Nagle winda ruszyła. Nie w górę, jak przez chwilę sądził, ale w dół. Minęły dobre dwie minuty, zanim zatrzymała się z hukiem.
Musiał zajechać aż do parkingu podziemnego. Cholerne urządzenie!
Gdy zaczęły się rozsuwać drzwi, uświadomił sobie, że się pomylił. Dokądkolwiek zawiózł go ten trzeszczący gruchot, z pewnością nie można było nazwać parkingiem.
Przed Karolem rozpościerał się długi, mroczny tunel. Przypominał wysoki na dwa metry kanał. Smród szczurzych odchodów był nie do zniesienia. Kiedy wyszedł z windy wpadł po kostki do brudnej, niemal czarnej wody.
– Wspaniale – warknął czując, jak lodowata breja wpływa mu do butów.  Odwrócił głowę i spojrzał na windę. Stała cały czas otwarta. Nie bardzo wiedział, co robić. Wejść z powrotem do tej żelaznej klatki? Poszukać wyjścia? Gdzieś tu musiała być przecież jakaś rampa.
W momencie, kiedy zrobił pierwszy krok, usłyszał ten dźwięk.
Charakterystyczne brzęczenie, jakie wydają z siebie stare rowery rozniosło się po piekielnej okolicy. Jego matka jeździła kiedyś takim starym gruchotem. Damka – tak się nazywał, stara, poczciwa damka, do dzisiaj stoi gdzieś na strychu.
Drynn-drynn – rozległo się ponownie. Karol wykonał kilka kroków w przód, lecz w ciemności tunelu nie dostrzegł niczego, prócz zarysu szarych ścian i stojącej, niczym w zapuszczonym stawie, wody.
Drynn-drynn, drynn-drynn…
Wzdrygnął się.
Nakazał sobie myśleć racjonalnie, ale z marnym skutkiem. Wytężał wzrok. Nadaremnie.
W pewnym momencie, tuż obok jego głowy, pojawił się jakiś kształt. Przypominał kobiecą głowę z nienaturalnie jasnymi, długimi włosami. Obrócił się gwałtownie, lecz zjawa znikła. Przeszył go dreszcz. Po raz kolejny.
Co tu się wyprawia? – odpowiedź pozostała bez jakiegokolwiek komentarza.
Pragnął wydostać się z tego stęchłego miejsca. Miał dość hotelu, tego cholernego miasta, w którym czuł się jak odmieniec, jak odludek, jak czubek zbiegły z domu wariatów. Musiał się stąd jak najszybciej wyrwać. W przeciwnym razie oszaleje. Jego cierpliwość i zdeterminowanie zostały mocno nadszarpnięte.
Wypierdalam. Wypierałam stąd.
Wrócił do windy i kiedy nacisnął „Parter”, drzwi niemal bezszelestnie zaczęły się zasuwać. Mógł przysiąc, że z tunelu wyjechał na rowerze przygarbiony mężczyzna z czerwoną jak krew bejsbolówką na głowie. Pojawił się w ułamku sekundy. Pedałował zawzięcie w stronę szarej ściany jak kaskader, który za moment zderzy się betonowym murem.
Karol poczuł bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Strach opętał go niczym demon. Nie mógł się poruszyć, zatrząsł się tylko i przygryzł dolną wargę, aż ta zbielała. Żadne racjonalne próby wytłumaczenia tego, co właśnie doświadczył, nie uspakajały go. Próbował w jakikolwiek sposób odnaleźć się w sytuacji, ale owładnęła nim kompletna dezorientacja. Wydusił z siebie jakieś słowo, którego sam nie zrozumiał.
Ewakuacja, stary – pomyślał.
Drzwi windy zamknęły się. Zobaczył w nich swoje odbicie. Blada twarz wyrażała zaszokowanie, zdenerwowanie i lęk.

