z życia Doktora Podsiadka


Rok akademicki z dużą prędkością wchodził w wiraż zaraz po prostej poprzedniego roku akademickiego i tuż przed nowym. Choć postronnemu obserwatorowi wydawać by się mogło, że nie ma piękniejszego okresu w roku ponad ten, dla Doktora Podsiadka był to czas napięcia i wzmożonej czujności. Wbrew powszechnemu przekonaniu, że pracownicy akademiccy zaraz po sesji pierwszej a przed sesją poprawkową i rozpoczęciem nowego roku akademickiego cieszą się trzymiesięcznymi wakacjami, lipiec, sierpień i wrzesień Doktorowi Podsiadkowi i jego kolegom przynosił także sporo pracy.

Jednym z największych, strategicznych wręcz przedsięwzięć było nadzorowanie egzaminów wstępnych na Uczelnię. Pomimo iż Uczelnia trochę konformistycznie, a trochę ze względu na postanowienia nowych regulacji prawnych, postanowiła oprzeć się na wynikach matur w kolejności przyjmowania nowych studentów, kandydatów do zdawania egzaminów prawie nie ubywało. Wielu z nich w egzaminach na studia widziało kolejną szansę na poprawienie wyników matury, a wielu innych posiadało matury zdane niekompatybilnie z nową polityką rekrutacyjną, ponieważ regulacje odnoszące się do matur zmieniały się rokrocznie i niemal równie szybko musiała się zmieniać polityka rekrutacyjna. Tłok na egzaminach wstępnych nie malał.

Także i podczas egzaminów wstępnych do pilnowania i nadzorowania zatrudniano tradycyjnie kadrę naukową Uczelni, bacząc, by rozdane role nie kłóciły się z codziennym porządkiem hierarchicznym. Magistrów czyniono prostymi pilnującymi, doktorzy zostawali Kierownikami Sali, a profesorowie Szefami Budynków. Ponieważ część profesorów była już leciwa, funkcji Szefów Budynków było więcej niż dostępnych profesorów, w czym zarówno Doktor Podsiadek, jak i inni ambitni doktorzy upatrywali szansy dla siebie.

Doktor Podsiadek traktował udział w egzaminach wstępnych równie poważnie jak każde inne zadanie powierzane mu na Uczelni, a nawet wolał je od większości pozostałych obowiązków, ponieważ było to jedyne przedsięwzięcie w roku, w którym jednocześnie uczestniczyli wszyscy pracownicy naukowi. Doktor Podsiadek nie był zwolennikiem pracy zespołowej, ponieważ nigdy jej nie rozumiał i nie wychodziła mu najlepiej, ale uczestniczenie w czymś, w czym biorą udział wszyscy dawało jemu i pozostałym doskonałą płaszczyznę do analizy porównawczej. Analizy porównawczej siebie na tle innych, w której tak Doktor Podsiadek, jak i wielu innych sprawdzało siłę swego blasku.

Blask Doktora Podsiadka musiał nieco przygasnąć w ciągu ostatniego roku, ponieważ to nie jemu zaproponowano szefowanie budynkowi. A przynajmniej brak podobnej propozycji Doktor Podsiadek natychmiast zrozumiał jako zmarginalizowanie swojej osoby, do czego nigdy by się nie przyznał, bo wiedział, że nie wypadało. Szefowania pragnął jednak jak niczego innego, a pożądanie to zżerało jego duszę i zatruwało myśli do tego stopnia, że Doktor Podsiadek zmienił się fizycznie: chodził szybciej, przesiadując w Klubie Profesorskim mocno zaciskał wargi, przestał zakładać nogę na nogę, a piętą lewej stopy często wykonywał nerwowy tik na zewnątrz. Zaczął też niknąć w oczach – choć nie chudł, zapadał się w sobie.

Nerwowy tik lewą piętą pojawił się po raz pierwszy zaraz po podsłuchanej w Klubie Profesorskim rozmowie. Podsłuchanie przez Doktora Podsiadka rozmów w Klubie Profesorskim świadczyło o skrajnym wyczerpaniu lub desperacji, ponieważ zdarzyło się po raz pierwszy wobec całkowicie do tej pory odmiennej postawy Doktora w Klubie. To on był inicjatorem jednostronnej wymiany spostrzeżeń i to jego można było podsłuchać (lub po prostu usłyszeć), podczas gdy sam Doktor Podsiadek cudzymi rozmowami nie interesował się wcale a wcale.

To desperacja pchnęła go teraz do usłyszenia, jak jeden z młodych doktorów Uczelni zaproponował drugiemu zamianę ról podczas egzaminów wstępnych. Jeden z nich miał być właśnie Szefem Budynku.
– Bogowie się do niego uśmiechnęli – pomyślał Doktor Podsiadek, który wzmiankę o bogach traktował tylko i wyłącznie jako wymyślną figurę retoryczną. Doskonale wiedział, że w życiu zdani jesteśmy przede wszystkim na siebie. Bogowie uśmiechnęli się do jednego z młodych doktorów obdarowując go zaszczytem pełnienia funkcji Szefa Budynku. Ilu by za to wiele dało!

Tymczasem Doktor Podsiadek był przypadkowym, ale nie unikanym świadkiem zamiany funkcji. Zamienić funkcje! – na to Doktor Podsiadek nie wpadł. Z zasłuchiwanej właśnie rozmowy Doktor Podsiadek dowiedział się nie tylko, że transakcja jest możliwa do przeprowadzenia, ale i że jest prosta: jeden doktor poprosił drugiego, ten się chwilę opierał, ale tamten obiecał poprzeć jego kandydaturę do wyjazdu na stypendium i do tego na osłodę dorzucił:
– Wiesz, bo ten budynek, w którym masz szefować, jest koło mojego domu. Miałbym blisko.

Doktor Podsiadek nie potrafiłby zanalizować psychologicznie czy socjologicznie zawartego obok układu, ale wiedział, że odbył się według obowiązujących reguł. Gentelmenom nie wypada rozmawiać o pieniądzach. Na uczelni nie wypada handlować otwarcie przysługą za przysługę – do wszystkiego obowiązuje odpowiedni kod zachowania i Doktor Podsiadek w skrytości ducha uznał, że powołanie się na bliskość budynku do szefowania z miejscem zamieszkania było posunięciem genialnym.

Doktor Podsiadek jeszcze długo po transakcji przeprowadzonej w jego niemej obecności, wykręcony w zajmowanym fotelu, wpatrywał się w dwóch doktorów młodego pokolenia. Zza swoich dużych, drucianych okularów długo jeszcze bezceremonialnie patrzył się intensywnie i widział nie tyle ludzi, co fenomen. Bo szybko po zdaniu sobie sprawy, czego jest świadkiem, zauważył też z przykrością, że on by tego nie potrafił.

Ilustrowała: AnetaHg/pinezka/pl