Teraz, skoro jestem tu gdzie jestem (a w zasadzie, choć tego wcale nie jestem pewien – gdzie jesteśmy), nic nie ma znaczenia. Ale przecież w ten sposób można powiedzieć o wszystkim, co trwało i się skończyło. Nic już nie ma znaczenia. Dowiedziałem się, że wbrew temu, co czytałem wcześniej, czas jednak istnieje, choć nie jest czwartym wymiarem, jak chcieliby fizycy, jest…  ale to nie należy do toku tej opowieści, zresztą obawiam się, że mógłbym zostać ukarany za to, co bym wyjawił.

Pomijając zaś sprawę niedoszłej zbrodni wyjawienia i kary, chodzi mi w zasadzie o to, że teraźniejszość również. Istnieje znaczy. I choć jest najważniejsza i sama sobą określa to, czy ma się czas na rozważanie przeszłości, to jednak nie jest wszystkim… Ja mam dużo czasu na rozważania. Gdy żyłem, nie miałem. Już zaczynam, uprzedzam tylko lojalnie, że bywam strasznym gadułą.

Gdy patrzy się na to wszystko z dystansu, można właściwie ocenić, co było przyczyną, leżącą u podstaw osiągniętego skutku. Bez tej jednak perspektywy wszystko zdaje się być zagmatwane. Ponieważ ty, drogi Czytelniku, nie masz owej perspektywy (i obyś jak najdłużej nie miał, życie wszak jest cudowne), przedstawię moją historię tak, jakby zdarzyła się tobie, choć, nie przeczę, że ze wszech miar może wydać ci się nieprawdopodobna. Wiem, oczywiście, dużo więcej, niż opowiedziałem w tej krótkiej historii. Opowiedzenie wszystkiego byłoby jednak zdecydowanym zepsuciem zabawy. Tak myślę. Ale do rzeczy.

Bardzo lubiłem spacerować parkiem, zwłaszcza wczesną porą, na godzinę – półtorej przed świtem. To, że bardzo lubiłem, wcale jednak nie oznacza, że często to robiłem. W zasadzie zdarzyło mi się to raptem parę razy, za każdym z nich było to przy okazji powrotu z jakiejś imprezy. Być może dlatego (ten rausz…) tak miło to wspominam, ale przychylam się raczej do wersji, że to nieobecność ludzi i oddychająca chłodną wilgocią ziemia sprawiały, że lubiłem tam przebywać. To właśnie powrót z imprezy, zresztą niespecjalnie udanej, rozpoczął bieg wydarzeń.

Ciągle te dygresje i dygresje. Na dygresjach, wtrąceniach, przypisach i odwołaniach straciłem pół życia. Gdybym tylko potrafił jasno się wyrażać, porządkować swoje myśli, moje życie byłoby bardziej esencjonalne, a mniej chaotyczne. Choć może tak miało być?
Tym razem, zanim w ogóle powiem, co się wydarzyło, muszę opowiedzieć o swojej pasji. W zasadzie określenie „pasja” zostało tu użyte trochę na wyrost – nie oddałem życia za nią, objawiała się zresztą dość incydentalnie… Zbierałem. Nie metodycznie znaczki, czy monety. Zbierałem różne przedmioty. Miałem w domu, na przykład, kołek wycięty w drewnie, pomalowany kiedyś na czerwono – zabrałem go ze sobą, bo wyobraziłem sobie, że jest to osinowy kołek, a czerwień… No właśnie. Wydało mi się to zbyt piękne, by pozostawić gdzieś w kurzu na poboczu. Miałem obcas od czarnej szpilki, kobiecego buta. W zasadzie, to gdyby nie lektura Baricco, w życiu bym go nie przytargał do domu. A tak – ilekroć spojrzałem nań, przypominały mi się różne rzeczy, związane z tą książką – zazwyczaj dobre.
Największym i najcięższym eksponatem była, wielkości cegły, kostka brukowa. Zabrałem ją z chodnika, po prostu, leżała luzem. Wyobraziłem ją sobie z wydrążonym otworem – idealnie na świeczkę. Cudowny, najcięższy i najbardziej nieporęczny świecznik, jaki znam. Oczywiście – nie muszę tego chyba nawet dodawać – otwór ów nigdy nie powstał, zaś sama kostka brukowa leżała na lewej kolumnie, koło wzmacniacza – bezużyteczna, szara, ciężka. Piękna.
Było tego dużo więcej, choć przedmioty owe pojawiały się i znikały. Czasem sam je wyrzucałem, czasem obdarowywałem nimi kogoś, kto – jak podejrzewałem – choć w części będzie potrafił docenić nieskażony utylitaryzmem przedmiot.

