Sekretarka Ania

Poprzednia dyrektorka miała często złe humory. Zamykała się wtedy w gabinecie i prosiła, żeby jej nie przeszkadzać. Pani wicedyrektor Regina zachowywała się podobnie. Można było spokojnie pracować, czasem przejrzeć gazetę. Nowy dyrektor ma zagrania, że nie daj Boże. A Regina przy nim od razu zaczęła podskakiwać. Niechby robili, co im się podoba, byle tylko to nie zahaczało o mnie. Problem w tym, że właśnie zahacza. Pani Bożena, kiedy się z kimś umawiała, to na konkretny dzień i godzinę. Nie nawalała, zawsze przyjmowała petenta. Pan dyrektor, Maksymilian Traciuk, teoretycznie postępuje podobnie, a w praktyce wciąż świecę za niego oczami. Zapomniał, wyszedł albo kazał mówić, że wyszedł. Denerwują mnie takie osoby. Ludzie wysiadują w przedsionku, wygadują na dyrektora i mają pretensje do mnie. Przecież to nie moja wina! Opowiedziałam babci krótko o swoim zwierzchniku. Powiedziała dosadnie tylko jedno słowo: „chamuś”.
– Ale – dodała – ciesz się, moje dziecko. Inni trafili gorzej. Ty dostałaś czystą pracę, za biurkiem. W państwowej firmie. Od wpół do czwartej masz czas na swoje życie.
– Babciu, czy po to kończyłam studia, żeby mieć do czynienia z cudakami? Żeby im parzyć kawę, kserować papiery i poprawiać po cichu błędy? Ja się w tej pracy nie realizuję. A pensja nie starcza mi nawet na kosmetyki.
– Wielu twoich kolegów siedzi w Tesco na kasie. Kto się dzisiaj w pracy realizuje? Wyjdziesz dobrze za mąż.
– Babciu, teraz się tak nie myśli…
– No i sama widzisz, co się dzieje. Realizacja, partnerstwo, a skutek taki, że coraz mniej mężczyzn poczuwa się do utrzymania rodziny i rynek pracy jest przepełniony. Kiedyś kobieta była szczęśliwa, że ma męża, który zapewnia jej życie na odpowiednim poziomie.
– Zwariuję, jeśli będę siedzieć w domu.
– Zatem chodź sobie do tej pracy, porozmawiaj w niej z ludźmi. Choćby dlatego, żebyś nabrała dystansu i mogła z chęcią zająć się po południu domem oraz własnymi sprawami. Szukaj porządnego męża, dobrze ci radzę.

Wściekałam się na babcię, lecz jej słowa przypominały mi się coraz częściej i natarczywie dzwoniły w uszach. Mogłam się wypchać swoim dyplomem z marketingu i zarządzania. Od rana a to dyrektor, a to wicedyrektorka wychylali głowy z gabinetów i wrzeszczeli: „Kawę proszę. Dwie herbaty proszę. Anka, weź zaparz kawy na pięć osób. Skocz do sklepu po jakieś herbatniki”. Dzień w dzień to samo. Dyrektor pije plujkę, czyli kawę w szklance, zalaną wrzątkiem. Kiedy ma gości, żąda kawy rozpuszczalnej, w filiżankach. Wicedyrektorka lubi tylko Nescafe. Moim zdaniem, obrzydlistwo. W sekretariacie jest nawet porządny ekspres. Chciałam raz dogodzić dyrekcji i zaparzyłam w nim naprawdę dobrą kawę. W ogóle się nie poznali. Za mocna, dziwna w smaku, na serce można po niej paść. Kadrowa Kalinka się podśmiewała z mojej gorliwości. No, to się zawzięłam. Nie, to nie. Chcą pić kwaśne świństwo – niech piją, ich sprawa.

Traciuk jeszcze mnie jakoś traktuje. Nie dokucza zbytnio. Czasem lubi sobie wypić. Chyba nikt o tym nie wie, ja go przypadkiem podejrzałam. Jak się zbytnio nagrzeje, to stosuje trick Moryca Welta z Ziemi obiecanej. Palce głęboko w gardło, płukanie ust, mycie zębów, zimna woda z kranu na głowę. Od razu, tak jak Moryc, jest fertig.

