Z kolei gruby, trzydziestoletni pan Pasterz, odziany w szorty, skarpety i sandały na mocnej podeszwie, jest nieszkodliwy, ale męczący. Upodobał sobie książki z dziedziny psychologii i wiecznie jęczy, że czegoś nie ma, a on akurat miał ochotę to przeczytać.
– Nie ma? A kiedy będzie?
– Kiedy czytelnik zwróci.
– A kiedy zwróci? Nie wie pani?
– Nie wiem.
– Nie można tego sprawdzić, pogonić go?
– Nie ma takiej możliwości. Nie dysponujemy komputerową bazą danych, wszystkie informacje o czytelnikach są w tych papierowych kopertkach. Ciężko byłoby znaleźć.
– Ale zwróci w końcu tę książkę?
– W końcu tak.
Pewien młodzian chciał się zapisać do biblioteki. Niestety, nie miał dowodu osobistego, a to warunek numer jeden tej procedury.. Byłam skłonna uznać prawo jazdy, legitymację studencką czy cokolwiek innego, zawierającego podstawowe dane o polskim obywatelu. Młodzian zaczął się mętnie tłumaczyć, a po gorączkowych poszukiwaniach w kieszeniach spodni i w plecaku, rzucił na biurko starą legitymację ubezpieczeniową swojej matki. Dawno zresztą nieważną. To by już absolutnie nie przeszło, co potwierdziła oburzona Grażyna.
– Albo dowód pan przyniesie, albo nic z tego nie będzie. Dyrekcja nas kontroluje i słusznie. Porządek musi być. Skąd mamy wiedzieć, kim pan jest? Co zrobi pan z książkami? Jak można żyć bez dowodu osobistego, no jak?
Speszony chłopak wyszedł. Halinka, jeśli nikt jej o coś nie zapyta, z zasady w otoczeniu innych nie zabiera głosu. Tym razem nie wytrzymała.
– Na taką kartę rowerową można sobie żyć w konkubinacie, a nie książki wypożyczać!

14 lipca 2008
Podczas mojego dyżuru na dziale dziecięco-młodzieżowym do biurka podeszła kobieta w nieokreślonym wieku. Przyniosła stos książek o Harrym Potterze. Jakaś skrupulatna czytelniczka – pomyślałam. Trzeba bowiem odczekać swoje w kolejce, żeby pożyczyć powieści pani Rowling. Za jej sprawą pójdzie to szybciej.
– Proszę pani, wprawdzie tego nie czytałam, ale dziwię się, że biblioteka udostępnia dzieciom pozycje, które są na indeksie. Ja sobie nie życzę, żeby mój syn…
– Co takiego? O ile mi wiadomo, ostatnie indeksy przestały obowiązywać lata temu!
– Pani żarty sobie stroi, a to poważna sprawa. Te książki potępił sam papież Benedykt XVI. One zawierają treści satanistyczne i wywrotowe, nawołują do zburzenia istniejącego porządku rzeczy, a ta pisarka jest w jakiejś sekcie. Światem rządzi magia, czy to normalne?
– Książka, jak książka. Jej treść to fikcja literacka. Również choćby taka Alicja w krainie czarów ma podobny sens. Jeśli się dobrze zastanowić, należałoby spalić wszystkie biblioteki.
– Pani jest bezczelna! Napiszę skargę do dyrekcji.
Kobieta zbiegła pędem ze schodów, a z zaplecza przyszła Ala.
– Jeszcze jedna?
– To takich jest więcej?
– Pani Żywio, średnio dwa razy w tygodniu przybywają nawiedzone matki, specjalnie w krucjacie przeciwko Harry’emu. Już mi się znudziło z nimi gadać.
– A mnie jest przykro.
– Niepotrzebnie. Trzeba było powiedzieć, że światli księża śmieją się z tej interpretacji. Chociaż nie, ta baba i jej koleżanki słuchają tylko miejscowego proboszcza.
– Powiedziała, że skargę napisze.
– Narzekania na temat Pottera dyrekcja ma akurat w dużym poważaniu.

18 lipca 2008
Odbyło się bardzo sympatyczne spotkanie autorskie z miejscowym pisarzem, który napisał kryminał osadzony w przedwojennych realiach miasta. Coś w stylu Marka Krajewskiego. Zanim do tego doszło, atmosfera była napięta. Z centrali nie przywieźli zaplanowanych dekoracji, mających przeistoczyć bibliotekę w lokal rodem z dwudziestolecia międzywojennego.
– Dzwoniłam do nich – krzyknęła rozgorączkowana Iza – wszystko jest w sąsiedniej filii, bo tam było pierwsze spotkanie. Oni myśleli, że potem przejmiemy to z placówki pani Janinki.
– Nic ich nie obchodzi. Nie każdego stać na taki luksus. Co teraz zrobimy? Pisarz przyjedzie już niedługo.
– Ja przywiozę samochodem. Tylko poproszę kogoś, żeby był przewodnikiem. Może pani Grażynka?
– Szybko, jedziemy, pani Żywio. Janinka urzęduje trzy ulice od nas, ale zanim się przebijemy w korkach, zanim zapakujemy, co trzeba, to może być za późno.

