Era pełnych romantyzmu uniesień skończyła się dokładnie w tym momencie, kiedy niegdysiejsi buntownicy w końcu dorwali się do władzy. Jeszcze powstawały książki opiewające ich pełne heroizmu czyny, protesty, tygodnie w więzieniu i wymuszone przez reżim rozstania z krajem, ale już nikt ich nie czytał – bo starsi pamiętali jak było, a młodzi widzieli jak jest.

Wszystko naokoło zaczęło wydzielać podejrzany zapach fałszu, który wiercił w nozdrzach zwykłych ludzi, zmieniając ich w zgraję nieufnych zwierząt, szczerzących oślinione kły pod byle pretekstem. Jedyną wartością, jaka tak naprawdę się ostała z dawnych czasów, była wiara w stałość amerykańskiego dolara, niemniej już nie w Amerykę jako taką. Politycy plotący trzy po trzy jako pierwsi padli ofiarą swoich słów i ociekając jajami jak niepyszni schodzili z trybun, wydając rozkazy inwigilacji manifestantów podległym sobie służbom specjalnym.
Teoretycznie wszystko było na dobrej drodze – każdy, kto chciał, mógł protestować i w szybkim tempie wyrosła w kraju nowa liga działaczy związkowych, których jedynym zajęciem było nieustanne krytykowanie zarządzeń rządu, w którym pracowali ich dawni koledzy. Przez kraj przetoczyła się fala blokad, strajków i protestów ulicznych, wprawiając zdezorientowaną ludność w przekonanie, że wszystko idzie ku złemu, a nawet jeszcze gorszemu. Rzecz jasna, momentalnie pojawiło się kilku cwaniaczków, którzy żerując na odwiecznych fobiach narodu zadęli w swoje koślawe rogi – grając larum dla ginącego kraju szybko zdobyli rozgłos i zainstalowali się na intratnych posadach.

Tymczasem, pod szyldem opozycji, ekipa wykształcona przez fachowców z epoki zimnej wojny przyglądała się tej wzajemnej eksterminacji i zacierając ręce czekała, aż znękany naród zwróci władzę w ręce dawnych kacyków. Sytuacja stawała się tak groteskowa i nierzeczywista, że każdy, kto miał jakiekolwiek cenione w świecie umiejętności, wyjeżdżał z kraju nie oglądając się za siebie i nie usprawiedliwiał swojej decyzji względami politycznymi, lecz zwyczajną tęsknotą za normalnością.
Ci, którym przyszło dojrzewać w tych niełatwych czasach, najczęściej padali ofiarą paranoi już we wczesnych latach szkolnych. Oprócz garstki jako tako porozumiewających się po polsku dzieciaków, po ulicach przewalały się tłumy grypsujących w wulgarnym, szkolnym slangu młodocianych gangsterów, wychowanych przez gry komputerowe, telewizję i dilerów amfetaminy. Normy wykrzywiane na każdym kroku zdegenerowały się i zdeformowały do tego stopnia, że zwykli ludzie przestali wychodzić na ulice, bojąc się kradzieży, gwałtów i morderstw, jakimi co dzień zachłystywały się media, potęgując szaleństwo samotnych emerytów. Nieliczni, którzy z różnych powodów nie uciekli z tego domu wariatów, czerpali ze wzorów starych, doświadczonych opozycjonistów, pili tęgo i wiedli długotrwałe knajpiane dyskusje, które z reguły prowadziły do nikąd, niemniej zdecydowanie poprawiały nastrój.

W głowie Olka zapiało jednocześnie tysiąc kogutów. Przeraźliwy hałas momentalnie wyrwał go z łóżka i rzucił do łazienki, wprost pod strumień zimnej wody wypadającej z hukiem z czeluści podrdzewiałego kranu. Spojrzał w lustro, usiłując skupić wzrok na swoim wyginającym się odbiciu, po czym zgiął się nagle i z głośnym jękiem zwrócił do wanny kilka żółtych kropel z wyschniętego na wiór żołądka. Jęknął jeszcze raz boleśnie, otarł spierzchnięte usta i noga za nogą powlókł się do kuchni. Z lodówki wyciągnął zmrożoną puszkę piwa, usiadł na krześle przy oknie wychodzącym na ścianę okien bloku po drugiej stronie piaskownicy i popijając zaczął zastanawiać się nad bolącym bezsensem swojego istnienia. Wnikliwa analiza ostatnich miesięcy nie napawała optymizmem i na nic zdało się zerkanie w odleglejszą przestrzeń, celem przypomnienia dni chwały i szczęścia.