Dyrekcja, a za nimi wielu pracowników, mówi mi po imieniu. Anka i Anka. Krów z nimi nie pasłam. Ale lepiej tematu nie poruszać. Jestem młoda, wiec myślą, że na wszystko można sobie pozwolić. Generalnie, w tym kraju, kobieta najpierw jest na wszystko za młoda, a potem od razu za stara. Przechlapane na starcie.
Naczelnego da się przeżyć, lecz wicedyrektorka Regina jest ciężka w pożyciu. Lubi się czepiać, ot, tak, sztuka dla sztuki. Kilka razy kawa była według niej a to za zimna, a to za słaba. Z pięć razy czasem do niej ganiam, żeby dogodzić. Pączki każe sobie kupować nie w sklepie obok, tylko kilka ulic dalej. Nie daj Boże, jak ich nie dowiozą. Muszę wtedy za godzinę pójść i sprawdzić, czy już są. Jeśli nadal nie ma, to za kolejną godzinę sytuacja się powtarza. Prywatnego gońca powinna zatrudnić, słowo daję. Siedzę cicho, pomna na to, iż pani Regina nie lubi kobiet, zwłaszcza młodych, ładnych i szczupłych. Niejednej z pracownic tak dała popalić, że zmieniły pracę. Weszła kiedyś do sekretariatu i zaczęła się słodko zachwycać:
– Anusiu, masz nowe tipsy? Piękne włosy, jakiej farby używasz?
– To moje prawdziwe paznokcie, a włosów nie farbuję. Nie siwieję, mam ładny kolor, więc po co?
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, a potem zaczęłam się gryźć. Tego samego dnia, przy najbliższej okazji, powiedziałam mimochodem do wicedyrektor, że jadłam kilka miesięcy tabletki ze skrzypem, dlatego mam niebrzydkie paznokcie. Włosy pewno będę wkrótce farbować, gdyż w naszej rodzinie kobiety wcześnie zaczynają siwieć. Regina uśmiechnęła się do mnie; odniosłam wrażenie, iż odetchnęła z ulgą. Wkrótce odkryłam, że kobieta lubi sporty ekstremalne. Kradnie. Szczególnie kosmetyki z torebek. Wróciłam kiedyś z toalety, a ta stała nachylona przy moim biurku.
– Anusiu, chciałam sprawdzić, jak idzie ci zestawienie.
Poszła, mnie coś tknęło i otworzyłam kosmetyczkę. Wściekłam się. Ta małpa zwinęła mi szminkę Chanel i nowy tusz do rzęs Max Factor. No, to już wiedziałam, dlaczego dziewczyny, idąc do toalety, zabierają torebki. Ale oficjalnie się o nałogu pani wicedyrektor nie mówi, gdzie tam.

Szybko się nauczyłam niczego głośno nie komentować, wykonywać posłusznie polecenia i nie przejmować się zbytnio. Wyzerować zaangażowanie emocjonalne na te osiem godzin. Nabierałam dystansu, zalecanego przez babcię. Kalina pracuje dłużej ode mnie, a nie pojęła, że tak jest najlepiej. Wciąż się z czymś wyrywa, wciąż tłumaczy, co jest źle i niezgodnie z przepisami. Co z tego, że ma rację? Dyrekcja jej nie lubi.

Mnóstwo ludzi składa podania o pracę. Naiwni! Wiadomo, jakim sposobem wchodzi się do takiej instytucji. Mnie poleciła w swoim czasie córka koleżanki babci. Ta kobietka, pani Żywia, mnie zafrapowała, już przez to, że się oryginalnie nazywa. Używa porządnych kosmetyków. Jest miła, grzeczna i można z nią o wszystkim porozmawiać. Kilka razy obgadałyśmy trendy w modzie, książki, filmy i co zrobić, żeby jak najszybciej zdać egzamin na prawo jazdy. Szkoda jej do biblioteki, lecz skoro chce tutaj pracować… Zrobię, co się da. Tylko, co ja, biedna, mogę? Co zależy ode mnie, to ślub. Pomału i po cichu – bo po co ma taka Regina zazdrościć – szykuję tę imprezę razem z Michałem. Babcia dobrze przepowiedziała. Michał zajmuje się tworzeniem oprogramowania komputerowego i to jego robota szuka, a nie on jej. Plan jest taki, że po ślubie urodzę szybko dziecko. Jakie szczęście, że mam umowę o pracę na czas nieokreślony. Na macierzyńskim odpocznę od firmy i zacznę się powoli rozglądać za inną czystą robotą. Za większe pieniądze. I tam, gdzie pracuje przynajmniej dwadzieścia pięć procent mężczyzn. Duża grupa kobiet wpływa na mnie niekorzystnie.

