W pewnym kraju, w pewnym mieście żył sobie człowiek, który uważał się za pisarza. Lata całe wypełniał swoją szufladę pisywanymi w wolnych od płatnej pracy godzinach wierszami i opowiadaniami. Nie pokazywał prawie nikomu swoich tekstów, bo lubił swoje pisarstwo, a obawiał się, że żyje marzeniami i że konfrontacja z rzeczywistością przekłuje jego bańkę mydlaną, on sam zaś pozostanie tym, kim był przez osiem godzin dziennie – inżynierem, piszącym programy, które zostaną wyrzucone za parę lat, nie dające nikomu szczęścia, najwyżej jego przełożonym pieniądze.

Myślał o Kafce, szarym urzędniku w przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym – kim byłby, gdyby ta praca miała być jedyną treścią jego życia? Wreszcie osiągnął wiek, w którym wszyscy znani mu wielcy już debiutowali. Jeżeli nie zaryzykuje teraz, to jego Opera omnia mają szansę jedynie na wydanie jako Opera posthuma, jeżeli ktoś w międzyczasie nie uprzątnie z wiekopomnej szuflady papieru i dyskietek. Po paru próbach udało mu się coś wydać.
Co pisał? Co chciał pozostawić światu? Można powiedzieć, że  specjalizował się w opisach pierwszych miłości – może dlatego, że nigdy takiej miłości nie przeżył i tęsknił za nią. Starał się unikać obrazów przesłodzonych, chociaż zawsze doprowadzał swoich bohaterów do happy endu – może dlatego, że i dla siebie pragnął jakiegoś happy endu. W jego opowiadaniach występowali dzielni chłopcy i zdecydowane dziewczyny, piękne, mądre i dobre. Mimo kłopotów i trudności zawsze znajdowali drogę do siebie i w sytuacjach, które mogły doprowadzić do nierozsądnych decyzji, zawsze udawało im się te trudności przezwyciężyć i stąpać po wąskiej, lecz słusznej drodze.

Gdy miał zły nastrój po prostu przestawał pisać, nie chciał obciążać czytelnika swoimi problemami, nie chciał go zatruwać. Wiedział, że istnieją stany depresyjne, że ludzie się kłócą, oszukują i mordują – i w jego utworach zdarzały się rzeczy wysoce nieprzyjemne, lecz nawet źli dostawali swoją szansę by przejrzeć i wykorzystywali ją. Wiedział, że istnieje zło, lecz nie rozumiał go, wierzył, że jest ono tak bezsensowne, że musi w końcu przegrać. Chciał w końcu pomóc czytelnikowi w jego życiu.
Tym razem smutku i goryczy w jego sercu było za wiele i pewnego dnia w ambasadzie japońskiej podczas konkursu języka przyszedł mu do głowy temat: a czemużby któryś z uczestników w ramach przywiązania do tradycji nie miał popełnić harakiri? Temat był nieco straszny, na granicy horroru, ale właściwie, czemu nie? Jeżeli by to dobrze napisać, opowiadanie mogłoby być niezłe. W końcu skomponował je i wydało mu się dobrze skonstruowane, zwięzłe, więc czemu nie…


Konkurs japońskiego

   W japońskiej ambasadzie odbywał się kolejny konkurs języka. Uczestnicy mieli, stojąc przed mniej więcej stuosobową publicznością, wygłosić pięciominutowy tekst i odpowiedzieć na kilka pytań. Na zwycięzcę czekał bilet do Japonii.

   Wśród uczestników wyróżniali się dwaj mężczyźni w strojach samurajskich i kobieta w kimonie. Jeden z samurajów i kobieta w kimonie wymieniali uwagi z nauczycielkami japońskiego i równie podenerwowanymi współuczestnikami. Drugi samuraj stał z boku, nie rozmawiał z nikim i robił miny znane z filmów Kurosawy, jak gdyby chciał zasugerować, że jest prawdziwy. Wzbudzał dyskretne zainteresowanie, lecz pozostawiono go w spokoju – miłośnicy japońskiego tak czy inaczej nie byli grupą typową, więc pewne nieszkodliwe dziwactwo miało tu też swoje miejsce.

   Zaczął się konkurs. Mówcy referowali swoje spotkania z Japonią i Japończykami, wyjaśniali, skąd się u nich wzięło zainteresowanie krajem kwitnącej wiśni, odpowiadali na pytania dotyczące japońskiej kuchni. Pierwszy samuraj opowiadał o swojej fascynacji sztukami wojennymi. Ktoś inny próbował sił w dziedzinie kaligrafii. Jeszcze inny opisywał, jakie wrażenie wywarli na nim wracający pociągiem, wymęczeni pracą do nocy urzędnicy. Kobieta w kimonie zdobyła uznanie prezentacją ułożonej przez siebie ikebany.