Wędrując o czwartej trzydzieści nad ranem, całkiem pustym parkiem, znalazłem czarnego konika szachowego. Wrzuciłem go do plecaka obiecując sobie, że obejrzę go w domu, w lepszym świetle.

Konik, w rzeczy samej, był zwykły aż do bólu. Żadnej wymyślnej ornamentyki, żadnego serca włożonego w wykonanie – ot, zwykła masowa robota, jakich wiele. Gdyby pojawił się na mej drodze w inny, bardziej konwencjonalny sposób, pewnie nawet nie zwróciłbym na niego uwagi. Ale konik, nawet najpośledniejszy, leżący nocą na ścieżce (a dookoła nawet jednego, nawet widmowego, czy nieżywego gracza. W sumie byłaby to przednia zagadka kryminalna, gdyby konik ów tkwił w ręce martwego mężczyzny. Albo martwej kobiety. Żywomartwa natura z szachowym konikiem…) sprawił, że poczułem dotknięcie czegoś osobliwego. Jak się potem okazało, dotykającą była pewna wyjątkowo chuda postać z kościstymi palcami. Ale gdyby człowiek co dzień obawiał się o swoje życie – czy żyłby w ogóle…?

Kiedy nie chodziłem nocą po parkach, nie przebywałem w wąskim gronie znajomych, nie piłem, nie grałem na komputerze i nie czytałem książek (czyli, mniej więcej raz na pół roku) lubiłem czasem wpaść do jakiegoś pubu. Robiłem to, w zasadzie, nawet bez specjalnej przyjemności, a nawet, rzekłbym, w jednym, ściśle określonym celu. Bynajmniej nie w celu napicia się – picie w knajpie zdaje mi się zajęciem nie tyle trywialnym, ile bezbarwnym – jako urodzony socjopata (stąd też wąski krąg znajomych) zdecydowanie wolałem picie w formie spotkania tête-à-tête. Knajpy zaś odwiedzałem z powodu książek fantastycznych.

Kiedy żyłem, byłem postrzegany jako snob, człowiek, który za wszelką cenę stara się być wyjątkowy. Jako dwudziestoparolatek chodziłem w szarym prochowcu od Hugo Bossa (kupionym zresztą za równowartość trzech piw mniej więcej, w pobliskim ciuchlandzie) i kapeluszu odziedziczonym po dziadku (po którym, jak sądzę, odziedziczyłem również ową socjopatię). Nie zadowalałem się powszechnie dostępnymi alkoholami – cieszyłem się za to jak dziecko, gdy udało mi się ściągnąć z Czech lub Rosji absynt. U nas nielegalny, tam wciąż produkowany. Czytałem dziwne opasłe księgi. Wyszłoby z tego wszystkiego materiału na dwóch lub trzech snobów. Mnie jednak marginalnie zależało na tym, co sobie ludzie pomyślą, jak wyglądam czy jak się zachowuję. Dlatego też nie nalegam, byś, czytelniku, uwierzył w moją własną teorię o knajpach. Choć miło by było.

Oczywiście nie chodziło o czytanie. W książkach fantastycznych większość akcji zaczyna się w gospodzie. Sterany życiem starzec wchodzi do gospody, na nogach ma ośnieżone buty, na plecach płaszcz ze skóry wilka. Wodzi zmęczonym wzrokiem po bywalcach i dosiada się do jednego ze stolików. Mówi przy tym: mam dla ciebie małe zadanie. Albo dla was. Zależy do kogo się dosiądzie. A potem dzielny bohater, albo heroiczna drużyna idzie wykonać zadanie. Potem wykonuje, ktoś pod koniec traci życie (ale i tak, jak wiemy, zostanie wskrzeszony na początku drugiego tomu) i książka się kończy. Schemat ograny do obrzydliwości wręcz, jednak lubiłem zająć któryś ze stolików, by popatrzeć na wchodzących. Wyobrażałem sobie ich historie, które czasem potem spisywałem. Mam nadzieję, że nikt nigdy nie odnajdzie tych zapisków.

Jak więc nazwać ów los, który ze mnie tak zakpił? Złośliwym? Może odpowiednim? Może gdzieś w tej całej historii tkwi potężny żart? Prawdopodobnie, gdybym tylko zapytał, usłyszałbym, że sam się o to prosiłem. I pewnie tak właśnie było.