Od dwóch lat gnił w tym samym bezsensownym stosunku pracy, który nie przynosił mu ani satysfakcji, ani rekompensującej jej brak ilości pieniędzy. Nieregularność pracy sprawiała, że pił całymi tygodniami, a następnie pracował przez kilka dni i nocy, aby sprostać postawionym mu wymaganiom. Czuł się nieco wypalony i coraz więcej czasu pochłaniało mu doprowadzanie mózgu do stanu używalności po całotygodniowych libacjach. W pewnym momencie zrozumiał, że zaczyna uprawiać nędzny proceder autoplagiatu, tudzież smutnej adaptacji pomysłów odrzuconych wcześniej.

Życie zawodowe powoli zaczynało go dręczyć, zaś w parze z nim, trzymając się pod rękę i zawodząc tę samą żałobną melodię, szło życie osobiste. Od roku ganiał za kobietą, którą – od czasu kiedy znalazła pracę – widywał raz, dwa razy na tydzień, kiedy miała akurat wolną chwilę. A rozumiał ją jeszcze rzadziej. Łażąc po mieście, oglądał się za przechodzącymi dziewczynami, podziwiał delikatne krzywizny ich nóg, odzianych w wysokie botki, zdzierał wzrokiem krótkie czarne spódnice, w myślach gładził ich pośladki, całował usta i miętosił namiętnie duże piersi. Czasami łapał się na tym, że idzie gdzieś, bez celu, oglądając po prostu przechodniów i starając się wyłowić z tłumu jakieś ładne ciało, przyozdobione dodatkowo miłą twarzą. Podchodził do skrzyżowania, wyglądał za róg, często dla uprawdopodobnienia swojego nienormalnego zachowania zerkał jeszcze na zegarek, jakby na kogoś czekał, po czym odwracał się na pięcie i szedł z powrotem po swoich ciepłych jeszcze śladach, rozkoszując się poczuciem anonimowości w miejskim tłumie.
Z rozmyślań wyrwały go dwie rzeczy: puszka, która nagle zrobiła się pusta i niewyraźne mamrotanie docierające zza ściany. Wstał, wyrzucił puszkę do kosza i poszedł do łazienki wziąć niedzielny prysznic. Szum wody zagłuszył odgłosy docierające z sąsiedniego lokalu.

Za ścianą, w mieszkaniu sąsiadów Olka, panował podniosły, niedzielny nastrój. Dwunastoosobowa rodzina Buraków, zebrana przy nakrytym białym obrusem stole, na którym stały rosół i schabowe z kapustą, słuchała audycji nadawanej na antenie ich ulubionej rozgłośni.
– Masoni! Żydomasonieria! Żydzi! To oni są winni całemu naszemu nieszczęściu! To oni rujnują ten kraj, z dnia na dzień załatwiając swoje brudne interesy! – z głośnika starego radia ustawionego pod sporych rozmiarów portretem papieża niósł się hipnotyzujący głos znanej ze skłonności do patriotycznych uniesień siostry Adeli Borowik. – To oni wykupują naszą ziemię, rujnują nasze, kwitnące niegdyś rolnictwo, niszczą nasze tradycyjne wartości i wprowadzają u nas wtórne niewolnictwo! Ale czy my, chrześcijanie, życzymy im śmierci w płomieniach piekielnych? Czy życzymy im, aby ciała ich, rozwłóczone przez głodne psy, nigdy nie zaznały pochówku, a dusze ukojenia? Nie! My wiemy, że tak będzie, ale i tak modlimy się za nich, aby zeszli z drogi, na która zepchnął ich szatan! Naszym obowiązkiem jest piętnowanie ich obecności i powstrzymywanie ich ekspansji, jeżeli zajdzie potrzeba także siłą, ale także modlitwa za ich dusze skalane piętnem grzechu!
– Prawdę mówi – powiedział przyodziany w odświętną, białą, krojoną na wzór kościuszkowskiej sukmany koszulę pan Burak, po czym odłożył łyżkę, którą właśnie miał zanurzyć w parującej zupie, wstał od stołu i klęknął przed odbiornikiem pociągając za sobą resztę rodziny.

