Doktor Podsiadek siedział za swoim masywnym biurkiem wykonanym z ciemnego drewna. Choć już na pierwszy rzut oka biurko nie pasowało do wystroju pomieszczenia, które Doktor Podsiadek z lubością nazywał swoim gabinetem, nic nie było w stanie ostudzić entuzjazmu, z jakim Doktor Podsiadek osobiście nadzorował przeniesienie biurka z magazynu. Było to stare biurko Jego Magnificencji Rektora (z czasów, gdy stanowisko to zajmował mężczyzna), które po modernizacji pomieszczeń zarządu uczelni poszło do lamusa, czyli magazynu w pobliżu garażu podziemnego.

Choć gabinet Doktora Podsiadka wyposażony był przede wszystkim w standardowe na całej uczelni meble z płyty wiórowej, przy których wielkie biurko eksrektorskie wydać się mogło postronnemu obserwatorowi kwiatkiem do kożucha, Doktor Podsiadek z wielką lubością zasiadał przy nim co rano, by godnie rozpocząć dzień pracy. Niewykluczone, że Doktor Podsiadek mógłby równie skutecznie rozpoczynać dzień pracy w Klubie Profesorskim, jednak po pierwsze Klub otwierano dopiero o godzinie 10.oo, po drugie – Doktor Podsiadek nie był jeszcze na tyle samodzielny, by zaraz po przyjściu do pracy udawać się do kawiarni, po trzecie – rozpoczęcia dnia w taki sposób żadną miarą nie można by określić „godnym”.

Tego dnia po zasiąściu za masywnym biurkiem wykonanym z ciemnego drewna, co do którego Doktor Podsiadek od razu zadecydował, że musi stać pod oknem, a na wprost wejścia, Doktor Podsiadek rzucił się w wir poprawiania prac licencjackich, których był promotorem. Doktor Podsiadek promotorował wiele prac, także dlatego, że był jednym z nielicznych dostępnych promotorów. Słynął ze skrupulatności i wnikliwego czytania, co uzewnętrzniało się licznymi poprawkami czynionymi długopisem o czerwonym wkładzie. Regały pokoju Katedry uginały się pod ciężarem kupek prac sprawdzanych przez Doktora Podsiadka, każda opatrzona komentarzem na pierwszej stronie. Po otrzymaniu funkcji oraz pokoju mianowanego gabinetem, Doktor Podsiadek zdecydował się przenieść część z tych prac do swojego nowego pomieszczenia. Ale nie wszystkie. Ze względu na wcześniej zakupione granatowe segregatory, które prawie szczelnie wypełniły półki w gabinecie, nie za wiele miejsca pozostało na cokolwiek innego, w tym na prace licencjackie. Drugim motywem pozostawienia części obronionych już prac licencjackich w pokoju Katedry był klucz kolorystyczny. Doktor Podsiadek wielokrotnie powtarzał swoim studentom standard tworzenia pracy, w czym szczególny nacisk kładł na ostateczne oprawianie. Żądał, by wszystkie prace oprawione były w sztywne okładki. Granatowe. Koniecznie granatowe.
– Wydaje mi się otóż – mawiał studentom na seminarium – że granatowy kolor adekwatnie podkreśla wagę Państwa pracy.

Choć wiedzą, którą studenci naprawdę powinni z seminarium wynieść ze względu na częstotliwość nawoływań, była ta o kolorze okładek, Doktorowi Podsiadkowi niejednokrotnie na samej już obronie trafiały się prace oprawione na bordowo, a nawet na zielono.
– Bordowa okładka! – wykrzykiwał Doktor Podsiadek, a na twarzy pojawiały mu się czerwone plamy. Student wchodzący na obronę pracy w obecności czerwonych plam na twarzy Doktora Podsiadka nie mógł liczyć na litość komisji egzaminacyjnej.

Bordowe i zielone prace licencjackie Doktor Podsiadek pozostawił w pokoju Katedry, gdy przenosił zasoby półek od swojego gabinetu. Tylko granatowe grzbiety komponowały się  z nowozakupionymi segregatorami, z których większość nie kryła jeszcze żadnych tajemnic, ani zgoła w ogóle nic.

Służbowym, plastikowym długopisem w barwach uczelni, z uczelni logo  i numerem inwentaryzacyjnym wypisanym na nim białą farbą i cienkim pędzelkiem, Doktor Podsiadek kreślił uwagi do kolejnej pracy:
tytuł – niezrozumiały
wstęp – źle
referencje – źle
rozdział pisany od nowej strony
z wykresu na str. 16 nic nie wynika
źródła – niekompletne
brak wstępu do tabel i wykresów

Choć po krytycznych uwagach umieszczonych na froncie pracy wydawać się mogło, że wiele gorzej pracy napisać się nie da, prawdziwa burza przyszła z kolejnym licencjatem. Frustracja Doktora – do której nigdy by się nie przyznał publicznie – sięgnęła zenitu od razu, gdy tylko ujrzał na stronie tytułowej wypisane:
praca licencjacka napisana pod kierunkiem Doktora Potsiatka

Doktor Podsiadek wyprostował się, choć oczu nie odrywał od sprawdzanej pracy. Rozpiął guzik marynarki, który jako ostatni pozostawał zapięty, a chusteczką wyjętą z butonierki powoli, lewą dłonią, przetarł czoło. Pocił się obficie. Następnie na superczerwono podkreślił „Potsiatka” i starannie wypisał obok tytułu: „ndst”. Nie przechodząc już do dalszej części pracy i nie oglądając się za siebie, opuścił gabinet i szybkim krokiem ruszył do Klubu Profesorskiego ukoić nerwy. Kto wie – może w takich okolicznościach byłoby godniej rozpoczynać dzień tam, dokąd się właśnie udawał?


Ilustrowała: AnetaHg/pinezka.pl

Zobacz też:
Doktor Podsiadek i maszynopisanie
Doktor Podsiadek i komputer