„Nareszcie”, pomyślałam. A już zaczynałam tracić nadzieję. Tylko dlaczego nic nie mówi? Może dostrzegł całe moje piękno i go powaliło? Moja uroda odebrała mu mowę, a wdzięk zdolność logicznego myślenia? Zresztą, niech już sobie nic nie mówi –  najważniejsze, że się gapi.
Siedziałam spokojnie, czekając aż się napatrzy i dojdzie do siebie po szoku doznanym pod wpływem mojej krasy. Postanowiłam nawet, że się odwrócę, żeby mógł sobie popodziwiać mój klasyczny profil, ale nie zdążyłam, bo Jędrka niespodziewanie odetkało.
– Na tej stronie możesz wpisać wszystkie problemy, jakie masz ze skórą, a oni ci polecą najbardziej odpowiednie  produkty do twojej cery. To co my tu mamy? – odwrócił się do klawiatury. – Rozszerzone naczynka, zatkane pory, kurze łapki, wypryski na brodzie, zmarszczki pionowe między brwiami, przebarwienia słoneczne, świecenie na czole… masz coś jeszcze, czego nie zauważyłem?
Tak. Pogrzebaną na wieki świadomość swojej własnej atrakcyjności.
I to wszystko zauważył, kiedy na mnie patrzył przez te kilka minut? Ja już się nie pytam, jak zauważył, skoro mam na sobie tyle warstw tynku co stuletni budynek. Ja się pytam, dlaczego??
– Nic? No to klikamy. Zaraz będzie odpowiedź.
– I co? – spytałam po chwili.
– Tu piszą: „Przykro nam, ale nie mamy produktu, który mógłby pani pomóc”.
Opadłam na kanapę.
– Super. Mam tyle wad, że nie wymyślili jeszcze niczego, co byłoby mnie w stanie choć trochę upiększyć. Bomba, naprawdę.
Łzy nabiegły mi do oczu. Przez chwilę mrugałam powiekami, żeby się nie rozmazać. A zresztą, co tam, dlaczego miałabym sobie nie ulżyć? Jeżeli nie na urodę (bo na to nie ma już co liczyć) to przynajmniej złapię go na litość. Nawet w takiej chwili trzeba było kombinować. Taki to już mój los, niestety. Nie przestaje się być płazem tylko dlatego, że człowiekowi smutno. To cecha przypisana na stałe tak jak kolor oczu.

Podwinęłam nogi, żeby wyglądać bardziej żałośnie i właśnie miałam się rozpłakać (a ryczeć mi się chciało już straszliwie), kiedy niespodziewanie zaczęłam kichać.
– Jesteś chora?
Pokręciłam przecząco głową.
– No, to zaraz będziesz, jak się nie przebierzesz. Od razu tak sobie pomyślałem, jak cię zobaczyłem.
No, nie wytrzymam. Na widok baby w koronkach jedyne o czym myśli, to że ta się przeziębi. A może nie na widok każdej baby?
– Wyobrażasz sobie mieć katar przy takim nosie? Jak będziesz smarkać?
Popatrzyłam na swojego opuchniętego kinola. Bardzo romantyczne – taki smarkaty temat.
– A to twoje domowe kapcie? – spytał wskazując na moje dwa wieżowce – Bo chyba niezbyt wygodne, co? Zresztą ja też mam problem z kupowaniem butów – roześmiał się machając wielkimi stopami – więc wiem, co czujesz.
Problem właśnie w tym, że nie wiesz, chłopie. I jak dalej tak mi się będzie wiodło jak dotychczas, to raczej się nie dowiesz.
Zrezygnowana powlokłam się przebrać. Jędrek w tym czasie dokończył notatki, zaparzył mi herbatę i mówiąc, że powinnam trochę odpocząć, poszedł do domu. Domyślam się, że larwa cieszyła się jak diabli.