Po półgodzinnym łączeniu się w modlitwie z innymi słuchaczami, gęsto rozsianymi po całym kraju, pan Burak podniósł się, ściszył radio i zasiadł z powrotem za stołem. Chlipnął powoli pierwszą łyżkę zimnego już rosołu i spod krzaczastych brwi strzelił wściekłym spojrzeniem w kierunku żony. Przerażona pani Burakowa analizowała w myślach ilości soli i pieprzu, jakich użyła przy gotowaniu, wycierając jednocześnie zwilgotniałe nagle dłonie w rąbek kuchennego fartucha opinającego jej wezbrany siedmiomiesięczną ciążą brzuch.

– A Olek znowu wczoraj wrócił pijany! – narastające obiednie napięcie przerwał znienacka beztroski głos piątego syna Buraków, Józka.
– Sprzedał się tym Żydom z agencji reklamowej – odpowiedział surowo pan Burak – Żydzi wiedzą, jak kupować ludzi. Nie zapominajcie, że Judasza też kupili! Już wolę, żebyście wszyscy, jak was jest dziesięciu byli bezrobotni, jak ja i wasza matka. Jak widzicie, można godnie przejść przez życie, nie zajmując się niczym innym, jak tylko zwiększaniem liczby obywateli naszego kraju. Państwo nie zapomni o tych, którzy żyją zgodnie z odwieczną narodową tradycją, a…
– Eee, tata… Pieniądze zarabiać dobra rzecz – przerwał mu Józek. – Ja to bym tak chciał. A Olek powiedział, że na komputerze można zrobić wszystko, nawet szklane kalesony i obiecał że mnie nauczy.
– Jeszcze tego brakowało! Ani mi się waż! Zabraniam ci nawet rozmawiać z tym degeneratem! – zdenerwowany pan Burak trzasnął łyżką w talerz, rozchlapując zupę, która rozlała się na białym obrusie, tworząc żółtą plamę zdumiewająco przypominającą wizerunek matki boskiej z dzieciątkiem. – Słowo ojca rzecz święta, gówniarzu!
Poderwał się i wyszedł z mieszkania, zostawiając rodzinę pochyloną nad talerzami. Ciszę, która zapadła, przerywało tylko pochlipywanie pani Burakowej, która myślała o tym, że plamy z obrusu nie zejdą tak łatwo.

Szklane kalesony były ostatnim pomysłem Olka. Jego agencja dostała właśnie zlecenie zorganizowania konkursu na gwiazdora szklanego ekranu. Zamówienie złożyło konsorcjum, zajmujące się dystrybucją kaset wideo z miękkim homoseksualnym porno wśród handlarzy działających na targach i bazarach oraz eksportem tego chodliwego towaru na rynki Europy Zachodniej. Zwycięzcy konkursu mieli otrzymać symboliczne nagrody podczas wielkiej gali w nadmorskim hotelu. Gala miała też drugi, nieco bardziej pozakulisowy cel, w związku z którym zaproszono na nią incognito większość posłów z sejmowej komisji zajmującej się przygotowaniem projektu ustawy o pornografii.

Nagły dźwięk dzwonka do drzwi sprawił, że Olek zakrztusił się wodą płynącą z prysznica. Wytoczył się z łazienki dysząc ciężko i wiążąc w pośpiechu poły szlafroka. Niewiele brakowało, a utopiłby się pod prysznicem. Zapominając o wszystkim, położył się na łóżku i zaczął zastanawiać się nad nadchodzącym tygodniem. Miał skończyć projektowanie nagrody na konkurs aktorski, a następnie wyjechać do Juraty, aby zająć się przygotowaniami do wielkiej gali.
– Teraz to całkiem się sprzedałem – pomyślał ponuro, biorąc do ręki próbny wydruk plakatu. Na plakacie dwaj faceci, ubrani tylko w kobiece figi, prężyli mięśnie w czułym uścisku. Widok ten przypominał Olkowi moment, kiedy szef dał mu zlecenie z, jak to określił, „branży rozrywkowej” i obiecał jednocześnie nadzwyczaj sowitą premię za wykonaną pracę.
Kolejny dzwonek poderwał go z kanapy. Idąc w stronę drzwi usłyszał stukanie, a w chwilę później łomot. Szybkim ruchem otworzył drzwi i stanął oko w oko z rozwścieczonym sąsiadem. Pan Burak otworzył usta, po czym zobaczył plakat w ręku Olka i zamilkł zdumiony, spoglądając to na plakat, to na jego autora.
– Co jest, panie Burak? – zapytał zaskoczony nieco najściem Olek.
– To jest… to jest… to jest obrzydliwe, co pan tu robi! – wydusił z siebie w końcu Burak. – Doniosę na pana na policję! Pan demoralizuje moje dzieci!
– Dzieci!?- zdumiał się Olek. – Ma pan na myśli Józka? On ma dwadzieścia pięć lat!
– A pan jesteś obrzydliwym zboczeńcem! – pan Burak intensywnie poczerwieniał na twarzy. – Już ja coś z tym zrobię! – pogroził mu palcem, odwrócił się na pięcie i oburzony odszedł, tupiąc głośno i sapiąc z wściekłości.