Usłyszał głosy. Należały do mężczyzn i kobiet. Dało się także odróżnić delikatne, ciche, dziecięce pojękiwania. Uniósłszy się z łóżka zaczął nasłuchiwać:
– Gdzie zostawiłaś moje narty…? – padło pytanie.

– Mamo, mamo, powiedz mu coś, on cały czas próbuje odgryźć uszko Sparky’emu…
– Wanda, Wanda…
– Krzyczał coś, ale nie mogłam rozpoznać języka, jakim się posługiwał…
– Wieczór będzie tylko nasz, mój kochany…
– Auuu!!! To boli!! To boliiiii!!!…
– Odprowadź Zuzannę do domu, jest już bardzo późno…
– Czy to nowa książka, którą dostałeś?
Głosy zdawały się dochodzić zewsząd – zza ścian, spod podłogi, słyszał je nadzwyczaj wyraźnie.
– Kłopoty się zbliżają. Czuję to…
– Maurycy! Twoja czapka!…
– Gdzie jest mój rower? Gdzie jest mój rower?
– Pali się!
Odchodził od zmysłów. Był bezradny, ogłupiały i bał się. Bał się czegoś, co stało tuż za jego plecami, kryło się gdzieś obok niego. Obserwowało go zewsząd.
Cały czas słyszał jakieś dziwne szepty i odgłosy, jakby sto osób naraz próbowało coś powiedzieć i każda z nich przerywała w połowie.
Chwycił się kurczowo kołdry. Po chwili naciągnął ją aż po samą szyję. Ciężko oddychał, skonsternowany, przerażony.
Co teraz?
Był jak bezradne dziecko, poszukujące wzrokiem ulubionej zabawki.
Musiał coś zrobić.
Zdobył się na odwagę i wyskoczył z łóżka jak rażony prądem. W pośpiechu założył spodnie, koszulę i marynarkę. Wsunął stopy w czarne mokasyny i wyszedł na hol.
Minutę zajęło mu zbiegnięcie na parter. Zziajany podbiegł do recepcjonistki i oświadczył, że wychodzi. Spojrzała na niego jak na kompletnego idiotę.
Wybiegł z Vagabond Tower i pognał do pobliskiego parku Drwęskich. Dyszał jak lokomotywa. Chciał jedynie opuścić ten cholerny budynek. Chciał znaleźć się jak najdalej od niego i pobyć trochę w ciszy.
Była druga w nocy. Stał pośrodku ogromnego parku. Sam. Drzewa wyglądały niczym kolosalne rzeźby ludzi idących na pogrzeb. Drżał na całym ciele. Przejechał dłonią po włosach i zaczął rozglądać się za jakąś ławką. Kilka metrów dalej stały dwie ławki, na widok których odetchnął z ulgą.
Usiadł.
Przyłożył sobie dłonie do twarzy tak, jakby chciał osobiście stwierdzić, że wciąż jest realny, że wciąż żyje.
Kiedy podniósł wzrok, zobaczył drzewa, za którymi stał Vagabond Tower.     Zamknął oczy.

– Wynoszę się stąd! – krzyknął, ściskając z całej siły telefoniczną słuchawkę. – Mam dość przebywania w tym pieprzonym hotelu! Jutro z rana wyjeżdżam z Poznania.
– O czym ty mówisz? Mamy robotę! Nadzorujesz budowę, do cholery!
– Nic mnie to nie obchodzi, wyjeżdżam.
– Postradałeś zmysły? Jesteś tam najważniejszy! Musisz zostać i zająć się budową!
– Już powiedziałem, wyjeżdżam, mało w tej chwili obchodzi mnie ta pieprzona budowa.
– Co ty pierdolisz?
– Załatwcie mi inny hotel.
– Inny hotel? Masz apartament w najnowocześniejszym hotelu w mieście! O co ci jeszcze chodzi?
– Najnowocześniejszy hotel? Czy was tam kompletnie pojebało?
– Karol, kurwa, o co ci chodzi?
