Mieli, co prawda, Kocicę, ale była zbyt niezależna, żeby ich synek mógł się z nią zaprzyjaźnić. Prosił, prosił aż w końcu zgodzili się. Wzięli ze schroniska szczeniaka.

Radości nie było końca, Dziecko i Mąż szaleli ze szczęścia. Jedynie z Kocicą był problem – gdy tylko ujrzała w domu Psa, który chciał się bawić i nie miał żadnych złych zamiarów, prychnęła, najeżyła się i uzbroiła w pazury. Próbowali ją do niego przekonać, ale na próżno. Obraziła się, wskoczyła na pianino i wyzywająco obserwowała Psa.

Nie miało być łatwo z Kocicą.

Po 15 godzinach zaniepokojeni zanieśli jej na pianino kuwetę.

Po 2 dniach postawili jej tam miskę z jedzeniem.

Czwartego dnia przynieśli jej koc.

Po tygodniu przestali już namawiać Kocicę do zejścia na dół. Postanowili ją przeczekać.

Któregoś dnia na spacerze Pies zerwał się ze smyczy i nieopatrznie wybiegł na ulicę. Nadjeżdżający ford nie zdążył zahamować. Skowyt zmieszany z piskiem opon jak brzytwa przeciął wiosenne ćwierkanie ptaków. Lekarz zrobił, co mógł. Z zamyśloną miną oddał im ciężko oddychającego, nieprzytomnego Psa. Kazał czekać.

Położyli go w jego psim koszyku, w najcichszym i najciemniejszym miejscu domu. Nasłuchiwali, czy oddycha. Mijały długie dni i jeszcze dłuższe noce.

Któregoś dnia Mąż leżał na łóżku, odpoczywając. Budzik cicho tykał. Spojrzał w nieokreślony punkt przedpokoju. Nagle dostrzegł ruch i ujrzał Kocicę spokojnie i triumfująco idącą do kuchni.

Powoli wstał i poszedł do Psa.

Pies  nie żył.

Foto: Joanna Krzciuk/ pinezka.pl; na zdjęciach: Ofelia