Czasami ludzie stają w obliczu wydarzeń, których znaczenia nie są w stanie pojąć. Tworzą wtedy rozmaite teorie, które pozwalają im się oswoić z Niewiadomym i pomagają pokonać strach.
Trójkąt Bermudzki należy do miejsc szczególnie ukochanych przez Tajemnicę: wiadomo, liczne i niewyjaśnione zniknięcia samolotów i statków poruszają ludzką wyobraźnię od lat.

Rzecz jest o tyle trudna do wyjaśnienia, że bezpośredni świadkowie zazwyczaj giną bez wieści. Tym cenniejsza może być dla potencjalnych badaczy Zjawisk Nadprzyrodzonych moja relacja. W kwietniu 1999 roku byłam bowiem naocznym świadkiem nagłego i niewyjaśnionego zniknięcia w tamtym rejonie nie pojedynczego samolotu, a całej linii lotniczej. Prawdziwość tej historii może potwierdzić Kasia W., koleżanka, z którą wtedy podróżowałam.

Rzecz miała miejsce na lotnisku w Fort Lauderdale. Miałyśmy kupione bilety na lot do Nowego Jorku. Odpowiednio wcześnie przybyłyśmy na miejsce i udałyśmy się do stanowiska linii Sun Jet, aby nadać bagaż. Nikogo oprócz nas, nie licząc dwóch Portorykanek w domowych pantoflach nie było wokół, ale zrazu nie wywołało to naszego zaniepokojenia. Pani z plakietką Sun Jet, stojąca przy ladzie, spytała w czym może nam pomóc. Odpowiedziałyśmy, że lecimy do Nowego Jorku. „Lot jest odwołany” – usłyszałyśmy. Na pytanie, co mamy w tej sytuacji zrobić, pani podała nam numer telefonu 0-800-COŚ TAM i rozłożyła bezradnie ręce. Nie było rady. Poszłyśmy poszukać telefonu. Był nieopodal, ale co z tego? Pod podanym numerem słychać było tylko nagranie „proszę wybrać język operatora”, a potem w wybranym języku, „nie ma takiego numeru”. Podzieliłyśmy się – ja dalej próbowałam złapać tajemniczego operatora i pilnowałam bagaży, a Kasia poszła wypytać obsługę lotniska, co z naszym lotem.

Ze swego posterunku obserwowałam stanowisko linii Sun Jet – ladę przy której obsługiwano pasażerów i przyległe biuro. Wyglądało na to, że Portorykanki w kapciach również tego dnia nie polecą do Nowego Jorku: pani z plakietką coś do nich powiedziała i zniknęła w biurze. Dziewczyny przydreptały do mojego telefonu – miały na karteczce ten sam numer, co ja. Spróbowały się połączyć z hiszpańskim operatorem – oczywiście im się to nie udało, rozejrzały się beznamiętnie po hali lotniska i uznały, że nic tu po nich. Zostałam zupełnie sama. Pani Sun Jet wciąż siedziała w biurze. Zastanawiałam się, czy nie pójść porozmawiać z jej szefem, ale nie chciałam zostawiać bagaży bez opieki. Tymczasem Kasia wciąż nie wracała.

Po chwili z tyłu biura otwarły się drzwi z napisem „Tylko dla obsługi” i wyszedł z nich jakiś człowiek. Pośpiesznie, nie oglądając się na boki, zaczął się oddalać. Czułam, że powinnam za nim pobiec i spytać, o co tu właściwie chodzi, ale coś sprawiło, że nie mogłam oderwać nóg od podłogi (no, musiałam pilnować bagaży). Może minutę później drzwi otwarły się ponownie i wyszła z nich śniada dziewczyna, podążając śladem tamtego faceta. Znacie to uczucie, kiedy patrzycie na coś i nic nie możecie zrobić? Tymczasem przedstawienie powtórzyło się kilkakrotnie, z biura uciekła chyłkiem również nasza pani – tym razem bez plakietki. Czyżby linie Sun Jet tak po prostu… znikły?

Nadeszła Kasia. „Nic z tego nie rozumiem” – oświadczyła. „Tam siedzą jacyś kretyni. Ja ich pytam, co z lotem, na który mamy bilety, a oni na to „Och, chcielibyśmy ci pomóc, ale nie wiemy jak. A tak w ogóle to chyba nie mój długopis. John, czy to twój długopis? A nie widziałeś gdzieś MOJEGO długopisu? Co? Sun Jet? Ach, te linie już nie latają z naszego lotniska. Przed godziną zerwały z nami umowę”.