– Co dalej? Iza, nie jedz tyle. Inni też by chcieli spróbować.
– Wet, który operował kota, uczciwie powiedział, że zasugerował się moim przekonaniem, iż to jest kotka. Ech, sumienie mnie gryzie, powinnam wcześniej załapać, że coś nie tak. Kot zostanie Kacunią, no a jak inaczej? Może psychoterapii będzie potrzebował?
– Niezły numer. A mnie się wydawało, że u podrośniętych kocurków dobrze widać wyposażenie.
– Kasia, dla ciebie cola?
– Poproszę. I chipsy paprykowe. Jeszcze te kruche ciasteczka. No i?
– U mojego duże toto nie było, z powodu podawania hormonów. Wet mówił. Co prawda, nie porównywałam z innymi kotami.
– Znam wiele podobnych historii, jednej z nich byłam sąsiedzkim świadkiem. Wprawdzie nie trwało to dziewięć lat, ale wet nie był w stanie ustalić płci kota. Najpierw się mówiło, że to kot. Kiedy przyszedł czas na sterylkę, okazało się nagle, że to kotka. Wet twierdził, że to kocie stworzenie było po trosze jednym i drugim. Miało cechy hermafrodyty, co się ponoć czasem u kotów zdarza. Nigdy nie doszliśmy do tego, czy to prawda, czy wet nieudolny. Zdarzyło się to ze trzynaście lat temu. W każdym razie stworzenie przeszło zarówno kastrację jak i sterylizację. Potem nazwano je Kata.
– To już mamy trzy kocie specjalistki. Do Steni doszła pani Żywia. Teraz i ty, Ala. Nie sądziłam, że interesujesz się kotami.
– Pewnie! No, to zdrowie naszej kochanej Halinki. I wszystkich pięknych kotów!
– Ala, jak to ślicznie powiedziałaś. Po prostu słodko.
– Ech, moja Kasiu!

Tom chusteczke, coś mi dała,
tom ja na onuce wzion,
żebyś, kurwa, nie myślała,
że naprawde cie kochum!

– Aaaaaaaa….
– Ooooooch….
– Zdrowie solenizantki pijemy! Jeszcze raz! I jeszcze!!!
– Śledzi już nie ma. Wódka się kończy.
– A bo ty, Iza, taka nienażarta jesteś.
– Ja już, już… buty tylko włożę i skoczę do sklepu, ale mi wstyd.
– Jaki wstyd, Halinko? Siedź, ja pójdę. Dziewczyny, robimy zrzutę! Teraz my fundujemy.
– Ala, nie upiłaś się? Żeby ludzie nie gadali.
– Spoko, Grażynka. Ja dopiero mam zamiar się upić. Zaraz wracam.
– Hurrraaaa…..
– Jezuuuuuuu!
– Dziewczyny, robimy pociąg. Lokomotywą będzie Kaśka, Ala za nią, teraz pani Żywia…
– A ty?
– Ja za konduktora jestem. No, czy pociąg mnie słyszy? W drogę!

 Jedzie pociąg z daleka,
na nikogo nie czeka,
konduktorze łaskawy… uuuuu…

– Znowu ktoś puka na dole. Weź, Kasia, zejdź i zapytaj, czego chce.
– Pan dzielnicowy? Zapraszamy. Halinka ma imieniny.
– Na służbie jestem. I ja, tego… służbowo zwracam uwagę, że ludzie się skarżą na hałasy.
– Ludzie, czyli pani Kowalska?
– Nieważne kto, głośno jest.
– Przecież już dziewiąta.
– Dobrze, będzie spokój.
– Pani Alu, kim jest Kowalska?
– Taka stara prukwa z sąsiedztwa. Nie ma co robić, więc wygląda przez okno. Każdego obgaduje i wszystko jej przeszkadza.
– Ala, kończ, strasznie ordynarnie się wyrażasz.
– Tylko wam jeszcze opowiem, jak jechałam niedawno samochodem z ojcem. Przed nami sunął radiowóz. Patrzymy, policja skręca w bok i zawraca, gdyż czarny kot biegł akurat przez jezdnię. Ojciec chciał zrobić tak samo, jak gliny, ale w głowę się postukałam. Przejechaliśmy i żyjemy. Uwielbiam koty.
– Ala, to weź jakiegoś.
– Na razie nie mogę. Babcia i stary są przeciwni. Pracuję nad nimi.
– Ala, chyba przesadziłaś. Niemal się przewracasz. Jak ty pójdziesz do czytelników?
– Jeśli już o tym mówimy, to nie mam ochoty do nich wychodzić. Popracuję na zapleczu. Dobrze, Grażynko?
–Dziewczyny, która chce kawy, która herbaty?
– Halinko, co się stało? Smutna jakaś jesteś?
– Wiecie, ja chyba nie lubię kotów.