Zenobiusz Skóra, znany w środowisku aktorskim pod pseudonimem Zenek Kogut, przeciągnął się i wstał z łóżka zasłanego purpurową, jedwabną pościelą. Przejrzał się w stojącym naprzeciwko olbrzymim lustrze i zaczął prężyć mięśnie. Następnie narzucił na nagie ciało domowy dres i poszedł zrobić sobie śniadanie. Pogwizdując gotował piętnaście jajek na miękko i rozmyślał o szczęśliwym dniu, kiedy to rozpoczęła się jego oszałamiająca kariera. Zenobiusz, jak większość jego kolegów z podwórka, zajmował się okradaniem samochodów z radioodbiorników. Golił włosy na głowie, kibicował miejscowemu klubowi piłkarskiemu i powoli zaczął wchodzić w układy z miejscowymi gangsterami. Prawdopodobnie skończyłby jak większość dawnych przyjaciół, gdyby nie fakt, że wyłowił go na ulicy producent filmów pornograficznych. Był letni, pogodny dzień, osiemnastoletni Zenek właśnie wyszedł z siłowni i przyglądał się kosztownej limuzynie, która ktoś nieopatrznie zaparkował naprzeciwko jego bloku.
– Chcesz zarobić na taką? – usłyszał znienacka za plecami aksamitny, męski głos.
Później wypadki potoczyły się lawinowo i aktualnie, mając dwadzieścia dwa lata, był najlepiej opłacanym aktorem filmów drugiego obiegu. Wszystko wskazywało na to, że na mającej odbyć się za tydzień gali zdobędzie główne trofeum konkursu – szklane kalesony, a co za tym idzie, zagwarantuje sobie stały dopływ pieniędzy przez najbliższe kilka lat. Jedynym problemem, jaki dręczył Zenka, była rosnąca nietolerancja, która sprawiała, że musiał się kryć ze swoim zawodem i profitami, jakie z niego czerpał. Poczucie braku akceptacji męczyło go i niejednokrotnie z zachwytem obserwował barwne parady wolnych ludzi, transmitowane przez stacje telewizyjne. Wieczorami siadał na werandzie i marzył o kraju, gdzie nikt nie będzie spluwał z obrzydzeniem i wyzywał od śmierdzących pedałów.

– Panowie! – konferansjer modulował głos, starając się stworzyć podniosłą atmosferę. – Zwycięzcą konkursu, a zarazem zdobywcą tego ekscentrycznego trofeum jest… – zwiesił efektownie głos, po czym krzyknął znienacka piskliwym dyszkantem – Zenek Kogut! Uuuuuaaaaaałłł!!
Zenek wszedł pewnym krokiem na scenę, machając rękami i uśmiechając się do jurorów siedzących w przyozdobionej czerwonym brokatem loży. Podszedł do mikrofonu, odchrząknął i… padł na deski sceny uderzony w plecy drewnianą pałką. Na widowni zaroiło się od zakapturzonych postaci, bijących na lewo i na prawo.
– Nie o taki kraj walczyliśmy! – rozległ się w głośnikach piskliwy głos Adeli Borowik.
– Nie będziemy niewolnikami we własnym kraju! – wtórował jej dudniącym basem pan Burak.

Olek niedługo siedział w pustej celi. Po pięciu godzinach wrzucono do niej potwornie zmasakrowanego Zenka. Po paru dniach dołączyło do nich kilku biskupów ze zlikwidowanego episkopatu, którzy opowiedzieli o rewolucji, rozwiązaniu sejmu i rozbrojeniu armii przez gromady fanatycznych bojowników. Wydawało się ciasno, ale wszyscy zmienili zdanie już tydzień później, kiedy to z powodu braku miejsc w więzieniach zarządzono zagęszczenie w celach więźniów politycznych. Ściśnięci niczym śledzie w beczce przysłuchiwali się śpiewom przeciągających ulicą pokutnych procesji.

Ilustr. Anna Fudyma/pinezka.pl