– Nie będę teraz o tym gadał. Chcę inny hotel.
– Dobrze się czujesz? Wywalamy kupę kasy na twój pieprzony apartament!
– Naprawdę? Załatwcie mi pokój w innym hotelu, w przeciwnym razie znikam stąd jutro z rana.
– Nie wierzę własnym uszom.
– To uwierz.
Trzasnął słuchawką. Wziął głęboki oddech i wsiadł do windy. Wjechał na dwudzieste piąte piętro, po czym, ze spuszczoną głową, wszedł do swego pokoju. Zaparzył kawy i usiadł w fotelu. Włączył telewizor.
Był roztrzęsiony. Sięgnął po butelkę whiskey i nalał sobie sporą porcję. Wypił wszystko, po czym dolał jeszcze pół szklanki. Drżącymi rękoma przyłożył ją sobie do ust. Wykrzywił twarz w grymasie niepojętej goryczy, następnie upił trochę kawy. Zemdliło go i prawie zwymiotował.
Chwilę później oparł się w fotelu i usnął.

Otworzył oczy. Spojrzał na zegarek. Druga szesnaście. Wyłączył telewizor i przeciągnął się leniwie na fotelu. Był ścierpnięty, a kiedy wstał, poczuł silne mrowienie stopy i ból w krzyżach.
Rozpadam się tutaj – pomyślał, zapalając światło.
Ujrzał pustą butelkę po whiskey, którą z niesmakiem wyrzucił do kubła na śmieci. Miał potwornego kaca.
W łazience, przez blisko dziesięć minut, płukał twarz zimną wodą, następnie wyszorował zęby i ogolił się. Stojąc przed lustrem nie mógł uwierzyć w to, jakim zmianom uległa jego twarz. Wyglądał jak straszydło. Wyciągnął język. Był pokryty gruba warstwą białego nalotu, która wywołała w nim obrzydzenie. Spryskał się wodą toaletową i uczesał.
Wciąż wyglądał jak trup.
Jasna cholera.
Pociągnął nosem. Nigdy nie należał do uderzająco przystojnych mężczyzn, ale… ale, do diabła, podobał się sobie. Do dziś.
Lubił dobrze zjeść, cenił luksusowe ubrania oraz drogie perfumy. Nie był typem narcyza, po prostu tolerował siebie. Dopóki nie przybył do Poznania.
Nagle wszystko diametralnie się odmieniło, jakby jakaś niewidzialna siła, jakaś moc, zmusiła go do patrzenia na siebie pod zupełnie innym kątem. Poddał się tej energii całkowicie. Patrzył teraz na swoje odbicie w lustrze i nie wierzył własnym oczom. Dostrzegał wrak człowieka.
Przecież nigdy nie poddawał się emocjom, nie był człowiekiem, na którego łatwo było można wpłynąć. A jednak zmienił się i przestawał poznawać samego siebie. To go przerażało. Pogubił się.
Usłyszał ciche pukanie do drzwi.
Kto? Kto o tej porze…
Wziął głęboki oddech i poszedł otworzyć. Zobaczył kobietę – tę samą, którą spotkał wcześniej. Uśmiechała się niepewnie, trochę figlarnie. Miała na sobie zgniłozielony żakiet. Musiała cholernie lubić ten kolor.
– Mogę wejść? – zapytała nieśmiało. Żuła gumę z taką intensywnością, że jej szczęka zdawała się rozpadać.
Stał jak na ruskim kazaniu, z miną neandertalczyka wybierającego się upolować zwierzynę na kolację.
– A o co chodzi?
Dziewczyna uśmiechnęła się. To jej szczerzenie zębów stawało się irytujące. Było sztuczne i wprawiało Karola w zakłopotanie.
– Pukałam wcześniej, ale pan chyba spał – powiedziała.
– Tak, chyba spałem. W końcu mamy noc.
– Naprawdę?