Z pamiętnika bibliotekarki  – migawki

 3 lipca 2008
Małe zarobki i sfeminizowane środowisko. Kobiety są jednak strasznie małostkowe, podejrzliwe i rozplotkowane. W wielu aspektach skansen komuny (co ma również dobre strony). Klimaty często jak u Barei i Bułhakowa. Ręcznik wisi i śmierdzi, ścierka też. „Po to jest ścierka, żeby była brudna”. Wczoraj grzecznie zaproponowałam kierowniczce, że wezmę w/w do prania. Myślała, myślała i w końcu odmówiła, „bo to chińskie badziewie i jeszcze zafarbuje pani rzeczy”. Tak naprawdę kierowniczka chce udowodnić centrali, iż olewają filię do tego stopnia, że nie dba się o jej podstawowe zaopatrzenie. Jutro przyniosę swój ręcznik, co pewnie też wzbudzi komentarze, dużo tam nie trzeba. Wszyscy uważają, że jestem człowiekiem dyrektora. Tak nagle spadłam, taki desant na filię zrobiłam, no! Niech tak myślą, to też ma swoje dobre strony. Dyrektor to cham, karierowicz z kompleksami, ma gdzieś pracowników, itd. Tak mówią w filii. A w ogóle centrala dba tylko o swoje interesy. To też cały czas mówią. Hm, mam siedmiogodzinny dzień pracy plus dodatkowo dziesięć dni urlopu, czego niektórzy mi zazdroszczą. Nie wiem, czy choroby i niepełnosprawności też można zazdrościć? W dodatku okazało się, (niby taka mądra jestem, a tego nie wiedziałam), że „przechodzi” mi staż z poprzedniego miejsca pracy i mam już prawo do urlopu w pełnym wymiarze, niczego nie muszę kombinować. Dostanę nawet dopłatę do wypoczynku. Szkoda, że wcześniej o tym nie wiedziałam. Już usłyszałam: „dopiero przyszła, a wszystko jej się należy”. Grażyna nawet powiedziała kwaśno:
– Jest pani wyjątkowo uprzywilejowana.

Cóż, takie są po prostu przepisy. Bardzo brakuje mi pracy przy komputerze. Z moich koleżanek najbardziej komputerowo zaawansowana jest sprzątaczka Stenia (dzieci w USA wymagają obsługi via net, oprócz tego umiłowała sobie portal Nasza Klasa). No, czuję się czasem odcięta od cywilizacji. Ale nie zadzieram nosa, bo potrafię wysyłać maile… Dyrektor chce podczas trzech miesięcy zorientować się, jakim jestem pracownikiem, potem ewentualnie przenieść mnie do centrali, do działu opracowania. Pamiętnego 5 czerwca sprężył się i powiedział jeszcze, iż doskonale zdaje sobie sprawę, że pracuję poniżej kwalifikacji, lecz miałam długą przerwę w zawodzie i muszę zacząć w ten sposób. Zobaczymy. Opracowanie książek to bardziej twórcza, ambitna praca; wiele lat ją wykonywałam. Pracując w centrali miałabym wolne popołudnia, lecz z kolei trzeba wtedy wstawać wcześnie rano…
Pani Iza jest wredna, mobbinguje koleżanki, przekabaciła kierowniczkę, w związku z tym jest spora rotacja w filii, gdyż dziewczyny z nią nie wytrzymują. Mnie na razie się boi, tak czuję. Ludzie czytają masowo Danielle Steel, Cartlandową, Grocholę i Coelho. Książki tego ostatniego stoją na półkach księgozbioru podręcznego, gdyż kradli je na potęgę. Owszem, owszem, przychodzą ambitni, oczytani ludzie, z którymi mile się rozmawia. Personel, naturalnie, obgaduje niektórych. Iza traktuje wyniośle czytelników emerytów, pracowników fizycznych, natomiast płaszczy się przed tymi z pieniędzmi i pozycją, i prawie na kolanach podaje im książki. Och, wszędzie jest jakaś Iza.