Przez kilka dni lizałam rany zadane mojej kobiecej dumie. Nie można być wredną, nie wierząc święcie w swoją własną atrakcyjność. Przynajmniej ja nie mogę. W ogóle podli ludzi dzielą się na dwie kategorie:
a) Piękni – myślą, że są lepsi od innych i wszystko im się należy. Stają się wrednymi, gdy reszta świata uważa inaczej. Swój dar wykorzystują do zdobycia rzeczy, które według nich przysługują im jak chłopu ziemia. Tym jest łatwiej motać i  snuć intrygi, bo uroda ogłupia nawet największe umysły. Sprawdzone.
b) Brzydale – zazdroszczą wszystkim, których Bozia stworzyła choć trochę bardziej powabnymi. A ponieważ zazwyczaj powabniejsza od nich jest połowa społeczeństwa, nie mają łatwego życia. Wierząc, że inni są zbyt hojnie obdarowani, w każdy możliwy sposób starają się obrzydzić szczęśliwcom ziemską egzystencję. Zawzięte Brzydale potrafią bardziej niż Piękni mącić, chachmęcić, knuć i kombinować, bo to sens ich istnienia. Wyjątkowo perfidni.

Do tej pory szczęśliwie zaliczałam się do pierwszej kategorii. Teraz dzięki jednemu nieczułemu blondynowi w swoich własnych oczach zleciałam do drugiej. I musiałam się nauczyć żyć z tą straszną świadomością.

