Zaraz po śniadaniu miałem napisać zaległy list do przyjaciela. Post-przyjaciela raczej. Los, a dokładniej holenderski kontrakt Andrzeja, zerwał więzi, które nas przez długie lata łączyły. Od dłuższego już czasu pisanie do Nijmegen nie sprawiało mi przyjemności. Przymus raczej czułem niż chęć dzielenia się moimi myślami. Nie bardzo wiedziałem, o czym pisać, ale robiłem to nadal. Ot, siłą inercji. Ot, zdawkowe „co u mnie, co u ciebie”. Nic więcej. Jakieś słowa, znaki interpunkcyjne. O wszystkim i o niczym.

Jak zawsze na drugi dzień po ostrym piwsku, nie czując zupełnie smaku, kąsałem w mozole kanapki i wtedy mnie dopadła. Ona. Moje szczęki zareagowały standardowo – zaczęły pracować wolniej, w gotowości do dzielenia nijakich słów między nijakie kęsy i odwrotnie.
– To ja – zaanonsowała samą siebie – Nie przeszkadzam panu?
– Nie – skłamałem nie chcąc sprawiać jej przykrości na powitanie – Co tam słychać?
– U mnie? Nic nowego. To, co zwykle, tylko dużo bardziej. Nie jest dobrze, proszę pana. Ja już mam dość. Bardzo źle się z tym czuję, wie pan? Ciągle, ciągle to samo. Ja już nie mam do tego siły. To mnie zaczyna przerastać, poważnie mówię, niech mi pan wierzy. No, bo ileż można w końcu? No, niech pan sam powie!

Nie powiedziałem nic. Mimo zachęty. Żułem z wolna mdłe kromki z jakimś serem, chyba żółtym, nie wiem, siedziałem pod słońce, a ona gadała. Jak zwykle – nie musiałem się wysilać odpowiadając. Było jej chyba obojętne, czy reaguję, czy nie. Miałem nieodparte wrażenie, że chodzi jej tylko o to, żeby samej się wygadać.
– Pan się pyta…!
Co? Ja? Przestałem jeść. Co ona bredzi? Przecież o nic nie pytałem!
– Kochany! Przecież tego, co ja znoszę, nikt by nie wytrzymał. Daję słowo. Pan też nie, założę się o każde pieniądze! Widzi pan, ja już nie daję sobie rady. Wciąż i wciąż, i wciąż to samo! To mnie totalnie wykańcza, nie wiem już, co z tym robić. Czy ja już jestem w depresji, pewnie chce pan spytać…
Nie chciałem, wiedziałem, że sama powie.
– Powiem panu, że jestem u kresu wytrzymałości, to chyba ta depresja. Ma pan rację…

Niczym rzygacz na dachu staromiejskiej kamienicy wypluwała z siebie strugi lamentów ociekających skargą, unurzanych w goryczy, naszpikowanych żalem do całego świata i okolic. A ja słuchałem. Jej niemy terapeuta. Tak często wysłuchiwałem jej biadoleń, że zastanawiałem się, kiedy do moich drzwi zastukają chasydzi i kiwając się rytmicznie powtykają we mnie jakieś karteluszki. Na szczęście – ścianą płaczu byłem tylko dla niej. Czemu wybrała właśnie mnie? Nie wiem, przecież nawet nie wiedziałem, kim ona jest. Rozpłakała się.
– Ja płaczę, płaczę, słyszy pan? Zaraz wyć chyba zacznę. Pan mnie słucha?
– No jasne – westchnąłem i popiłem kłamstwo brunatną cieczą z kubka.
Popiłem i mało mnie nie zemdliło. Tylko kawa jest w stanie postawić mnie na dolne kończyny. Słodzę ją bardzo obficie, żeby zabić smak, którego nienawidzę. Tym razem posunąłem się jednak o jedną łyżeczkę za daleko.
– Słucham, słucham – rzuciłem wylewając przesłodzoną lurę do zlewu i parząc nową.