Tego wieczora wyjątkowo nie miałem ochoty na niczyje towarzystwo. Zastanawiałem się co prawda, czy do kogoś nie zadzwonić, by dotrzymał mi kroku, ale w końcu wybrałem wersję samotniczą. Pub, do którego się udałem, był dość zaniedbany z zewnątrz – i taki też okazał się w środku. Byłem tu pierwszy raz. Starałem się nie bywać dwukrotnie w tym samym miejscu – przy mojej częstotliwości odwiedzania tego rodzaju przybytków prawdopodobnie musiałbym powrócić do raz odwiedzonego pubu już po jakiś dwóch tysiącach lat…
Powoli napływający mężczyźni (i jedna, wyglądająca na mocno zabłąkaną i nietrzeźwą, kobieta) idealnie pasowali do miejsca. Mieli odrapane tynki, brudne lady i kilka barmańskich frazesów. Ich historie były proste jak topole, choć nie tak piękne. Zbierałem się do wyjścia, gdy z ciężkim westchnięciem, również odpowiednim do wyglądu, do mojego stolika dosiadł się starzec. W zasadzie powinienem sprostować – ktoś wyglądający jak starzec; w rzeczywistości mógł być wyjątkowo zaniedbanym i zniszczonym nawet trzydziestoparolatkiem… Stęknął ponownie i położył przed sobą (i przede mną, albowiem coś w tej postaci sprawiło, iż mój marsz ku drzwiom uległ opóźnieniu), pudełko. Gdy je otworzył okazało się, że było to pudełko pełne szachów. Brakowało jednak szachownicy.

Jeszcze tego nie wiedziałem, ale właśnie wtedy rozpoczęło się odliczanie. Dziesięć minut później już nie żyłem, a prawdopodobnie – nie żyliśmy. Choć ja umarłem pierwszy.

Monotonny, przypominający mantrujący głos niektórych akademickich wykładowców zaczął, bez żadnego nagabywania, opowiadać historię szachów. Wydobywał się z jakiegoś miejsca w pobliżu mężczyzny, aczkolwiek potężna, zaniedbana broda sprawiała, że ciężko było ustalić, czy rzeczywiście mówi to, co mówi, czy też to tylko wytwór mojej wyobraźni. Zbierałem te szachy przez lata. Pamiętam, jak kiedyś tata powiedział, że coś dobrze rozegrał i że jak tak dalej pójdzie, to będzie mógł dużo na tym wygrać. To tata też nauczył grać mnie w szachy. Pomyślałem sobie, że każdy pionek nawet, nie mówiąc już o figurach, musi być kimś. Każdy z otaczających mnie ludzi też jest kimś. Pierwszą figurę, mojej matki, znalazłem jeszcze w dzieciństwie. Była królową, oczywiście. Potem bardzo długo szukałem. O, ten goniec na przykład to mój wuj. Znalazłem go na pchlim targu – reszta zestawu nikogo znanego mi nie przypominała, ale ten goniec… Tak, to zdecydowanie on. Znalazłem też swoją byłą. Najpierw myślałem, że będzie jednym z pionków, ale tak naprawdę okazała się wieżą.
Pokazywał mi po kolei figury i pionki, obu kolorów, opisując kim są. Jestem już bardzo blisko. Wiem, że to wszystko może kojarzyć się z jakimś voodoo czy czymś takim. Czarną magią może. Zbyt jestem inteligentny – pojedynczy błysk w oku – by tego nie wiedzieć. Już niedługo będę mógł rozegrać swoją pierwszą partię. Potrzeba mi tylko kogoś, kto poprowadzi białe… Wiem, co chcę zrobić, wiem, co zrobię. Wiem, jak to rozegrać, by wygrać, niezależnie od tego, co zrobi przeciwnik. Wiem, za długo się nad tym zastanawiałem, by zwątpić. Brakuje mi tylko… Czarnego konika – wyszeptałem. Czarnego konika – powtórzył.
Zacząłem nerwowo obracać w kieszeni drewniany kształt.

Chciałem mu powiedzieć, że nie można tak grać. Że nie można tak grać ludźmi. Każdy jest autonomiczny, każdy ma swoje życie. Ale wiedziałem, że jeśli się naprawdę chce, można zagrać wszystko. Chciałem mu powiedzieć, że nie mogę z nim zagrać, że musi poszukać kogoś innego, ale wiedziałem, że ma mnie w ręku. Na skraju stołu, za daleko, bym mógł dosięgnąć, pozostał jeden biały pionek. Wiedziałem, że z jakichś względów był mną; pionek, którego nie opisał. Musiał być mną.

Kim jest czarny konik? – zapytałem, choć znałem odpowiedź. Szeroki uśmiech, nie do ukrycia nawet w brodzie, pojawił się na jego twarzy. Mną – powiedział, a ja skinąłem głową. Szybkim ruchem rzuciłem konika na ziemię i rozdeptałem. Zbutwiałe drewno poddało się zastanawiająco łatwo.

Zanim umarłem, zrozumiałem dwie rzeczy: nie było żadnej gry, a z czarnego konika uciekło moje życie. Zaś pionkiem, białym pionkiem, było życie nieznajomego…

 

ilustracje AnetaHg/pinezka.pl