Po tym całym cyrku z rowerzystą i niechcącymi się otworzyć drzwiami traktowała go jak idiotę. Rozgoryczony, wpuścił ją do środka.
– Ładny pokój – oznajmiła, rozglądając się dookoła jak niewidomy, poszukujący swojej białej laski.
Zaproponował kawę, ale odmówiła. Nie chciała też pepsi, wody mineralnej, mrożonej herbaty ani pieprzonego Jacka Danielsa. Więc czego chciała?
– Chcę, aby poszedł pan ze mną na przedstawienie – rzekła przechylając głowę nieznacznie w bok, jak zainteresowany kością szczeniak.
– Na przedstawienie? Jakie przedstawienie?
– Sam pan zobaczy. Bardzo chcę na nie pójść, ale nie mam z kim. Pomyślałam, że… – zawahała się – jest pan bardzo zabawny i miły.
Zaskoczony, oparł się o ścianę i kiwnął niedowierzająco głową.
– No nie wiem. Jestem skołowany. Wie pani, która jest godzina?
– Bardzo pana proszę…
Czy ten cyrk się wreszcie skończy?
– Ja raczej nie zwykłem chadzać na przedstawienia, poza tym mam naprawdę dużo pracy. Całe mnóstwo niezbyt przyjemnej papierkowej roboty.
– Tylko jeden jedyny raz, proszę – jej głos stał się cichy, miękki, była uderzająco ładna. Z jakiegoś powodu irytacja, która się w nim narodziła, uległa rozproszeniu.
– Kiedy ma się odbyć to przedstawienie?
– Za dwadzieścia minut.
– Za ile? – Karol wybuchnął śmiechem.
Wariatka.
Podszedł do małego barku na kółkach, wyciągnął butelkę Jacka Danielsa i nalał pół karafki. Dopiero po dłuższej chwili uzmysłowił sobie, że nie jest w stanie wypić już ani kropli alkoholu. Mdliło go na sam widok butelki z czarną nalepką. Odstawił karafkę i wyciągnął z barku piwo karmelowe.
– Więc chyba nie zdążymy – powiedział.
– Oczywiście, że zdążymy. O to nie musimy się martwić.
– Czyżby?
– Niech mi pan wierzy.
– Sam nie wiem… a gdzie odbywa się to przedstawienie?
– Tutaj – odparła dziewczyna. – Pod budynkiem.
Spojrzał na nią piorunująco.
– Pod budynkiem?
– Oczywiście, zawsze pod budynkiem odbywają się przedstawienia. To jak, idzie pan ze mną, czy nie? Tak naprawdę pragnę iść z panem. Pan musi zrozumieć…
– Co zrozumieć?
– Przedstawienie.
Nie miał pojęcia, o co jej chodzi.
– Chciałam, aby pan coś zobaczył – kontynuowała – aby udał się pan ze mną obejrzeć coś, co przeżyłam… co wszyscy przeżyliśmy.
– O czym pani mówi?
– O przedstawieniu. Nie ma sensu się teraz rozwodzić na ten temat. Wszystko panu pokażę. Co pan na to? Pójdzie pan?
Chciał coś powiedzieć, ale zdecydował się milczeć.
Minęła druga w nocy. Nawet gdyby chciał, nie usnąłby. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Pójdzie na to przedstawienie. Czemu nie? Oderwie się od tej głupiej rzeczywistości.
Poza tym coś kazało mu pójść z tą kobietą. Co? Nie miał zielonego pojęcia. Może głos rozsądku? Albo głupoty.
Kiwnął głową i zapytał:
– Obowiązuje jakiś konkretny strój?
Zaśmiała się.
– Ależ skąd, niech pan ubierze co chce i dziękuję, że się pan zgodził – podbiegła i pocałowała go w policzek. Poczuł bijący od niej chłód. Usta miała zimne jak trup. Pomalowane na czerwono wyglądały wręcz olśniewająco, lecz były lodowate.
