ilustr. spinelli/pinezka.pl
Średnio 14,6 razy w roku mam problemy z płynnością finansową. Każdy przypadek ograniczonego dostępu do gotówki trwa przeciętnie 6,4 dnia. Co oznacza, że przez jedną czwartą roku cierpię niedostatek. Dziwne. Niepokojące. Tym bardziej, że nie znam przyczyn takiego stanu rzeczy.

To znaczy – nie znam ściśle. Nieściśle odnoszę wrażenie, że pieniądze dematerializują się, zamieniają w elektrony i pryskają z mojego internetowego banku.

W końcu pieniądz drukowany to materia, a ta z kolei jest ekwiwalentem energii. Oznacza to, że jeśli nie wydobędę szybko banknotów, rozpłyną się one w kwantową plazmę (z kwadratową prędkością światła w dodatku!). Więc wydobywam. I mimo tego zasoby znikają. Hm. Może, zastanawiam się dalej, jeśli teoria Newtona jest do skali makro, a teoria Einsteina do skali mikro, to do skali ekonomicznej potrzebna jest jeszcze inna?

Pomijając jednak te dywagacje ekonomiczno-fizyczne dochodzę do wniosku, że powinienem móc korzystać z jakiś ulg. Na przykład z ulgi dla osób samotnie wychowujących dorosłego. Taki dorosły wymaga nie gorszej opieki niż dziecko, a może nawet jeszcze większej. Źle się prowadzi, trzeba go ratować przez rozpiciem, rozłajdaczeniem i otyłością. Ma mnóstwo nałogów i szkodliwych przyzwyczajeń. Jest nieposłuszny, krnąbrny i nieprzystosowany socjologicznie. Ba! Nawet psychologicznie przystosowany jest nie bardzo. Opieka nad dorosłym zajmuje większą część mojego czasu. I jeszcze do tego ten deficyt.

Mój boże. To straszne.
Chyba się pójdę upić.