem coś się chyba zmieniło, bo jajka przestały się pojawiać (akurat w momencie, gdy podpisałem duży kontrakt z zagraniczną firmą na dostawę jajek przepiórczych. Sporo mnie kosztował wówczas kaprys pudełka), a zamiast nich zaczęły się pojawiać malutkie sztućce. Noże, łyżki, widelce, pałeczki do ryżu nawet. Zupełnie bezużyteczne, poza tym łamały się i gięły; ktoś najwyraźniej nie dopracował stopu.

Ponieważ schowadełko było całkowicie nieprzewidywalne, zacząłem myśleć, czy nie zacząć zarabiać na zakładach bukmacherskich: co tym razem uda się z niego wytrząsnąć. Niestety, okazywało się, że na tym też nie zarobię: pudełko, zupełnie nieczułe na moje własne zaklinania, zawsze produkowało najmniej możliwy przedmiot – ale spośród wymienionych przez kogoś z publiczności.

Jakkolwiek liczyłem – zawsze byłem stratny przez to dziadostwo.

W końcu, przyznaję, podjąłem heroiczny wysiłek i wyrzuciłem pudełko na śmietnik. Niestety, okazało się, że wróciło – potknąłem się o nie, gdy tylko otworzyłem drzwi. Teraz jest już dużo lepiej. Pudełko zawsze zwraca to, co się do niego włoży. Na przykład kawałek wygiętego drutu, dwa gwoździki i dwie spinki do mankietów.

Gorzej, że nigdy nie wiem, w jakim stanie wyjdę z mieszkania…