Szczyt korków minął, więc prędko się uwinęłyśmy. Pani Janina do wielkich plansz dodała milicyjną czapkę.
– Ona tworzy atmosferę, rozumiecie. Bohaterem książki jest przedwojenny policjant, jeden z najlepszych detektywów.
– Ta czapka ma raptem ze trzydzieści parę lat. Lata siedemdziesiąte.
– Już wy się chociaż nie czepiajcie, dobra? Dyrekcja podobno miała załatwić cały mundur policyjny z odpowiedniej epoki i chyba z muzeum się nie dogadała. Mamy, co mamy. Czapkę przyniósł jakiś czytelnik. Spotkanie z pisarzem w toku, a mnie prosi na stronę policjant. I wypytuje, skąd czapka, dlaczego czapka… Myślałam, że się ze wstydu spalę. Jakoś mu przetłumaczyłam, że mowy nie ma o kradzieży ani o braku szacunku dla służbowego uniformu. Zajmują się głupotami, a jak trzeba, to ich nie ma. Z pracy strach wyjść, menelstwo piwo po bramach trąbi, ludzi zaczepiają.
– U nas tak samo, nie denerwuj się, Janka.

21 lipca 2008
Na zapleczu dzieją się często cuda-wianki, niektóre fajne, inne, jak wspomniana ściera, nie. Ala, postać nader barwna, już mnie zainspirowała do napisania opowiadania do pewnego czasopisma. Ala spóźnia się ustawicznie do pracy. Godzinę, dwie, czasem trzy. Dyrekcja parę razy zrobiła nalot na filię i pytała o nieobecną Alę. Nielicho kiedyś podpadła, zatem za poradą kierowniczki poszła wtedy na dłuższe zwolnienie lekarskie. Ala jest straszną bałaganiarą – trzeba mieć się na baczności, bo akurat stół może być wysmarowany grubo masłem, a niedbale rzucony przez Alę wielki nóż, z ostrzem wystającym poza brzeg stołu, grozi ciężkim uszkodzeniem ciała. Ala kieruje działem dziecięco-młodzieżowym, gdzie brakuje tylko przysłowiowego dziada z babą, a książki leżą, jak leci. Nawet na podłodze i w pakamerze. Skorzystałam z tego, bo wzięłam kilka razy „bezpańskie” egzemplarze do domu, spokojnie je przeczytałam, podrzuciłam i nikt się nawet nie zorientował.
Ala założyła konto biblioteczne dla siebie, dla taty i dla dziewięćdziesięcioczteroletniej babci. Każda koperta pęka od ilości kart. W sumie w Alinym domu znajduje się oficjalnie jakieś sto dwadzieścia książek. W biurku i pod biurkiem piętrzą się sterty nowości. Czasami Grażyna z Izą, zdenerwowane, że tyle tego wyparowało, wymiatają z szuflad Ali wszystko i stawiają na półkach.

Do Ali przychodzi mnóstwo znajomych. Na zapleczu przesiadują różne koleżanki, matki z małymi dziećmi, zaprzyjaźnione psy. W minionym tygodniu, kumpelka Ali przyniosła w pudełku cztery tygodniowe szczeniaczki. Prosiła Alę o pomoc w znalezieniu dla nich domów. Pieski były przecudne, lecz stanowczo nie dojrzały do życia towarzyskiego i żałośnie popiskiwały. Niezrażona tym Ala biegała po bibliotece i zaczepiała czytelników bojowym okrzykiem:
– Komu psiunia, komu, bo idę do domu!
Potem Ala spostrzegła, że zwierzątka są mocno zapchlone i kazała nam uważać.
– Co prawda, to tylko pchły, nie lwy, lecz trochę gryzą.

Ala jest gruba, lecz seksowna, stylowo ubrana i bardzo oczytana. Siedzi po uszy w długach. Jest na wiecznym debecie oraz ma sporo kredytów. Mimo to kupuje nieustannie markowe ubrania, i często organizuje sobie znanymi sposobami, oraz przy finansowej pomocy ojca, wyjazdy zagraniczne. Przynajmniej na kilka dni. Alicja nie należy do osób, które lubią siedzieć długo w jednym miejscu. Kiedy robi się zbyt gorąco, Ala jakimś cudem bierze kolejny kredyt i spłaca nim poprzedni. Ala jest leniwa, lecz obdarzona ogromnym wdziękiem. Pogodna z natury, śmieje się głośno, często i z całego serca. Dzięki niej w firmie nie panuje atmosfera posępności i wiecznego narzekania, będących charakterystyczną cechą naszego narodu.

 

Zobacz: Odcinek 1

 


Książka Teresy Moniki Rudzkiej ukazała się nakładem wydawnictwa „Skrzat” (pt. „Bibliotekarki”)