ilustr. ydorius/pinezka.pl


non omnis moriar

gdy już naprawdę nie mogłem z tym wszystkim nadążyć, zażartowałem: powiedzcie – gdyby ktoś mnie szukał – że mnie nie ma; najlepiej powiedzcie, że w ogóle umarłem.

przedtem często się dziwiłem, jak szybko rozchodzą się plotki. zupełnie jakby same z siebie się rozprzestrzeniały, jak wirusy komputerowe albo fala uderzeniowa. przechodziłem koło kuchni i usłyszałem, zwalniając kroku: słyszałaś, że podobno ydorius nie żyje? no coś ty, jak to? zwyczajnie, umarł, tu, w pracy. to okropne! no, a przecież młody był z niego chłopak… no.

najpierw sam nie mogłem w to uwierzyć. jak to? pytałem sam siebie, wgapiając się w monitor, więc naprawdę umarłem? to nie był taki żart? w końcu przyszedł oficjalny mail. tak, to prawda. smutne i nieprawdopodobne, ale tak jest. potwierdzili to zresztą dzwoniący klienci (ktoś niefortunnie zażartował, że klient przecież zawsze ma rację i przynajmniej na chwilę ten śmiertelny żart oczyścił atmosferę).

przychodziłem jeszcze przez kilka dni do pracy, ale bez przekonania. powoli zaczynali radzić sobie beze mnie.

było deszczowo, ale mimo to wiele osób przyszło na mój pogrzeb. dostałem brzydki grób i trudny do zapamiętania numer kwatery. oczywiście nikt nie zawracał sobie głowy moją wielokrotnie powtarzaną przy różnych okazjach prośbą, że wolałbym być spalony niż pogrzebany. tylko, że ja chciałbym być jeszcze rozsypany w jakimś ładnym miejscu, a prawo jest bezwzględne w tej materii – jak ktoś już umarł i pięknie spłonął, to przynajmniej wieczność spędzi wśród szarych murów katakumb. ktoś musi czuwać nad obróconym prochem obywatela.

no cóż, myślałem sobie, stojąc trochę na uboczu, może być grób, w końcu powinno mi być wszystko jedno. ktoś obok wyrażał się o mnie używając języka dyplomacji. potem złożyli mi kondolencje, a ja, potrząsając wciąż nowymi rękami, powtarzałem machinalnie: tak, szkoda oraz: wiem, wiem. ktoś dodał: nie martw się stary, a ja odparłem, że jakoś dam sobie radę. potem zrobiło się cicho, jeśli nie liczyć przekleństw grabarzy, którzy stali w pewnym oddaleniu i jarali szlugi. w końcu skończyli i podeszli do rozkopanego grobu. jeden z nich powiedział do mnie: no dobra, kończmy z tym, co? zimno dziś, a żona czeka na mnie z kolacją.

spojrzałem na szarą płytę z datami i pomyślałem sobie, a potem zapytałem cicho: non omnis moriar? no, niech panu będzie, że non omnis, odpowiedział wzdychając ciężko i jednym ruchem zapraszająco uchylił wieko trumny.

ilustr. ydorius/pinezka.pl
Ilustracje: ydorius/pinezka.pl