Telefon. Znowu dzwoni pani Żywia.

Pamiętnik bibliotekarki – polowanie na dyrektora

3 września 2007
Moje podanie o pracę w bibliotece od ponad roku nabiera mocy urzędowej. Dość tego, czas działać.
Telefonuję. Mizdrzę się do sekretarki. Jestem namolna. Wreszcie… idę na rozmowę kwalifikacyjną do dyrektora, Maksymiliana Traciuka. W korytarzu snują się istoty płci żeńskiej, ubrane w powyciągane swetry. Na nogach mają beżowe podkolanówki i plastikowe klapki. Ten swojski widok raptownie mi o czymś przypomina. Nagle widzę obok siebie dziwny cień i czuję przez moment przeraźliwe zimno w środku. „Uciekaj, Żywia, uciekaj” – słyszę skądsiś. Co za bzdury. Rozsądek podpowiada, że nie wolno brać pod uwagę głosu niekontrolowanych emocji. Jeśli się coś zaczęło, trzeba skończyć. Jeśli postanowiłam, że będę tu pracować, to będę.

Trochę znienacka wpadam do dyrektorskiego gabinetu. Na biurku zdjęcia żony i dzieci, w domu, na wakacjach, na działce i w knajpie. Ze trzy durnostojki w charakterze popielniczek. Z gipsu? Mahoniu? Brązu? E tam, pewno wszystkie made in China. Ściana obwieszona dyplomami uznania i podziękowaniami z ratusza. Pan Maks Te. przegląda jednocześnie Gazetę Wyborczą, Dziennik i Nie. Wertuje też wiadomości Onetu w laptopie. Na mój widok usiłuje go szybko zamknąć. Przytrzaskuje przy tym koronkę nylonowej serwetki, jaką jest nakryta pokrywa laptopa.
– Pani wybaczy zamieszanie, właśnie miałem trochę posprzątać.
Bierze do ręki podanie, patrzy na mnie.
– Pan Kamil Raczyński? Coś nie pasuje.
– Bo ja nie jestem Kamil, tylko Żywia Radzińska.
– Co mi ta Anka dała? Prosiłem wyraźnie o pani dokumenty. Ankaa!
– Panie dyrektorze, chyba niechcący wrzucił pan wszystko do niszczarki, razem z tymi papierami, co to wie pan…
– Bardzo panią przepraszam, mogłem przypadkowo tak zrobić. Tyle człowiek ma spraw na głowie . Teraz ja mam kłopot, pani też.
– Proszę, mam CV i list motywacyjny na CD. Wystarczy je wydrukować.
– Ania, weź się tym zajmij. Mogę zapytać, czy pani jest Żydówką? Tak dziwnie się pani nazywa. To bardzo interesujące.
– Nic mi o tym nie wiadomo. Moje imię jest słowiańskie. Żywia to jedna z bohaterek Starej baśni Kraszewskiego.
– Taaak? Niesamowite. Teraz ludzie rzadko sięgają po książki tego pisarza. Chwali się pani gruntowne oczytanie. Ja, na ten przykład, czasu mam niewiele, ale wykorzystuję go na lekturę różnych wspomnień i pamiętników. Świetnie, niech będzie. Pani Krystyno… Pani Krysiu… Kryśka! Chono… no proszę, chodź, Krysiu. Idź z tą panią, pamiętasz, mówiłem ci o niej.
Krysia to kierowniczka działu gromadzenia. Robi mi test z Excela – wypada dobrze.
– Za kilka dni dyrekcja skontaktuje się z panią. Co prawda, mamy na razie mało komputerów w dziale, więc będzie pani dzielić jeden z koleżanką.

7 września 2007
Czekam, cała w skowronkach. Już, już pracuję. Raz nieznana koleżanka, raz ja. Trwa niepokojąca cisza.

