ilustr. spinelli/pinezka.pl
Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, Z. stwierdził, że wieczorami zamienia się w wielkiego nietoperza i niczym superman ratuje miasto od zagłady w szponach zła. Powiedziałem mu, że po pierwsze nie superman, tylko batman, a po drugie, żeby przestał brać dragi, a jego sytuacja na pewno się poprawi.

Odparł, że od miesiąca nie miał nic toksycznego w ustach, a poza tym, że to jest zupełnie poza nim, nie ma na to wpływu. Po prostu zamienia się, zaś jego kantowski imperatyw jest w tym względzie wyjątkowo kategoryczny.
Odpowiedziałem, żeby nie mieszał do tego filozofów, bo co jeden to lepsza koncepcja i nigdy nic z tego jeszcze nie wynikło. A poza tym, w takim razie, może zacznie coś brać, skoro teraz nic nie bierze i takie rzeczy mu się wydają. I jeszcze jedno, dodałem po namyśle – skoro ratuje nasze miasto, to czemu nic o nim nie słychać. Chyba się obraził, bo do końca wieczoru już nic nie powiedział.

A przedwczoraj przeczytałem w gazecie, że znaleziono go martwego na ulicy. Leżał w kałuży krwi rozlanej dookoła, w czarnym płaszczu i masce na twarzy. Dziwne było tylko to, że nie zmarł na skutek uderzenia o bruk, tylko od trucizny pająka.