3 kwietnia 2008
Pani doktor zezwoliła mi jedynie na pracę siedzącą, przypomniawszy jednocześnie o zakazie dźwigania, schylania się i zbyt długiego chodzenia. Zawożę wyniki do kadr. Dyrektor każe mi się zjawić w poniedziałek. Lecz na początku tygodnia nie ma go w gabinecie. Hm, patrzę pod biurko. Łypią na mnie gniewne oczka pana dyrektora, zwiniętego w kunsztowny kłębek. Udaję, że nic się nie stało, i wychodzę, trochę wściekła, trochę rozbawiona.

9 kwietnia 2008
Sekretarka przekazuje informację, że muszę cierpliwie czekać w domu na wiadomość od szefa.
– Pani Aniu, w toalecie wisi lep na muchy.
– Paskudny, prawda?
– No i przecież jeszcze sezon na muchy się nie zaczął.
– Dobrze się pani przyjrzała? W tym budynku zawsze lata jakieś świństwo. Nawet przewodami wentylacyjnymi. Poza tym, ubikacja jest przy wejściu. Oprócz pracowników, korzystają z niej ludzie z ulicy. Od kiedy wisi lep, przychodzi mniej takich klientów. Brzydzą się.
– A goście oficjalni?
– Dla takich, no i dla siebie, dyrekcja dysponuje eleganckim przybytkiem obok gabinetu.
– Eeee.. pani Aniu, widziałam niedawno pana dyrektora pod biurkiem, albo może mi się zdawało?
– Nic się pani nie zdawało. Pan dyrektor pewnie medytował. Mówi, że ma tak mało czasu dla siebie, że korzysta z każdej wolnej chwili.

16 kwietnia 2008
Jestem cierpliwa. Cierpliwa. Cierpliwa.

29 kwietnia 2008
Dzwonię.
– Proszę przyjść koniecznie 5 maja rano, po długim weekendzie.

5 maja 2008
Przychodzę. Dyrektor przy mnie dzwoni do kogoś i pyta: „kiedy będziesz mógł przygarnąć panią Radzińską?”. Kiwa głową, odkłada słuchawkę. Mówi z uśmiechem, że dostanę umowę o pracę od 12 maja. Powinnam po nią przyjechać w piątek, 9 maja.

9 maja 2008
Właśnie otwierałam garaż, kiedy zadzwoniła komórka. Odzywa się pani z działu instrukcyjno-metodycznego biblioteki.
– Przepraszam w imieniu dyrektora – musiał wziąć urlop, zapomniał o całej sprawie, ale prosi o kontakt w poniedziałek.
– Przecież od poniedziałku miałam pracować w filii na Fantazego.
– Nic nie wiem na ten temat.

11 maja 2008
Cały weekend do bani.

12 maja 2008
08.30 – waruję pod gabinetem Maksymiliana Traciuka. Pani sekretarka informuje, że pan dyrektor nie ma czasu, prosi, żebym zadzwoniła po dwunastej. Wstałam o 5.30, lecz mówi się trudno.
12.15 – szef zajęty, jest na spotkaniu.
12.50 – wyszedł, ale wróci.
13.50 – Ania przekazuje mi wiadomość od dyrektora, abym przyszła we czwartek. Nieeeeeeee!!!!!!!!! We czwartek powie mi, że w następny poniedziałek. Przecież dzisiaj miałam już pracować!

15 maja 2008
Pan dyrektor Traciuk oznajmia, że idę do pracy 2 czerwca. Będę najprawdopodobniej w filii numer trzydzieści dwa. Każe mi przyjść do siebie za dwa tygodnie, 29 maja, po umowę o pracę.
– Na pewno?
– Pani kochana! Ojej, przepraszam za zdenerwowanie, lecz po co bym w takim razie wydawał pieniądze na pani badania?

29 maja 2008
Sekretarka informuje, że szef jest chory i nie będzie go w pracy, może nawet miesiąc. Ona i kadrowa radzą mi nie odpuszczać sprawy i dowiadywać się, na wszelki wypadek, jak wygląda sytuacja.