Psychika ci siadła, stary. Odjebało ci i tyle.
– Będę czekała za drzwiami, niech się pan przygotuje na wspaniałe, lecz smutne widowisko – oznajmiła podekscytowana, po czym puściła mu oczko i wyszła z pokoju.
Był oszołomiony. Wszystko wydawało mu się takie dalekie, takie obce, wręcz nierealne. Dopił piwo i ubrał świeżą koszulę w czarno-białą kratę oraz dżinsy, których zapięcie ostatniego guzika zajęło mu kilka dłuższych chwil.
Zmierzwił włosy ręką, a potem zgasił światło i również opuścił pokój.

Winda zawiozła ich tam, gdzie Karol trafił już wcześniej. Ciemny tunel zdawał się nie mieć końca. Podążali wolno, brodząc po kostki w wodzie. Z oddali dochodził jakiś bliżej nieokreślony szum, który raz stawał się bardzo wyraźny, wręcz irytujący, innym razem słabo słyszalny, stłumiony.

– Mogła pani uprzedzić, abym założył kalosze, albo wcale nie zakładał butów – wymamrotał Karol, mozolnie posuwając się do przodu. Wolał nawet nie patrzeć na swoje nowe zamszowe mokasyny. Kosztowały go ponad sześć stów!
Dziewczyna nie odzywała się. W panujących w tym paskudnym kanale ciemnościach dostrzegał tylko zarys jej twarzy.
Przez jedną krótką chwilę pomyślał, że kiedyś już ją nie widział. Czyżby? Może po prostu kojarzyła mu się z kimś znajomym?
Jej włosy były spięte w wysoki kok. Parła przed siebie w skupieniu, nie zwracając uwagi na zimną breję, która wlewała jej się do skórzanych butów.
– Nie, to niemożliwe – powiedział na głos, wsłuchując się jak woda kapie z niewidzialnego, pokrytego mrokiem sufitu. Co chwila natrafiał na pajęczyny, które przyklejały mu się do ubrania. Czuł w ustach ich gorzki smak, jakby wypalił całą paczkę papierosów; jednego po drugim.
Zaraz się porzygam.
– Wszystko jest możliwe, proszę pana – odezwała się nagle kobieta. Karol potknął się o coś wystającego z ziemi i prawie upadł. W ostatniej chwili cudem odzyskał równowagę. Odwrócił wzrok.
– Co ma pani na myśli? – zapytał.
– Powiedział pan, że mnie widział – dziewczyna znowu się uśmiechnęła. – Potem powiedział pan, że to niemożliwe, a ja na to, że wszystko jest możliwe – wyjaśniła z przekąsem.
Nie powiedział, że ją widział. Jedynie pomyślał.
– Naprawdę? – mruknął, patrząc znowu przed siebie. Dochodzili do jakiegoś ogromnego pomieszczenia, w którym płonęły świece. Setki świec. Powietrze zrobiło się jakby gęstsze, wzrosła temperatura. Na krótko jednak. Po kilku minutach Karola ogarnął chłód. Zadygotał.
– Naprawdę, naprawdę…
Znowu z niego kpiła? Niespodziewanie poczuł przypływ złości, która zakotłowała się w nim, nakazując rzucić wszystko w cholerę i wynosić się z tego popieprzonego miasta. Chwilę później pozostał tylko strach i wszechobecne podenerwowanie.
Ogromne pomieszczenie zdawało się być salą kinową – starą, opuszczoną salą kinową, amfiteatrem, w którym od lat nie emitowano żadnego filmu. Cuchnęło szczurzymi odchodami i czymś jeszcze, jakby starym płynem do czyszczenia podłóg.
Spojrzał na ekran tak czarny, jak dno studni. Fala zimna wywołała w nim kolejny atak dreszczy. Nie pojmował, o jakie przedstawienie chodziło…
Gdzieś w oddali kapała woda. Czarny jak smoła szczur przebiegł po jego bucie, jakby uciekał w popłochu, byle dalej.