10 września 2007

Telefonuję. Zakłopotana Ania tłumaczy:
– Głupio wyszło. Wróciła nagle z urlopu wychowawczego dziewczyna, na której stanowisku miała pani pracować. Pan dyrektor powiedział, że na siłę wyższą nie ma rady.
Kobieta widocznie się przestraszyła utraty stanowiska. Znowu jadę do biblioteki i proszę o rozmowę z dyrektorem.
– Boże, nie można nawet spokojnie przeczytać gazety. No dobra, dawać ją! Proszę, niech pani wejdzie. Anka, napisałaś sprawozdanie?
– Przecież nie przekazał mi pan danych.
– Oj, nudna jesteś, mogłaś coś wymyślić. Masz, masz wszystkie namiary. Weź, szybko zrób, bo to na wczoraj. Proszę, proszę, pani sobie usiądzie tutaj. Nadal chce się u nas pracować? Przepraszam, właściwie ile pani ma lat?
– Ach, panie dyrektorze, nie muszę się chwalić swoim wiekiem. W każdym razie mam już dorosłą córkę.
– Doskonale. Podoba mi się pani jako przyszły pracownik. Ma pani doświadczenie w zawodzie bibliotekarskim. No i czyta pani dużo, zupełnie jak ja. Zresztą trzeba pomagać pięknym i dowcipnym kobietom. Ja panią przyjmę do roboty, bo tak chcę.
– Mam również orzeczenie o niepełnosprawności. Zatrudniając taką osobę, pracodawca może się ubiegać o dofinansowanie jej stanowiska pracy z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
– Czyli jeszcze kasę mi za panią zapłacą? Żartuję, niech pani mnie źle nie zrozumie, ale świetnie się składa. Z pieniędzmi u nas, niestety, krucho. Zatrudnię panią na pewno, tylko nie potrafię powiedzieć, kiedy. Nie wszystko zależy ode mnie. Proszę się za miesiąc przypomnieć.
Dyrektor jest niski i szczupły; zaraz mi się przypomina, co o małych facetach sądzi pisarka Krystyna Nepomucka1. Ale co tam! Człowiek gada konkretnie i robi dobre wrażenie.

11 października 2007
Wyjeżdżam na trzy tygodnie do córki, do Anglii.

5 listopada 2007

Telefonuję. Pan Maks mówi, że być może jeszcze w tym roku sprawy ułożą się dla mnie pomyślnie, i każe zadzwonić za miesiąc.

5 grudnia 2007
Pan dyrektor MT prosi o telefon w okresie między świętami a Nowym Rokiem. Oczywiście, dzwonię.

4 stycznia 2008
Idę, po uprzednim telefonie, na rozmowę. Pan szef, rozpromieniony, prawie okręca się wokół własnej osi:
– Szczęśliwego Nowego Roku! Udało się. Proszę nie wyjeżdżać z miasta, ponieważ lada dzień odezwę się do pani z bardzo pomyślną nowiną. Niech zostawi pani swoje namiary!
Zapisuje sobie numery telefonów na karteluszku, kładzie go na biurku.

25 stycznia 2008
Od trzech tygodni nic się nie dzieje. Ponownie dzwonię – wciąż nic nie wiadomo, boss obiecuje się odezwać.
– Niech pani tak nie wisi na drucie! Szkoda pieniędzy.

14 lutego 2008
Maks Te. przekazuje przez sekretarkę, że nie ma dla mnie żadnej nowiny, muszę nadal czekać. Czuję się, jakbym dostała w twarz. Postanawiam dać sobie spokój.

6 marca 2008
Telefonuję jednak. Do pana dyrektora nigdy się człowiek nie dodzwoni za pierwszym razem. Zawsze albo go nie ma, albo jest zajęty. Wreszcie się udaje. Maksymilian Traciuk każe mi przyjść.
– Po świętach wielkanocnych niech się pani zgłosi po skierowanie na badania, do lekarza medycyny pracy. Na początku kwietnia zacznie się robota. Do tego czasu proszę załatwić wszystkie swoje sprawy.

26–28 marca 2008
Telefony, telefony…

2 kwietnia 2008
Dostaję skierowanie na badania.