kolaż: Joanna Titeux
Grypy były zawsze. Przychodziła zima i większość ludzi na to chorowała. Nazwy były różne, czasami od miejsca, z którego ta grypa przybywała. Ludzie umierali na nią, mimo że były szczepionki. Według ilości zmarłych orzekano, jak niebezpieczna była ta choroba.

Ale przychodziły mutacje. Wtedy już było gorzej, bo trudno było przygotować odpowiednie szczepionki. Więc ta z kosą w czarnej płachcie zbierała żniwo.

Wszystko szło normalnym torem, póki nie ukazała się ta „ptasia grypa”. Rozprzestrzeniała się przez ptaki. A te ciągle gdzieś wędrują, więc z łatwością przenoszą chorobę. Ptaków jest bez liku i trudno poznać, które są już zarażone, a które nie.

Ponieważ ta grypa mogłaby wykończyć 50 milionów ludzi, jak twierdzili znawcy, zebrali się mędrcy z różnych krajów i doszli do wniosku, iż lepiej wykończyć ptaki, niż żeby nasza kula ziemska została opróżniona z homo sapiens.

Więc wszyscy zabrali się do pracy. Cały arsenał poszedł w ruch. Ludzie wzięli z domów wszystko, co strzelało, żeby zrobić porządek z ptakami. Stare flinty, strzelby, karabiny, wiatrówki i pistolety. Dzieci zaś proce. Najłatwiej było zastrzelić gęsi i łabędzie. Początkowo płacono za każdego ptaka – najwięcej za wróbla, a najmniej za łabędzia. Za strusia nie dawano nawet grosza, bo twierdzono, że kiedyś ślepy w niego trafił.

Najlepiej szło tym w Ameryce, bo tam każdy obywatel ma przynajmniej jeden karabin. Na tym kontynencie wykończono ptaki najwcześniej. Nie tylko ptaki, ale również kilkuset ludzi, którzy pojawili się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Bo strzelanina była bardzo ostra.

Najgorzej szło w kilku państwach Europy Środkowo-Wschodniej. Z tej przyczyny, że ludzie mieli tam mało palnej broni, a ci, co już szli na polowanie, przeważnie popili sobie przed wyjściem z domu. W tym stanie trudno było zabić nawet kaczkę, nie mówiąc już o wróblu.

Na końcu zabrano się do ptaków domowych. Te niby siedzą w klatkach, ale żeby był spokój, postanowiono je również wykończyć.

Mojej sąsiadce zabrano kanarka. Mimo że od urodzenia nie wyszedł z klatki. Nic nie pomagały płacze tej kobiety. Dostała tylko druczek, że jej kanarek został oficjalnie skonfiskowany.

kolaż: Joanna Titeux

   Jak już znikły wszystkie ptaki, zrobiło się strasznie cicho. Nikt nie ćwierkał koło okien. Wykorzystali to zaraz Japończycy. Na rynku ukazały się piękne kanarki, wróble i kaczki dziwaczki. Wszystkie wydawały z siebie odpowiednie głosy. Kanarki z pluszu, na malutką baterię, śpiewały jak najęte. W godzinach, które można było nastawić, żeby nie budziły ludzi w niewłaściwym czasie.
Były jeszcze inne zalety tych ptaszków. Nie brudziły i nie jadły, czyli były tanie w utrzymaniu. No i koty ich nie wykończały. Produkowano też papugi, które umiały kląć w kilku językach – te już były drogie. W jeziorach pływały plastikowe gąski, w lasach również zainstalowano na drzewach trochę tych elektronicznych cudów. Wszystko wróciło do stanu, jak kiedyś.

Zrozumiałe, że drobiu już nie było. Hodowano więcej świń, krów i owiec.
Francuzi zwiększyli hodowlę żab. Wszyscy byli już spokojni, że niebezpieczeństwo minęło.

Wtedy nagle przyszła zwykła grypa, o której ludzie już zdążyli zapomnieć. Nawet bez żadnej nazwy. A szczepionki były tylko przeciw ptasiej grypie. Nowych nie zdążono przygotować.
Nie wiadomo, ile ludzi umarło, bo władze nie chciały tego podać. Ale dość dużo.

Pociechą było, że ptasiej grypy już nigdy nie będzie.

 

Alex Żuławski, 31.8.2005

Ilustracja: Joanna Titeux/pinezka.pl