…i gdzie, do cholery, podziała się dziewczyna? To pytanie przemknęło mu przez głowę, gdy chciał zapytać o czas trwania przedstawienia. I do diabła, gdzie ono miało się odbyć? Chyba nie w tej, przepełnionej stęchlizną, dziurze? Obrócił się w jedną, a potem w drugą stronę.
Wokół niego nie było nikogo. Towarzyszyła mu ciemność i pająki, na które natrafiał za każdym razem, gdy opierał się o ścianę.
Dość tego.
Wyjdzie stąd, a potem opuści to przeklęte miasto. Co go skłoniło, aby tu przyjechać? Miało być tak ekscytująco, tak luksusowo. Najlepszy hotel w mieście, nadzorowanie budowy, odpoczynek przy telewizorze, bądź lekturze ciekawej książki. Wieczorem litry najlepszych whiskey z całego świata, sauna, bilard, zwiedzanie Poznania, fotografowanie. I jeszcze mieli mu za to zapłacić.
Vagabond Tower – pomyślał. – Ekskluzywny wieżowiec, kurwa! Pierdolę taki luksus.

A potem rozległ się huk, przypominający odgłos uderzającego w taflę jeziora, pioruna. Po chwili świece zapłonęły ze wzmożonym płomieniem.
Na ekranie pojawił się obraz. Para ludzi idących skalistym wybrzeżem. Następnie niebo i gwiazdy. Chłopak pochwycił dłoń dziewczyny i uśmiechnął się. Jego długie za ramiona włosy falowały na wietrze niczym końska grzywa. Wyglądali na bardzo szczęśliwych. Do momentu, aż z nieba nie wyłoniła się ogromna, ognista kula, która runęła z impetem na ziemię, przygniatając ich swoim ciężarem.
Karol nie wiedział, na co patrzeć. Wokół pojawili się ludzie. Całe mnóstwo zajmujących miejsca widzów. Jeden z mężczyzn śmiał się na cały głos. Karol dostrzegł jego złote zęby i gładką, niemal woskową cerę. Mężczyzna rozsiadł się w foteliku i przytulił do siebie żonę – szczupłą szatynkę w jedwabnej garsonce.
Jakiś dzieciak wykrzykiwał na cały głos:
– Mamo, mamo, powiedz mu coś! On cały czas próbuje odgryźć uszko Sparky’emu!
Młoda dziewczyna uśmiechała się do swojego chłopaka, powtarzając:
– Ten wieczór będzie tylko nasz, kochanie.
Z kolei inna dziewczyna krzyczała na całe gardło:
– Maurycy! Gdzie twoja czapka? Maurycy! Gdzie ta twoja czapka?
Karol patrzył z niedowierzaniem jak pojawiają się kolejni ludzie. Niektórzy dosłownie wyrastali z ziemi. Inni wychodzili ze ścian, niczym uwolnione dusze zaklętych. Byli tacy szczęśliwi, zajęci sobą, że nie dostrzegli, rozprzestrzeniającego się w błyskawicznym tempie, ognia. Żywioł trawił już sufit i podłogę zaraz przy wejściu.
Krwistoczerwone płomienie pojawiły się nagle, jak za sprawą magicznej różdżki. Na ekranie ognista kula eksplodowała, w górę poszybował słup dymu. Wyłoniły się zwęglone twarze mężczyzny i kobiety. Ich czarne oczodoły ziały pustką.
Tymczasem ludzie na sali ciągle zajmowali swoje miejsca. Chodzili w kółko trzymając pod ręką białe torebki z popcornem i puszki z napojami gazowanymi. Wszyscy uśmiechali się, rozmawiali ze sobą, niektórzy wręcz krzyczeli i przepychali się. Panował straszny zamęt i gwar.
Kiedy rozsiedli się w fotelikach, zapanowała cisza. Pogasły świece. W ułamku sekundy zapanował prawie kompletny mrok.
