ilustr. spinelli/pinezka.pl

Spotkaliśmy się w dość wąskim gronie (na tyle wąskim, że nikt nie musiał krzyczeć i stukać w szklankę, by audytorium raczyło zauważyć, że ktoś przemawia) i rozmowa zeszła na wiek. Zgodziliśmy się co do tego, że sam argument wieku jest w zasadzie pusty, zaś ludzie, którzy się nim posługują, w gruncie rzeczy budzą nasze politowanie.

Bo, co prawda, potrafimy zaakceptować, że ktoś jest starszy, więcej przeżył i ogólnie ma dużo w głowie, zaś pod powiekami barwniejsze sny, ale to przynajmniej jest jakiś konkret, a sam argument „wiem, bo jestem starszy” jest bardziej bezpłodny niż kot po kastracji.

Wtedy dosiadł się, w zasadzie nawet chyba bez pytania, jakiś człowiek, który stwierdził, że ma tysiąc czterysta lat, na dowód czego pokazał jakąś starą książkę, w której rzekomo pada jego imię (książka była napisana – jak stwierdził jeden z moich kolegów, latynista – po starogrecku). Oczywiście pokiwaliśmy uprzejmie głowami i staraliśmy się wrócić do rozmowy, ale obcy nie odpuścił i powiedział, że to najprawdziwsza prawda i że możemy mu zadawać pytania. Szczerze mówiąc, byliśmy raczej zirytowani jego obecnością i chętnie byśmy się go jakoś pozbyli, ale w końcu jeden z nas zapytał, czy jego zdaniem Kierkegaard miał rację twierdząc, że ludzie stają się coraz gorsi, bo muszą dźwigać nie tylko swoje grzechy, ale także te pozostałe z poprzednich pokoleń. Oczywiście, że tak, odparł człowiek z nikłym uśmiechem, a na pytanie dlaczego tak sądzi, odpowiedział, że to po prostu wie, bo jest starszy i jeszcze dodał żebyśmy się zamknęli, bo jesteśmy gówniarze.