Minęło kilka dni zanim odzyskałam jaką taką równowagę, a wraz z nią moją zdolność do wrednego myślenia.
Nie mogąc skruszyć celu postanowiłam zabrać się za przeszkodę. Plan był prosty – skoro Jędrek nie chciał się odczepić od larwy, musiałam sprawić, żeby larwa odpadła od Jędrka. Uzbrojona w wiedzę, którą nabyłam z kilku specjalnie na tę okazję kupionych psich poradników wmaszerowałam na siódme piętro i zapukałam do drzwi Ercepa. Siłą woli powstrzymywałam się, żeby nie wydawać przy tym okrzyków wojennych, bo bojowo nastawiona byłam straszliwie.
Otworzyła mi atrakcyjna (niech to szlag) blondynka.
– Cześć. Nazywam się Weronika. Znam Jędrka i…
– Iwona – niemal wciągnęła mnie do środka. – Usiądź tutaj, zaraz go zawołam – wskazała na przyjemnie urządzony, niewielki pokoik.
No, proszę. Wcale nie zazdrosna. Ja to bym nie dała obcym babom tak przyłazić do mojego cuda.
– Właściwie, to ja do ciebie przyszłam…
– Do mnie? – zdziwiła się. – Dlaczego?
Chciałabyś wiedzieć, he, he, mogę się założyć.
– Andrzej powiedział, że jesteś ekspertem, jeśli chodzi o psy.
– Nie bardzo – roześmiała się.
– Nie szkodzi – powiedziałam głupio. Na szczęście nie zareagowała. – Bo widzisz, mam psa i …
– Mieszkasz tutaj? Bo z widzenia trochę cię kojarzę, ale nie przypominam sobie, żebym widziała cię z pieskiem.
– Nie szkodzi – powtórzyłam jeszcze bardziej głupio. Co ze mną? Jeszcze jedna taka błyskotliwa odzywka i mogę spokojnie wracać do domu.
– Wychodzę o różnych porach – bąknęłam niepewnie.
– Aha. No to masz pieska. I?
Rozsiadłam się w fotelu i zaczęłam opowiadać o wymyślonych problemach mojego wyimaginowanego czworonoga. Muszę przyznać, że w pewnym momencie zaczęłam nawet czuć do niej sympatię, bo cierpliwie i bez cienia znużenia odpowiadała na moje mniej i bardziej idiotyczne pytania. A wymyślałam ich sporo, bo wciąż nie wiedziałam jak skierować rozmowę na temat Jędrka.
W końcu nastał ten straszny moment i psi wątek się wyczerpał. Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu.
– A więc znasz Andrzeja? – spytała bez zainteresowania.
No, proszę, ofiara sama pcha się do pułapki. Może bym i zrezygnowała ze swojego planu, bo w końcu miła jest i w ogóle, ale skoro sama lezie? Jeśli lezie, to znaczy, że jej się należy. Nie moja wina. No, dobra, nie oszukujmy się. W życiu bym nie zrezygnowała.
– Przelotnie – odpowiedziałam obojętnie, żeby nie wzbudzać w niej podejrzeń.
– Masz chłopaka?
Trochę mnie zaskoczyła.
– Jasne.
Że nie.
– Prawdziwego?
Nie, wymyśliłam go 10 sekund temu.
– Ma jakieś wady?
Nie wiem. Za krótko się znamy żeby móc powiedzieć.
– Widzisz, z prawdziwym facetem jest inaczej, niż z takim Ercepem – nie zwracała uwagi na to, że nie odpowiadam.
– Domyślam się.
– Ty ze swoim na pewno masz jakieś problemy.
Jak na razie nie narzekam.
– Problem z Jędrkiem jest taki, że nie ma z nim problemu.
– Nie rozumiem – zdziwiłam się. I była to moja pierwsza szczera reakcja.
– Jest zbyt idealny.
– Co ty mówisz? – zdenerwowałam się.
– No, bo widzisz, życie z kimś idealnym wcale nie jest takie różowe…
– Masz faceta, którego zazdrości ci połowa osiedla, dla którego niektóre baby dałyby się posiekać, a ty jeszcze kręcisz nosem? – nie wierzyłam, jak można być tak zapatrzoną w siebie, arogancką, marudną zrzędą  – Jak możesz  być taką zapatrzoną w siebie, arogancką, marudną zrzędą? – O Boże, mówię to, co myślę.
– To nie jest takie proste. Ja go nawet lubię…
– Ona go nawet lubi! Dziękujemy za ten zbytek łaski!
– To nie tak. Ja tylko…
– Co tylko? Facet wypadł z twoich marzeń, a ty mi tu mówisz, że to nie jest takie proste?
– Ale ja…
– Co ja? No, co ja? Powinnaś go na rękach nosić za to, że on nosi ciebie. Moglibyście się tak na zmianę nosić, wyobraź to sobie – jak zwykle, kiedy się zdenerwowałam, mówiłam zbyt szybko i za głośno. – Zamiast się cieszyć, że taki skarb wygrała, to ta jeszcze biadoli.
– Myślisz, że powinnam spróbować?
– No jasne. Zanim będzie za późno, kobieto. Zanim będzie za późno.
– Może masz rację. Wezmę dzisiaj Jędrka i zrobimy sobie piknik. Pójdę teraz wszystko przygotować, a wieczorem wpadnę do ciebie i porozmawiamy. Dziękuję. Gdyby nie ty pewnie dałabym sobie spokój, a tak, kto wie? Może coś z tego będzie? Wielkie dzięki, naprawdę. Do zobaczenia – odprowadziła mnie do drzwi.

Stałam na klatce dobre dziesięć minut. Wciąż nie mogłam zrozumieć tego, co się przed chwilą wydarzyło. Kiedy w końcu to do mnie dotarło, spuściłam głowę i powlokłam się do domu.

Przez trzy następne dni nie wychodziłam z mieszkania, nie odbierałam telefonów, ani nie reagowałam na dzwonek uporczywie brzęczący co kilka godzin. Musiałam się zmierzyć z brutalną prawdą. W końcu proza życia zmusiła mnie do wyjścia na światło dzienne – w lodówce zabrakło mi żarcia.
Ubrałam się, otworzyłam drzwi, niechętnie zrobiłam krok naprzód i w tym samym momencie wyłożyłam się jak długa. Wściekła jak sto diabłów obróciłam głowę, żeby zobaczyć o co się potknęłam.
Na wycieraczce, trzymając w pysku oślinioną do granic możliwości torebkę z bezami, leżał Fafik. Radośnie zamachał do mnie ogonem.

Ilustrowała: AnetaHg/pinezka.pl