9 lipca 2008
Niedawno stażystka Kasia, magister psychologii, wypisywała na polecenie szefowej różne pisma na komputerze. Zamiast „harmonogram” było w jednym tekście napisane „charmonogram”. Zareagowałam całkiem odruchowo, mówiąc, że to błąd ortograficzny. Słowo przybrało właściwą postać, ale Kasia bardzo się obraziła 🙂 Dąsała się na mnie kilka dni, już jej przeszło. Kierowniczka robiła wrażenie lekko skonsternowanej, bo już, już miała wywiesić „charmonogram” na tablicy. Przedwczoraj, przy okazji rozmowy z pewnym czytelnikiem, powiedziałam, iż gazetę Metro wydaje Agora, co też wzbudziło popłoch. Hm, zapominam wciąż o zasadzie z ukazu cara Piotra I: podwładny przed obliczem władzy powinien mieć wygląd lichy i durnowaty, aby swoim pojmowaniem istoty rzeczy nie peszyć przełożonego – jakoś tak to szło. Szefowa, pani Grażyna, traktuje czytelników bardzo kulturalnie, życzliwie i profesjonalnie. Pani Iza nimi pomiata, jak myśli, że nikt nie widzi. Niestety, Iza jest osobą fałszywą z natury, lecz w rzeczy samej, ma pozycję najlepszej przyjaciółki kierowniczki, cóż poradzić. Ta ostatnia ma wiele zalet, lecz bezstronnością nie grzeszy. Trzy tygodnie temu, we środę, byłam sama na sali. Wszedł facet, wziął książkę z księgozbioru podręcznego. Mijał mnie bez słowa, ale go zatrzymałam. Był pijany jak bela i chyba naćpany. Przewracał się na stolik.
– Proszę, tutaj jest mój dowód osobisty. Pani mnie zapisze. Tę książkę zabieram.
– Zapiszę pana, ale książka jest dostępna tylko na miejscu.
– Co to znaczy?! Pani się nie nadaje do tej pracy!
– Zaraz przyjdzie kierowniczka, niech jej pan to przekaże.
– Pani jest relikt komuny! Władzą się zasłania, pani…a ja to i tak pożyczę.
Weszła Grażyna. Bez słowa zapisała typa do biblioteki i dała mu książkę.
– Proszę pana, koleżanka się trochę zdenerwowała. Już dobrze? Do widzenia. Pani Żywio, bardzo ładnie, że dba pani o księgozbiór, ale jak taki pijak czy łysy z karkiem czegoś chce, to trzeba szybciutko się zgodzić. Ważniejsze życie i zdrowie niż mienie. Różni tu czasem przychodzą, a firma ochroniarzy nie zatrudnia. Ten, który wyszedł, jest ponoć zarażony HIV; lepiej iść na ustępstwa, niż gdyby miał ugryźć. Nie żartuję, Ala widziała, jak latał po placu zabaw i straszył dzieci, że je pozagryza. Babcie musiały mu dawać pieniądze, byle się wyniósł. Żebym nie zapomniała. Bliżej września zaczną przychodzić tacy chudzi, młodzi, z kolczykami w uszach. Zasłaniają jednego, a ten kradnie lektury z półek. Trzeba udawać ślepą. Potrafią być bardzo nieprzyjemni. Niech już sobie biorą. Czasem podrzucają nam później te wyniesione książki.
Cóż, mam pracę w warunkach wysokiego ryzyka.

10 lipca 2008
Typy czytelników. Większość pożera książki Coelho, Coelho i jeszcze raz Coelho. Wczoraj pewna niewiasta zrobiła mi wymówkę, że pyta się o PC już po raz piąty i nigdy go nie ma. Na Boga, co ludzie w nim widzą? Samotność w sieci. Steel Danielle. Harlekiny. Na razie spokojnie, żaden pijak mnie nie napastował. Owszem, przyszedł inny, ale spity na wesoło. Wziął powieść Wilbura Smitha, nachylił się do mnie i stanowczo powiedział: „kobieto, musisz koniecznie to przeczytać”. Czytelnik, pan Samorowicz, który „ma coś z głową”, narzekał na cały świat, stwierdził, że wszelkie zło bierze się stąd, że ludzie odeszli od Boga.
– Gdybym ja, proszę pani, w Boga nie wierzył, mógłbym przecież przynieść siekierę i panią zabić.

Samorowicza wszyscy się boją, gdyż potrafi być bardzo nieprzyjemny. Ma nerwowe tiki twarzy. Słynie z tego, że jeździ po wielu filiach bibliotecznych, staje między regałami i tam się onanizuje. Stażystka Kasia przeżyła niedawno chwile strachu, jako że Samorowicz czekał po pracy, szedł za nią na przystanek i bardzo nalegał, żeby zaprosiła go do domu. Jest sławny w okolicy Benek, który odwiedza bibliotekę co najmniej dwa razy w tygodniu. Benek ma pięćdziesiąt lat i paszczę z jednym zębem. Trzeba po nim wietrzyć, ponieważ z zasady się nie myje. Również z zasady zawsze jest pijany i agresywny. Pożycza jedynie książki czysto sensacyjne i wydziwia na skromną ofertę.
– Dziewczyny, nie powinnyśmy obsługiwać Benka, kiedy jest w „stanie wskazującym”.
– Niby jak, skoro on nigdy jeszcze nie przyszedł trzeźwy?

