Zadzwonił koło siódmej rano. O takiej godzinie to ja mogę kogoś pobić, a nie rozmawiać przez telefon. Ale najpierw musiałam podnieść słuchawkę, żeby wiedzieć, komu przylać.
– Refleks? – spytał głos mało intelektualny. Eeee? A o cóż mu chodzi? Nie, o siódmej rano nie mam refleksu.
– Nie – odparłam również mało intelektualnie i zasnęłam.

Pytanie o refleks wygoniło mnie z łóżka parę dni później o tej samej porze. Nie, dalej nie miałam refleksu.
Po dwóch dniach znów jakiś zasraniec mnie zbudził, przekonany, że dodzwonił się do redakcji. A owszem, pracowałam w redakcji, ale nie mieściła się ona w moim domu i z całą pewnością nie była czynna o takiej chorej godzinie. Chwilę potrwało, nim zajarzyłam, że to pomyłka (już wspomniałam, że o siódmej rano refleksu u mnie niet).
Następnego dnia odebrałam jeszcze jeden telefon, tym razem faceta nie interesował mój refleks, interesował go pułkownik K. Cóż, z pułkownikami nie sypiam, więc mój rozmówca rozczarowany odłożył słuchawkę.

Zrazu nie kojarzyłam tych faktów ze sobą. Do czasu, kiedy znów ktoś domagał się rozmowy z pułkownikiem K. (tym razem koło południa, więc moja sieć neuronowa hulała jak trzeba). Wyjaśniłam grzecznie, że pułkownicy u mnie nie bywają.
– A to to nie jest redakcja? – usłyszalam zdziwiony głos. Jak już wspomniałam, to nie była redakcja. Ale pewne klocuszki zaczęły do siebie pasować. Może być ksiądz – dyrektor, to może być i pułkownik – redaktor, czemu nie? Ha! A jeśli… jeśli ci od refleksu byli z tej samej paczki?

Na wyjaśnienie nie czekałam długo. Nazajutrz o siódmej rano rozległ się dzwonek. To musiała być ta szajka, o takiej porze. Moi ludzie nie dzwonili przed dziewiątą.

– Refleks, słucham? – odezwałam się stosunkowo słodko i przytomnie.
– Czy ja mogę z pułkownikiem K.?
Miałam go!
– Nie, niestety, robi kupę, proszę zadzwonić później.
– A, dziękuję, przepraszam.

A potem się zaczęło.
– Refleks, słucham?
– Z pułkownikiem K. można?
– Nie, niestety, leży kompletnie pijany pod stołem.
– Aaa… a to Kasia?
– Nie, Kasia ma dzisiaj kaca jak stąd do Ciechanowa i nie mogła przyjść. Coś przekazać?
– Nie, chciałem tylko spytać o mój artykuł o spadochronach.
– Aaaa, przekażę pułkownikowi, że pan dzwonił.

– Refleks, słucham?
– Jest pułkownik?
– Nie, zamknął się z Kasią w kiblu i kazał nie przeszkadzać. Siedzą tam już chyba ze czterdzieści minut.
– A… a to proszę przekazać, że M. dzwonił.
– Aaależ proszzz….

– Refleks, słucham?
– Chciałem przefaksować te rzeczy dla pułkownika.
– A, to proszę na numer… (tu fax do koleżanki do pracy).

– Refleks, słucham?
– Z pułkownikiem chciałem.
Ba, każdy by chciał!
– Nie ma go, wyskoczył z pierwszego piętra i połamał obie ręce.
– O, a to z Kasią poproszę.
– Też jej nie ma, wyskoczyła za pułkownikiem i upadła na głowę.
– A kiedy będą?
– A cholera ich wie.

Przez ponad rok stanowiłam tajny sekretariat pułkownika. Szczegóły pracy redakcji poznałam na tyle dobrze, że Kasia mogła spokojnie naprawdę wyskoczyć przez okno, zastąpiłabym ją bez problemu, gdyby oczywiście pułkownik K. wiedział o moim istnieniu. Niejasne było dla mnie tylko jedno: dlaczego ci wszyscy ludzie dzwonią akurat do mnie???
Niektórych pytałam, skąd mają ten numer. Odpowiadali, że z wizytówki albo stopki redakcyjnej. Cóż oni korekty w tej redakcji nie mieli? Nieco światła rzucił na tę tajemnicę jeden z rozmówców, nad którym się zlitowałam i uświadomiłam mu pomyłkę – na co spytał, czy w takim razie powinien dzwonić na tą wojskową centralę. No to już nie mogli o tej centrali napisać w stopce?

Najdziwniejsze było to, że jakiegokolwiek kitu bym tym biednym ludziom nie wcisnęła – że pułkownik wisi do góry nogami na żyrandolu, je banana i medytuje – zawsze to łykali bez zmrużenia oka. Nikt się nigdy nie zacukał, że mu to nie pasuje, że to nie w stylu pułkownika czy coś. Nie wiem, czy to dobrze świadczy o naszej armii.

Nadszedł w końcu ważny dzień.
– Refleks, słucham?
– Chciałem z pułkownikiem.
– Oooo, przykro mi, nie ma go w tej chwili.
– Acha… a orientuje się pani, czy zastanę go pod numerem (tu numer)?
– Możliwe, proszę spróbować.

Czym prędzej wykręciłam usłyszany numer.
– Co?
Mamuniu, ale burak.
– Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z pułkownikiem K.?
– No to ja jestem.
– Aha, mam pytanie. Czy mówi panu coś numer telefonu (tu podałam swój numer)?
Chwila milczenia.
– No to mój numer.
– Nie, widzi pan, to jest mój numer.
– Jak pani, jak to jest mój?
– No to niech pan zadzwoni na informację i spyta, czyj to numer. I radzę coś z tym zrobić, bo pańscy ludzie dzwonią do mnie od półtora roku, o pańskiej redakcji wiem wszystko.
Przetrawił moje słowa.
– No to niech go sobie pani zmieni.
– Wała, ja go miałam pierwsza. Poza tym mój telefon to moje narzędzie pracy, nie zmienię go. No i to jest w pańskim interesie, nie w moim. Ja się nieźle bawię, to do pana się ludzie nie mogą dodzwonić, nie do mnie.
Jeszcze chwilę powymienialiśmy tego typu uprzejmości. Powoli zaczynałam rozumieć, dlaczego ci wszyscy ludzie brali serio każdą moją ściemę na temat pułkownika.

Numeru nie zmienił, telefony redakcyjne odbierałam jeszcze przez kilka miesięcy, dopóki tepsa nie wprowadziła numerów siedmiocyfrowych. Czego jak czego, ale refleksu to ten pułkownik raczej nie miał.