ilustr. spinelli/pinezka.pl

Doszło w końcu do przewrotu. A przynajmniej miało dojść – wszyscy co do tego byli zgodni. Oczywiście, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, zebrali się wojskowi, każdy z pistoletem u boku i życiorysem za sobą i omówili wszystko, jak trzeba.
Problem tylko był taki, kto zostanie ministrem wojny, gdy już dokonają przewrotu, bo każdy chciał nim być.

Ale i tu sami sobie przyszli w sukurs (a nawet, można by rzec, ruszyli sobie ochoczo na odsiecz) i ustalili, że powstaną nowe ministerstwa: wojny, konfliktów, antyterrorystyczne, prewencyjne i tak dalej.

Problem był, kto obejmie ministerstwo kultury i w końcu wybrali tego generała, który najmniej przeklinał. Chociaż był murowanym kandydatem na ministra zaczepki bezpośredniej.

Kiedy już wyłonili gabinet z cieni, jeden z nich krzyknął radośnie „ha!”, ale wtedy właśnie na salę obrad wszedł dyktator. Na zgromadzenie padł strach. A dyktator spojrzał na zgromadzenie i powiedział, że on wszystko wie i zrozumiał, oraz że…

Czego, niestety, junta się nie dowiedziała, gdyż weszła pani i powiedziała, że przyszła po ciebie mama, Romku.

ilustr. spinelli/pinezka.pl