30 maja 2008
Dzwonię do biblioteki.. Okazuje się, że dyrektor przyszedł, tylko otwiera jakąś wystawę. Nie wiadomo, kiedy będzie dostępny. Przyjeżdżam około czternastej. Sekretarka Ania idzie do gabinetu szefa i przekazuje mi, iż pan dyrektor gorąco przeprasza, lecz teraz jest szalenie zajęty. Prosi, abym przyszła we wtorek, 3 czerwca.
Labirynt, dzień świstaka i niekończąca się opowieść, tymczasem na telefony i na dojazdy do biblioteki wydałam przynajmniej jedną pensję, którą bym w niej zarobiła. Podliczam również straty moralne. Gdyby miały przełożenie na pieniądze, mogłabym za nie kupić pół Titanica, przed zatonięciem, rzecz jasna. Przyjaciele i znajomi współczują i dodają mi otuchy. Wieszają psy na dyrektorze. Tylko jedna z koleżanek, Maryla, ma odmienne zdanie.
– Żywia, posłuchaj. Jeżeli tyle czasu dobijasz się do tych drzwi, a one się nie otwierają, to znaczy, że tak ma być. Los daje ci wyraźny znak, że ta droga nie jest dla ciebie. Szukaj innej.
– Marylko, poświęciłam tej sprawie mnóstwo chęci, czasu i energii. Nie zrezygnuję.
– Wszystko, co robisz, nadaje sens twojemu życiu. Efekty twojego działania powodują, że czujesz się potrzebna sobie i innym. Masz jedną wadę: nie wiesz, kiedy trzeba odpuścić.
– To słowo dawno nie istnieje w moim języku. Nigdy się nie poddaję.
– I tutaj popełniasz błąd. Sądziłam, że jesteś mądrzejsza.
Jeżeli wszystko działoby się w innej rzeczywistości, pewnie posłuchałabym koleżeńskiej rady. Lecz w Polsce pracę zdobywa się w pocie, łzach i znoju. Moje przejścia stanowią normalny element układanki.

5 czerwca 2008
Przyjeżdżam wściekła, z zamiarem zażądania wypłacenia mi rekompensaty pieniężnej za niespełnione obietnice. Albo podam pana dyrektora do sądu.
Cud, dostaję od ręki umowę o pracę. Na pół roku. Niedostępny do tej pory szef, prosi mnie do gabinetu chyba pięć razy. Podsuwa mi fotel, proponuje kawę lub herbatę. Przedstawia mnie pani wicedyrektor, Reginie Frąk. Tleniona, tęgawa kobieta po pięćdziesiątce wita się ze mną wylewnie.
– Nareszcie dołączyła pani do zespołu. A jak się pani podoba nasza strona internetowa?
– Wspaniała. Mapka bardzo przejrzysta. Od razu się zorientowałam, gdzie znajduje się moja filia i jak tam dojechać.
– Lubię takich zaangażowanych pracowników, którzy czytają o nas w Internecie – mówi dyrektor z uśmiechem. – Proszę się starać, będzie jeszcze pani pracowała w centrali.
– Jasne, pan dyrektor jest dla nas jak rodzony ojciec – wtrąca lekkim tonem i od niechcenia pani wicedyrektor.

Cukier, miód i orzeszki. Tak oto, po miesiącach pętania się przy pańskich drzwiach i całowania pańskiej klamki, mam pracę. Mam pracę! Dopięłam swego celu.

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.2

Po załatwieniu wszystkich papierkowych formalności otrzymuję polecenie, żebym jechała już do swojej filii, usytuowanej na drugim końcu miasta. W gierkowskim, ciemnawym klocku, niesamowicie dusznym i zagraconym, otacza mnie wianuszek kobitek, bardzo zaskoczonych, bo o tym, że dostaną nowego pracownika, dowiedziały się pół godziny temu.
Przedstawiają się kolejno, rzucając mi zaciekawione spojrzenia.

Elegancka i szykowna, szczupła, sympatyczna i miła w obejściu, dobrze po czterdziestce. Kierowniczka, pani Grażyna.
Halina. Postawna, powolna, tęgawa, z ciemnymi, tłustymi włosami. Odziana na czarno, zaniedbana. Liczy sobie pięćdziesiąt parę lat.
Iza, jak się potem okaże, kolorowa eminencja filii. Równa pięćdziesiątka. Drobna, szczupła brunetka, w typie Geraldine Chaplin. Bardzo efektowna, o oryginalnych rysach twarzy. Ubrana zawsze ciekawie i wyzywająco, na czarno lub biało, podzwaniająca srebrnymi bransoletkami i wielkimi kolczykami.
Gruba, roześmiana Ala po trzydziestce. Ładna, seksowna, świetne ciuchy, wąskie okulary.
Pulchny i pucułowaty Pimpuś – stażystka Kasia, dwadzieścia pięć lat, magister psychologii. Opony na brzuchu, za to długie, zgrabne nogi. Miła buzia, gładka cera.
Sprzątaczka, pani Stenia, lat czterdzieści dziewięć. Filigranowa brunetka, w typie Meksykanki.
Rozwiane włosy do pasa i śliczny uśmiech należą do Elżbietki, prowadzącej zajęcia pedagogiczne.
– A…. pani?
– Mam na imię Żywia.
– ???

cdn.

———————————–
1 Otóż wymieniona autorka, w swoim wspaniałym cyklu powieściowym Małżeństwo niedoskonałe, wiele razy twierdzi i udowadnia, iż niski mężczyzna „moczy serce w gównie”. Takiemu osobnikowi nie można ufać. Należy mieć się przed nim dobrze na baczności.

2 Tę piosenkę wykonywał subiekt z Lalki Bolesława Prusa, pan Ignacy Rzecki. W chwilach, gdy ogarniał go świetny, wiosenny humor.

Ilustracje na podstawie zdjęć z serwisów iStockphoto i SXC.hu

Książka (pt. „Bibliotekarki”) ukazała się nakładem wydawnictwa „Skrzat”.