   Ostatnim uczestnikiem był drugi samuraj. Widzowie byli już nieco zmęczeni i przygotowywali soki trawienne do zwalczenia sushi i sake, które – jak wiedzieli z poprzednich konkursów – panie z ambasady wykładały właśnie na stołach w sąsiedniej sali, lecz uprzejmość nakazywała im wytężyć resztki uwagi i potraktować sprawiedliwie ostatniego uczestnika. Ten, choć swoim milczeniem nie zaskarbił sobie szczególnej sympatii, zaciekawiał jednak strojem i zachowaniem. Opowiadał o tradycjach samurajskich, o kodeksie honorowym, w ramach którego samuraj mógł uniknąć utraty twarzy poprzez seppuku, znane w Europie jako harakiri. Podczas gdy inni zabarwiali swoje wystąpienia dowcipami i wykazywali pewien dystans do opisywanych przez siebie sytuacji – w końcu byliśmy tu i teraz i chodziło o wspólną zabawę – ten zachowywał się, jakby żart był mu obcy, jakby właśnie przez niepotrzebną wesołość mógł utracić twarz. Język jego sugerował dobre oczytanie w dziełach historycznych, a może nawet oryginalnych starych tekstach i nie miał naleciałości języka potocznego. Jasne było, że uczestnik ten nie zdobywał swoich umiejętności na ulicy, w barach karaoke, poprzez lekturę komiksów czy nowoczesnej literatury przedstawiającej salarymanów i office ladies. Przeciwnie, odczuwało się, że miał dla tego rodzaju sytuacji czy produkcji – nie użyłby słowa „twórczość” – lekceważenie, wręcz pogardę. Z literatury wspomniał Yukio Mishimę, który widząc upadek tradycji, popełnił samobójstwo przez seppuku.

   Słuchaczy ogarniał dziwny nastrój. Żartuje czy nie żartuje? Nikt przecież dzisiaj takich tematów nie traktował zbyt poważnie. Oczywiście wiedziano o dawnych wojnach, ale tak jak we Francji pamięć o gilotynie nie zakłóca smakowania zupy cebulowej, tak i tu – wiadomo było, że byli samuraje, którzy wbijali klingi w cudze karki i własne brzuchy, ale dziś pozostała ceremonia herbaty, sushi i sashimi, a stroje ninja są dobre na karnawał.
Mówca wyjął swój miecz i krótko pochwalił jego ostrość – pojedynek samurajów sprowadzał się na ogół do jednego ciosu! Miecz nie wyglądał na atrapę. Gość z uniwersytetu patrzył zafascynowany. Przedstawiciel izby handlowej i dyrektor filii linii lotniczych spojrzeli na siebie nerwowo, lecz ambasador powstrzymał ich wzrokiem i gestem. Tymczasem uczestnik konkursu namacał palcami wiadome miejsce na brzuchu i zbliżył do niego ostrze broni. Bez zbędnych detali przedstawił swą porażkę życiową i sytuację, dla której nie widział honorowego wyjścia. Miecz zniknął między fałdami kimona. Przez salę przeszedł dreszcz. Może to trick? To nie był trick. Na twarzy uczestnika pojawił się odprężony uśmiech. Kilku podbiegło niepewnie do niego, lecz nie miało to już znaczenia.
Cios był precyzyjny. Na wszelką pomoc było za późno.

Opublikował je – zostało nieźle przyjęte. Wydawało się interesujące, egzotyczny temat, przedstawiony z pewnym znawstwem, spotkał się z uznaniem. Krytycy woleli nawet temat bardziej prowokacyjny, nie taki moralizatorski jak dotąd.
Minął rok i w ambasadzie odbył się kolejny konkurs. Rzeczywiście wśród uczestników znalazł się opisany w opowiadaniu samuraj, który ku ogólnemu zdziwieniu zrobił to, co opisał autor. O niezrozumiałym samobójstwie pisały sensacyjne gazety, lecz trwało chwilę, zanim ktoś zauważył związek z opowiadaniem – czytelnicy sensacyjnych gazet nie znają najnowszej literatury, a krytycy utrzymują, że nie czytają sensacyjnych gazet. Wreszcie któryś z krytyków w gazecie – według własnej relacji pozostawionej przez współpasażera w pociągu – przeczytał artykuł o tajemniczym harakiri i połączył oba wydarzenia.