Jasność biła jedynie z kinowego ekranu… oraz od płomieni trawiących salę.
Rozległ się krzyk. Ktoś obrócił głowę.
– Pali się! – wrzasnęło kilka osób na raz.
Karol patrzył jak ogień rozprzestrzenia się w tempie niemal błyskawicznym. Stał bezradnie jak kukiełka w domu dla lalek i nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Gdy płomienie rozszalały się na dobre, ujrzał wybiegających z nich ludzi. Wszyscy płonęli niczym żywe pochodnie. Przebiegali przez niego jak zjawy. Karol próbował usunąć się z drogi, ale tłum nie zważał na nic. Parli na niego z wymalowanymi na twarzach bólem i rozpaczą. Wysoka, chuda jak szczapa kobieta wpadła na niego, lecz nie poczuł jej dotyku.
Duchy – pomyślał i po raz pierwszy od momentu, kiedy przybył do Poznania, zrozumiał o co w tym wszystkim chodzi.
Nie poznał potęgi ognia. Patrzył na widowisko, o którym mówiła dziewczyna w zielonym żakiecie. Drżał.
Potem zobaczył ją. Nadpalona twarz wołała o pomoc, która nigdy nie nadeszła. Upadła między fotele i już nie powstała. Zatrwożony, chciał biec jej na ratunek, ale jakiś wewnętrzny głos powiedział mu, że to nic nie da. Że ma pozostać na swoim miejscu.
Krzyk i skwierczenie palących się ciał rozsadzał Karolowi głowę. Obok niego przebiegł jakiś mały chłopiec. Był cały w płomieniach. Po chwili przewrócił się, poddając całkowicie żywiołowi.
Ogień przenikał przez Karola, lecz ten nie czuł nic, prócz niewyobrażalnego smutku i żalu – kroiły jego umysł i serce na drobne kawałeczki.
Ogień trawił wszystko i wszystkich.
Ktoś znowu wrzasnął. Kolejna ofiara padła na ziemię.
Nie… Boże, nie…
– Ratunkuuu! – usłyszał gardłowy kobiecy głos. Gdy spojrzał w jej stronę, zobaczył ciemną postać o doszczętnie zwęglonych rękach. Ktoś popchnął ją i runęła jak długa między foteliki.
Zaczął się wycofywać.
Widok powoli zmieniających się w popiół ciał sprawił, że wrzasnął. Ślina stanęła mu w gardle. Zachłysnął się.
Kiedy się obrócił, dostrzegł przed sobą starszego mężczyznę. Był chudy, nosił okulary z bardzo grubymi szkłami, a na głowie miał czerwoną bejsbolówkę. Nadpalona, pokryta bąblami twarz wyrażała ból. Włosy tliły się, opadając na usta. Mimo to zdołał wycharczeć wyzywająco:
– Gdzie jest mój rower? Gdzie mój rower?
Zanim ominął mężczyznę, dostrzegł jak ten wyciąga przed siebie ręce i wrzeszczy:
– Gdzie jest mój rower?!

Biegł jak szalony wąskim ciemnym tunelem, ani na moment się nie obracając. Dopiero, gdy ujrzał otwarte drzwi windy, poczuł się spokojniejszy. Zatrzymał się na chwilę, aby zaczerpnąć tchu. Czuł się jak pieprzony nurek, któremu właśnie skończył się tlen w butli.
Odwrócił się. Z mrocznego tunelu wydobywał się dym.
Wszedł do windy i wdusił przycisk „25”. Drzwi zasunęły się i kabina ruszyła w górę.
Spojrzał w lustro i przymknął oczy. Nie chciał na siebie patrzeć. Wróci do pokoju i przedzwoni do firmy. Miał im do przekazania kilka istotnych kwestii.