Tylko Iza, podobno wielka miłość Benka i w ogóle kobieta jego życia, potrafi z nim postępować. Nie zawsze jej się chce, ale ostatnio się wykazała. Benek gnębił Kasię za poważne braki w zaopatrzeniu biblioteki. Wpadła Iza.
– Proszę, tutaj jest Tom Clancy, oto najnowszy Follet. Z zaplecza specjalnie wyniosłam dla pana Tess Geritsen. Proszę brać i iść sobie. Nie, proszę mnie nie całować po rękach i nogach. Nie, na pewno pan tego nie czytał. No, poszedł!
Pan Benek nosi ładne, „arystokratyczne” nazwisko i mieszka w pobliskiej dzielnicy domków jednorodzinnych oraz wysztafirowanych willi.
– Pani Żywio – objaśniła Iza – on pochodzi ze znanej i zasłużonej rodziny. Stara, dobra szlachta. Kolejne pokolenia coraz gorzej sobie radziły w naszym prostackim i chytrym świecie. Benek pewnie by się jednak jakoś przystosował do życia, ale mamusia go sama wychowywała. Trzymała go krótko, nawet, kiedy synek skończył czterdzieści lat. Kiedy umarła, chłop był bezradny jak dziecko. Nie umiał ani nie chciał załatwić najprostszej sprawy. Dobrze, że matka wychodziła mu jeszcze za życia rentę chorobową. Nie ma celu w życiu, to się rozpił.
– Nie wierzę, że renta mu wystarcza.
– Toteż Benek wynajmuje pokoje w swoim starym domu. Parę lat temu, lokatorzy się zbuntowali i przestali mu nie tylko płacić, ale nie wpuścili go do jego własnej chałupy! Wyobraża pani sobie? Dużo mu wtedy pomogłam.
– W jaki sposób?
– Przyniosłam materac, spał na nim w filii prawie dwa tygodnie. Zupę mu gotowałam, kupowałam chleb. Rano nawet chodziłam po piwo.
– Po co?
– Przecież on jest alkoholikiem! Trzęsło go od świtu, miał jakieś zwidy i szukał siekiery. Po piwie mijało. Nałogowemu nie da się, ot tak, odstawić picia.
– Ładnie to o pani świadczy.
– Zawiadomiłam policję, jakoś wyrzucili nieproszonych gości. Teraz pilnuję dyskretnie, czy Benek ma właściwych sublokatorów. Wcześniej już czuł do mnie miętę, ale od tego czasu spokoju nie mam! Padał przede mną na kolana, nawet dyrekcja raz była tego świadkiem. „Izunia – mówił – ty jesteś moja namiętność i całe życie! Najpiękniejsza kobieto świata, zostań ze mną!” Ale przecież mam męża i syna. Co ja jestem winna, że podobam się mężczyznom? No, muszę zapalić, na razie!
– Iza nie jest taka najgorsza, mimo wszystko.
– Ech, pani Żywio – wtrąciła Stenia. – Nic nie jest takie, jak się zdaje. Iza niczego nie robi bezinteresownie.
– Przecież pomogła Benkowi! To są fakty.
– Owszem, dała mu materac. Wytaskała go z piwnicy naszej filii i kazała mi wytrzepać. A jak już Benek się wyniósł, poprosiła kierownika administracyjnego, żeby zawiózł materac do pralni, naturalnie, na koszt biblioteki. Później, po cichutku wywiozła go do siebie, na działkę. Pożyczka na wieczne nieoddanie. Zupki Benkowi gotowała tylko chińskie, z torebek. Ale sławę bohaterki zyskała, ona to lubi. Iza bywa dobra i wspaniałomyślna, tylko jakoś tak się dziwnie składa, że rozdaje łaski z cudzej kieszeni. Nie to, że plotkuję; sama się pani o tym przekona.
– A piwo?
– Podkradała je swojemu Józkowi. Tam sporo idzie tego specjału. Herbatę dla Benka parzyła z torebek Liptona, jakie nam daje dyrekcja raz na kwartał. Nie wykosztowała się, co to, to nie.
– Skąd pani wie?
– A wiem. Podejrzewam nawet Izę, że coś kombinuje z Benkiem, gdyż chce mieć ten jego domek. Ona ma słabość do nieruchomości.
– Chyba trochę pani przesadza.
– Nie w tym przypadku. Na bank.