Gdzieś między nieprzebytymi bagnami (zwanymi przez okolicznych chłopów – w liczbie szesnastu – Mokradłami) rozpościerała się połać prastarego lasu. Las był zbyt stary, by bronić swojego terytorium, kurczył się ze stulecia na stulecie, oddając grzęzawisku kolejne drzewa, które milcząc upadały w bulgoczącą wodę.

Okoliczni chłopi gromadzili się na północy, gdzie przynajmniej trzy miesiące w roku lód ścinał niepokorne mokradła pozwalając im przedostać się w cywilizowane okolice, sprzedać co mieli do sprzedania i wrócić do wioski. W zasadzie żaden z nich nie wyobrażał sobie życia gdzie indziej. Podobnie jak ludzie z cywilizowanych okolic, którzy z kolei nie wyobrażali sobie, że ktokolwiek należący do ludzkiej rasy może wytrzymać w okolicy martwych wyziewów grzęzawiska.

Jedni i drudzy odnosili się do siebie z dystansem. Więzi handlowe trzymały ich jednak w symbiozie; nigdy przeto nie dochodziło do żadnych incydentów.

W wiosce na mokradłach mieszkał Eryk. Był zwyczajnym chłopcem, może tylko trochę bardziej żywym od innych, może trochę zbyt rozbrykanym i nieposłusznym jak na standardy małej społeczności. Mężczyźni patrzyli na niego uśmiechając się, kobiety czasem przepędzały (gdy próbował wybierać jabłka ze spiżarni lub podkradał się, by kogoś przestraszyć). Wszyscy wiedzieli jednak, że w końcu z tego wyrośnie i jak wszyscy, zajmie się czymś pożytecznym.

Miało się stać inaczej.

Gdy Eryk kończył dwanaście lat, w dzień swoich urodzin dostał zabawkę, zakupioną kilka miesięcy wcześniej, podczas handlowej wymiany w mieście Cywilizowanych Ludzi. Matka Eryka musiała się sporo natrudzić, by niesforny chłopak nie wypatrzył miejsca ukrycia prezentu – w końcu postanowiła, że będzie go nosić stale przy sobie i tak też uczyniła. Eryk przejrzał wszystkie zakamarki, lecz nic nie odkrył. Zaczął podejrzewać nawet, że rodzice zapomnieli o zbliżającym się święcie.

W dniu dwunastych urodzin matka wyciągnęła z fałdów sukni piórnik i wręczyła go Erykowi.
Był to dziwny prezent. W końcu papier był zbytkiem i nie było go zbyt wiele, a i nikt nie zamierzał posyłać chłopca do szkoły. Piórnik miał jednak tę zaletę, że wcale nie trzeba było trzymać w nim przyborów do pisania. Można było schować cokolwiek. Eryk szybko ustalił sam ze sobą, że piórnik nie będzie służył do przetrzymywania ołówków.

Gdy został sam, obejrzał dokładnie pudełko. Miało otwierane wieczko i zbite było z sześciu desek. Ktoś, kto je wykonał, był estetą – każda boczna ścianka miała wyrzeźbiony delikatnie inny obrazek ukazujący ludzi, na wieczku zaś wyrzeźbiony był las. Tylko spód był gładki. Eryk schował do piórnika znaleziska całego dnia: dwie szyszki i nadjedzony przez coś (kogoś?) kawałek martwej żaby (myśląc przy tym, że nie chciałby, żeby matka zajrzała do środka) i poszedł spać.

Rano w piórniku znalazł kawałek brzozowej kory.

Cały dzień zastanawiał się nad tym, kto mógł podmienić jego skarby i dlaczego akurat na kawałek kory. Obserwował domowników, czy ktoś przypadkiem nie zdradzi się jakimś gestem, nie rzuci słowa, nie spojrzy znacząco. Nic jednak takiego się nie wydarzyło.