Kłamałem, ale tylko trochę, bo choć treść tego, co mówi, była mi z reguły obojętna, to moje uszy wychwytywały, a mój mózg absorbował przynajmniej pojedyncze słowa. Ja jej słuchałem, czy ona słuchała mnie, trudno orzec, w każdym razie mówiła do mnie. Mówiła, mówiła, mówiła…
– Mówię panu, że nie mam ani chwili spokoju. Ani przez momencik nie czuję się swobodnie, ani sekundy dla siebie, żadnej chwili intymności… I czemu tak? Co? Dlaczego oni mi to robią? Czym ja im wszystkim zawiniłam? No niech pan powie? – tonęła w łzach na wzór „Titanica”.
Poczułem się zobowiązany zapytać:
– A kto to są ci oni, bo nie rozumiem?
Zagadnąłem bardziej dla podtrzymania rozmowy, niż interesując się jej problemami. Poza tym kawa jeszcze nie ostygła, a i do listu wcale mi się nie spieszyło. Miałem pustkę w głowie. Czułem, że mógłbym napisać Andrzejowi tylko o niej.
– Nie wie pan?
– A skąd mam to wiedzieć?
– Oni, to znaczy wszyscy!
– Aha – skrzywiłem się. Taaa… Ciekawe, czy ona głosy słyszy, to chyba wariatka. – A co oni takiego pani robią?
– Jak to co? Niech pan nie udaje, tylko po to, żeby mnie pocieszyć.
Ani mi to przez myśl nie przyszło, zaczynała mnie nużyć.
– Naprawdę nie wiem.
– Co robią? No, ciągle o mnie mówią! Ciągle!!! Wciąż i wszędzie. Wstają rano i przy śniadaniu się zaczyna – o mnie mowa. Na parkingach, na przystankach, w tramwajach, w autobusach – wciąż o mnie. Pierwsza kawka w pracy – też tylko o mnie gadanie. Nawet dzieciaki w szkołach – na lekcji, na przerwie, w klasie, na korytarzu – nic, tylko o mnie mówią. To nie do wytrzymania. Depresja!!!
Depresja to może nie jest, ale megalomania z pewnością – pomyślałem z niesmakiem. Nic jednak nie powiedziałem. Nie musiałem. Biadała dalej:
– Wie pan, wychodzą z pracy, do domów wracają i… i dalej gadają o mnie. Pytlują i pytlują. O mnie i o mnie, nic, tylko o mnie. Wieczorkiem w knajpach, pubach to samo. Nic, tylko o mnie. Kiedy ostatnio był pan na piwie? Pamięta pan, o czym pan rozmawiał?

Zaskoczyła mnie nieco i zrobiło mi się głupio, bo cały wczorajszy wieczór spędziłem na piwku i właśnie się zorientowałem, że nie jestem w stanie powiedzieć, o czym rozmawialiśmy z kumplami. Chcąc pokryć zmieszanie wybąkałem:
– Niechże pani tak nie demonizuje. Niemożliwe, żeby wszyscy o pani mówili i to wciąż.
– Nawet w łóżkach o mnie gadają, kiedy robią sobie przerwy w seksie. Proszę pana! Ja ich znam i głucha nie jestem. No, pan może o mnie nie… ale inni? O! Niech pan mi uczciwie powie, czy nikt z panem nigdy o mnie nie rozmawiał? Niech pan powie, czekam – umilkła.
– No… – powoli zaczynała mnie irytować, nie znoszę przyciskania do muru.
– No, czekam! Tylko, proszę, uczciwie!
– No, nie pamiętam… – ze złością zagryzłem wargi, nie znoszę przesłuchań.
– Pan nie chce mnie zranić, rozumiem, jest pan bardzo miły, ale ja prawdę znam, proszę pana. Ja swoje wiem. Wszyscy wciąż o mnie mówią!
– A co pani plecie, przecież… – zdenerwowałem się.

Moja cierpliwość dla niej legła w gruzach. Jęczy i jęczy. No i ta megalomania! Pewnie! Za kogo ona się ma? Za jakąś gwiazdę? Jeszcze czego! Wszyscy ciągle o niej rozmawiają! Dobre sobie! Odechciało mi się gadać.
– Czemu pan milczy? – rozpłakała się znowu.
– Zastanawiam się.
– Nad czym pan się zastanawia?
– Czy pani mówi prawdę. To niemożliwe, że wszyscy dokoła mówili ciągle…
– O mnie? Ale mówią! A mnie to przeraża i niszczy! Niech pan mi powie, dlaczego tak jest?
– Nie wiem, przecież ja pani nie znam. Nie wiem, kim pani jest.
– No, jak to? Marynia jestem.
– Marynia?
– Marynia. Znaczy – nie cała. Jej tylko fragment. A konkretnie – dupa.