Zajeżdżając na dwudzieste piąte piętro, zdjął przemoczone buty i wysiadł z windy. W samych skarpetkach podszedł do drzwi od swego apartamentu i wyciągnął z kieszeni klucz. W gardle wciąż czuł nieprzyjemną gorycz.
Wtedy po raz ostatni zobaczył tę dziewczynę. Zielony gorset, paznokcie pomalowane na czerwono. Była naprawdę śliczna.
– Zgubił pan buty – powiedziała, zatrzymując się za jego plecami.
– Mam je tutaj – odpowiedział drżącym głosem.
– Widzę, że wyobraża sobie pan, że jest na plaży – roześmiała się ujmująco.
Miał ochotę zadać jej kilka pytań, ale nie odważył się. Pomyślał, że to anioł stróż, a potem uśmiechnął się do niej i odpowiedział:
– Bardzo lubię plażę.
– Ja również – znowu skinęła głową jak mały piesek, po czym dodała, wyraźnie zadowolona – Dziękuję, że poszedł pan ze mną na przedstawienie.
Coś w nim pękło. Wciąż widział płomienie. Nagle zrobiło mu się zimno, ale to uczucie trwało tylko jedną krótka chwilę.
– To było wstrząsające przedstawienie – powiedział.
– O tak – zgodziła się. – Istotnie, takie właśnie było. Teraz muszę pędzić, mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze. Jest pan wspaniałym człowiekiem.
– Na pewno tak, jeśli będzie pani tego chciała – powiedział Karol, po czym dodał – Zostanę tu jeszcze trochę, może dzień, może dwa, później przenoszę się, a potem wracam do swojego miasta. Mam tu masę roboty, nadzoruję budowę parkingu w centrum – mówił jak zahipnotyzowany. Nie chciał, aby odchodziła. Pragnął jej opowiadać o całym swoim życiu. Wiedział, że nigdy już się nie spotkają. Kiedy wróci do Katowic będzie myślał o niej, będzie przypominał sobie chwile spędzone w Poznaniu, będzie modlił się za spokój jej duszy. – Wie pani, to nawet przyjemna robota, człowiek siedzi i nic nie robi, tylko te papiery, cała sterta papierów, zawsze coś się nie zgadza… – przerwał widząc jak sylwetka dziewczyny zaczyna blednąć. Zobaczył jeszcze, że uśmiecha się do niego, a potem zniknęła.

Został sam w przyciemnionym korytarzu. Przymknął na chwilę oczy, a potem skierował klucz do otworu w drzwiach.
Miał właśnie wejść do pokoju, gdy któreś z drzwi na długim hotelowym holu otworzyły się. Mężczyzna w slipach podszedł do Karola z miną wyrażającą największe zdziwienie.
– Padaczka, co? – rzucił, kiwając głową. Obszedł Karola dookoła, podrapał się po tyłku i zapytał – Czy podczas takich rozmów sam na sam ze sobą czuje się pan jakoś inaczej? Bo wie pan, ja też szukam czegoś innego, też nie czuję się normalny, szukam przyjaciela. Wie pan, jeśli to w jakiś sposób panu pomaga, to może i mnie pomoże, co? Co pan o tym myśli?
Karol patrzył na niego w skupieniu i najwyższej powadze. W jego oczach zabłysły łzy. Zdołał się jednak na moment uśmiechnąć.
– Nie rozmawiałem sam ze sobą, proszę pana – odparł.
– Nie? – mężczyzna w slipach wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. – To z kim?
Karol obrócił głowę i spojrzał na szybę windy. Nie był pewien, czy to, co w niej ujrzał, nie było zwykłym przewidzeniem.
Szybko się skarcił. Oczywiście, że nie. Z całą pewnością to, co zobaczył było twarzą przygarbionego mężczyzny w czerwonej bejsbolówce.
– Ze znajomymi – powiedział, cały czas wpatrując się w drzwi od windy, która ruszyła beztrosko w dół.


Ilustrował: Marcin Wyganowski