Istniał pewien geniusz. Człowiek tak inteligentny, że potrafił skraść myśli Bogu. Znalazł do nich drogę. Niepotrzebny był mu łańcuch, by się do nich dostać. Zerwał jabłko z zakazanego drzewa boskiej wiedzy. Nie mógł patrzeć na ludzkie cierpienie na ziemi. Brzydziło go to. Czyniło świat nieczystym. Dlatego chciał go oczyścić.

   Długo pracował nad machiną, która miała odebrać wszystkim ludziom ból i uszczęśliwić ich. Na tablicach pisał setki długich wzorów i budował dzieło swego życia. Wreszcie ukończył je. Szkopuł jednak w tym, że ze wzoru wynikała potrzeba paru ludzi, którzy wzięliby na siebie ból tego świata.
Nie wiedział, skąd ich wziąć. Ktoś poradził mu, żeby dał ogłoszenie w gazecie.
Gdy je dał, zgłosili się do niego masochiści oraz święci. Potrzebował ich osiemdziesięciu siedmiu. Nie pytaj mnie, dlaczego akurat taka liczba była mu potrzebna, bo nie znam się na matematyce ani na boskim geniuszu.

   Wytłumaczył im, że czeka ich ogromny ból. Tak ogromny, że mogą go nie przeżyć. Umieścił ich w sali w której stała jego cudowna machina. Spytał się jeszcze raz czy się godzą. Nikt nie odszedł.
W końcu włączył machinę, która zaczęła odbierać wszystkim ludziom na całym świecie ich cierpienie i oddawać go wybrańcom. Owym ochotnikom do zbawienia  świata od bólu. Geniusz patrzył jak ich twarze nabierają nieludzkich grymasów. Czuł ich rozpacz. Potem zaczęli płonąć, lecz nie ogniem. Czymś, co mogło się nim wydawać, ale nim nie było. Krzyczeli spalając się. Gdy wypalili się do końca, znikli, a z nimi razem wszyscy ludzie na całym świecie. Dzieci, starcy, kobiety i mężczyźni. Nawet geniusz od machiny.

Lecz w ruinach świata ostał się chłopak. On nie chciał oddać swojego bólu i  umknął przed działaniem machiny. Nazywał się Jesus. Matka nazwała go tak, ponieważ wierzyła w wyjątkowość swojego syna. Ojciec trochę mniej i chciał mu nadać imię Michel.
Chłopak patrzył jak ludzie rozpływają się w powietrzu niczym duchy. Był przerażony, ale siłą swojej ogromnej woli uniknął rozpadu. Został sam na świecie. Błąkał się po pustych ulicach, nie rozumiejąc tego co się stało. Nie pojmował tego nagłego zniknięcia ludzi. Przespał noc, a gdy obudził się w dzień nic się nie zmieniło. To nie był sen. Poczuł się tak samotny, że sam chciał zniknąć. Z całej swojej siły. Chciał się zabić. Nie mógł wytrzymać tych pustych ulic i domów. Braku śmiechu i ludzkiej mowy. Myślał, że ból rozerwie mu serce. Dusił się. Krzyczał w stronę nieba -co się stało?. Krzyczał ze łzami w oczach – nie  rozumiem! A gdy to czynił zszedł do niego Anioł. Chłopak nie zdziwił się. Niczemu już się nie dziwił. Patrzył na niego swoimi załzawionymi oczyma. Anioł wszystko mu wyjaśnił. Chłopak słuchał w ciszy.
– Tylko ty możesz ocalić ten świat- rzekł anioł.
– A kim ja jestem – odparł chłopak.
– Bólem. Oddaj mu swój ból. Oddaj ból światu.
Wtedy Jesus oddał swój ból światu. W miarę jak ból z niego uchodził, ludzie zaczęli znów pojawiać się na ziemi. Jakby przychodzili znikąd. Znów świat zaroił się od  ludzkiego śmiechu i łez. A Jesus umarł, bo oddał cały swój ból. Geniusz zaś zrozumiał swój błąd i zniszczył machinę gdy tylko powstał z nieistnienia. Geniusz nie miał już celu w życiu. Wypalił się. Bał się też samego siebie. Bał się, że cel jaki teraz może obrać zgładzi ziemię. Choćby nawet on postępował w  dobrej wierze.

   Stał na polu, w deszczu. Tu bawił się gdy był małym chłopcem. Tu biegał, tu śmiał się, tutaj uciekał by płakać kiedy przychodziły złe dni. Po środku pola stało drzewo. Było dużo starsze od niego. Będąc dzieckiem, wdrapywał się na nie i patrzył z wysokości na okolicę. Tutaj snuł plany o wyeliminowaniu cierpienia. Tutaj śnił i marzył. To była jego świątynia.
Podszedł do drzewa i wdrapał się na nie. Był jeszcze na tyle młody i sprawny by to uczynić. Rozejrzał się po okolicy tak jak to czynił wieki temu. Nic się nie zmieniło. Oprócz niego. Już nie marzył. Do gałęzi przywiązał linę i patrząc nadal na horyzont, zrobił pętlę na drugim jej końcu. Myśląc o ludziach którzy zginęli przez niego, założył ją na szyję. Pamiętał ich twarze. Tego wspomnienia nie umiał wyrzucić z pamięci. Chociaż próbował. Rzucił się w dół. Udało mu się zapomnieć.

– Próbowałem nie oddychać patrząc na wisielca. Nie chciałem poczuć zapachu  śmierci. Bałem się, że mnie też zabierze. Moi bracia podeszli bliżej. Jeden nawet dotknął jego buta. Nie bał się. Ja patrzyłem z oddalenia na drzewo obwieszone trupem. Wcześniej wydawało mi się, że jestem nieśmiertelny, ale w tamtej chwili zdałem sobie sprawę, że jednak tak nie jest. Płakałem i próbowałem nie oddychać. Jeden z moich braci, nie pamiętam już nawet który, wszedł na drzewo i przeciął swoim nożem linę. Drugi trzymał ciało. Jednak było za ciężkie i runął razem z nim na ziemię. Obaj moi bracia umarli niedługo potem. Zginęli w wypadku jeszcze przed twoim narodzeniem. Nawdychali się śmierci.

Powiedział to starszy mężczyzna do swojego syna. Syn przekrzywił głowę  zastanawiając się dlaczego ojciec mówi mu to wszystko. Przecież nigdy wcześniej  nie rozmawiali ze sobą w ten sposób. Wieczne rozkazy i pretensje. Teraz mówił tak spokojnie, że syn nie mógł go słuchać. Wolał już rozkazy i pretensje.
– Teraz odejdź ode mnie – rzucił mężczyzna. Syn obrócił się na pięcie i wyszedł z domu myśląc nad tym, co powiedział mu ojciec.

Ilustr. Anna Fudyma/pinezka.pl