Kładąc się wieczorem, Eryk schował do pudełka patyk w kształcie procy, znów jedną szyszkę, kamień oraz garść trawy i schował piórnik pod poduszkę. Próbował czuwać, ale męczący dzień zrobił swoje – zapadł w głęboki i ciepły sen.
Biorąc do ręki rano pudełko zdał sobie sprawę, że znów coś się stało. Zajrzał do środka i wyciągnął stamtąd żołędzia – dębowe nasienie, wypuszczające pierwsze pędy.
Nie powiedział nikomu o swoim odkryciu; teraz już mógł być pewien, że nikt niczego nie podmieniał – w okolicy nie rosły żadne drzewa. To piórnik dawał mu coś do zrozumienia.
Jeszcze tego samego dnia zasadził drzewo za chatą i prawie natychmiast o nim zapomniał. Przez chwilę jeszcze martwił się, czy drzewko da sobie radę, ale i tym nie zaprzątał sobie głowy zbyt długo.

Ludzie z wioski szybko zdali sobie sprawę z tego, że coś się dzieje. Od dnia swoich dwunastych urodzin Eryk się zmienił. Był poważny, nie szalał. Przepadał gdzieś na całe godziny i wracał zamyślony. Kiwali do siebie głowami – „wyrasta” – mówili.

Trzeciego dnia po urodzinach Eryk nie schował niczego do pudełka, jednak aż do zmroku nie spuszczał z niego oka. Liczył po cichu na to, że piórnik przemówi do niego albo zacznie biec, jak to – wyobrażał sobie – zwykły czynić zaczarowane przedmioty. Nie miał już bowiem żadnych wątpliwości, że pudełko jest zaczarowane. Zniechęcony brakiem jakiejkolwiek reakcji poszedł spać. We śnie zobaczył las. Poczuł zapach butwiejących liści. Pośrodku mokradeł stało tylko kilka drzew, ogromnych i zmęczonych. Spoza chmur sączyła się ciężka poświata zachodzącego słońca, zaś drzewa pochylały się na różne strony, choć nie dało się wyczuć żadnego wiatru. Wyglądały trochę jak żywe, można by pomyśleć, że ze sobą rozmawiały.

Eryk obudził się. W piórniku znalazł kolejny kawałek brzozowej kory, na którym koślawym pismem ktoś napisał – „czekam”.

Przygotowywał się przez następne dwa tygodnie. Miał wprawę w podkradaniu jedzenia, ale – po pierwsze – tym razem musiał wybierać takie rzeczy, które nie zepsułyby się za szybko, a po drugie musiał być na tyle ostrożny, by nikt go nie przyłapał. Z leżącego za chatą drewna wystrugał sobie podróżny kij, który nazwał Quercus, choć zupełnie nie wiedział, dlaczego to akurat imię przyszło mu do głowy.

ilustr. spinelli/pinezka

Wreszcie był gotowy do drogi. Ujął Quercusa za wyrzeźbioną rękojeść, zarzucił na plecy wypakowany po brzegi chlebak i wymknął się z wioski.
Celem jego wędrówki był mityczny las, o którym tyle razy słyszał, a w którego istnienie nikt, łącznie z samym opowiadającym, nie wierzył. Według opowiadań miał rosnąć gdzieś na mokradłach: czasem w samym środku środka, czasem trochę na południe, a niekiedy zupełnie na zachód. Eryk wiedział, że poszukiwania będą trudne. Do paska spodni przytroczył pudełko z brzozowym zwitkiem.

Rano mężczyźni wyruszyli na poszukiwania chłopca, lecz grzęzawisko szybko pochłonęło jego ślady. Krążyli po okolicach, nawołując tak Eryka, jak siebie nawzajem, by się nie pogubić. Wieczorem wrócili do domów. Jeden z nich trzymał w ręku pudełko.

W pudełku był kawałek kory z napisem: „idę łapać wiatr”.

Dąb za domem puścił kolejny pęd.

Grafika: spinelli/pinezka.pl