Sensacja stała się jeszcze bardziej sensacyjna. Krytycy zaczęli filozofować, a brukowi dziennikarze zabrali się za dochodzenie. Okazało się, że ponury samuraj znał to opowiadanie. Temat wszedł na pierwsze strony gazet – poważnych i niepoważnych. Niepoważne pisały o zabijającym opowiadaniu, a poważne zastanawiały się nad związkiem sztuki i życia. Autor dostał się pod pręgierz części opinii publicznej, lecz pręgierz ten nie był zbyt bolesny, bo sława, to przecież sława, a czy dobra czy zła… Zaproszony do popularnego programu telewizyjnego chciał się bić w piersi i przepraszać, lecz wybito mu to z głowy – niezgodne z formułą! Ma pan po dwadzieścia sekund na wypowiedź, jakieś błyskotliwe powiedzonko, może być prowokacyjne – publiczność na to czeka, ale żadnego filozofowania, żadnego smędzenia!

Jego nazwisko stało się znane, opublikowano jego poprzednie teksty, miał agenta literackiego. Pojawiły się prawdziwe pieniądze, mógł pomyśleć o odstawieniu nudnej pracy i skoncentrowaniu się na twórczości. W towarzystwie przedstawiano go wreszcie: „To pan K., pisarz”. Pytano: „Nad czym pan teraz pracuje?” Dziewczyny słały mu powłóczyste spojrzenia, kobiety dojrzałe kładły mu na ramieniu wolną od drinka dłoń i patrząc w oczy mówiły: „Czytałam pana opowiadania i czułam to pokrewieństwo dusz. Pan mnie zrozumie. A mąż? Z mężem nie rozmawiam, prawie się nie widujemy”. Mężczyźni odciągali go na stronę: „Panie, mam temat – męskie sprawy, interesy. Coś mocnego, walnij pan pan prosto z mostu, ale żeby nie było wiadomo, o kogo chodzi. Kobiety? (ręka na kolanie) O kobietach to jeszcze panu powiem. Mocne. (mrugnięcie oka) To cześć”.

Pewien oczytany w klasyce krytyk skojarzył śmierć samuraja ze zdarzeniem z młodości Goethego, gdy tenże – nieszczęśliwie zakochany – zamiast jak byle prostak palnąć sobie w trywialny i dosłowny własny łeb, siadł za biurkiem, zastrzelił wymyślonego przez siebie Wertera, a sam, otrzepawszy się ze smutku, zajął się innymi tematami i kobietami. Tylko że niejeden z jego nieszczęsnych czytelników romantycznie, modnie i stylowo przeniósł się na tamten świat. Przyrównanie do Goethego bardzo mu schlebiało. Co prawda kontekst był niezbyt przyjemny, ale „jak Goethe” brzmi przecież lepiej, niż „jak Brzęczyszczykiewicz z drugiego piętra”, niech będzie nawet „perfidny, jak Goethe”, więcej – po drugiej stronie dajmy „dobry, jak Brzęczyszczykiewicz” – i co z tego? Goethe, to Goethe, a cóż komu po Brzęczyszczykiewiczowej dobroci?

Czuł jednak, że dla niego sprawa nie jest zamknięta. Znalazł wdowę po samuraju, chciał ją prosić o wybaczenie, może też coś więcej zrozumieć. Ta jednak nie była wcale załamana. „I tak chrapał” – powiedziała, „poza tym znalazłam jego notatki, gazeta dała za nie dobre pieniądze”. „Czytała je pani, napisał, dlaczego to zrobił?” „Niewyraźnie pisał, bez ładu i składu, ważne, że mam teraz na remont dachu, a jak pan chce przeczytać, to będzie w gazecie”.

Odszedł uspokojony, choć czuł, że nie jest to jego własny spokój, lecz raczej spokój uczniaka wspomaganego przez koleżków po zwianiu z lekcji, czy łapownika, zapewnianego przez wspólników: „Panie, wszyscy biorą, a co nie mogą brać, to dają!”
Lecz cóż miał zrobić z resztkami niepokoju? Nawet ksiądz zadał dziesięć razy Ojcze nasz i dziesięć razy Wieczne odpoczywanie i rozgrzeszył… W ostatecznym rachunku historia pamięta artystów a ten biedny człowiek i tak by w końcu jakoś umarł.

Był kimś. Osiągnął sukces.