W Wigilię 1999 roku mój znajomy Marek odebrał sobie życie, o czym oczywiście nic wtedy nie wiedziałam. Jednak (nie wiadomo czy w związku z tym) przez cały dzień byłam nerwowa strasznie, do tego stopnia, że nic na kolację wigilijną nie mogłam zrobić, bo wszystko leciało mi z rąk.

Mąż mnie wyręczył, a potem popatrzył na mnie i dał mi whisky. Nie pamiętam, ile wypiłam. Było już po północy (czyli Boże Narodzenie), siedziałam w fotelu i raptem poczułam taki psychiczny ból jakby przed minutą ktoś jedną serią z kałasznikowa zabił wszystkich których kocham, taki żal bezgraniczny, że koniec – co się stało to się nie odstanie… Trwało to chwilę i raptem przed oczyma zrobiło mi się ciemno. Kiedyś mdlałam, toteż na początku gdy miałam ciemność przed oczyma pomyślałam, że pewnie zemdleję. Ale nie, usłyszałam tylko głos żałosny – „takie piękne ciało zniszczyłem”. „Oj Jezu”, pomyślałam, „jakiś morderca mnie chyba nawiedził!” a potem w ciemności pojawił się obraz jakiś niewyraźny i znikł…

Wszystko wróciło do normy, a ja stwierdziłam, że chyba przesadziłam z piciem. Wkurzona na siebie i nie wiedząc czemu rozżalona, poszłam spać. Po świętach mąż czyta gazetę i mówi: „Iksiński Marek odebrał sobie życie”. Wzruszyłam ramionami – proście, a będzie wam dane, i zaraz o tym zapomniałam. Minęło kilka tygodni, siedzę w fotelu, w nocy, gram na komputerze w jakąś grę logiczną. Raptem znowu ciemno, słyszę jęk i czuję, że to ten sam. „O rety” – myślę – „znowu ten jakiś morderca”. Znowu w ciemności coś zobaczyłam, ale teraz obraz nie znikał. Był to jakiś zrujnowany cmentarz, z grobów rozwalonych wyłaziło coś strasznego, pokrwawionego, a w końcu zobaczyłam tego jęczącego. Wyglądał… eeee, no najbardziej podobny był do Golluma, ale wtedy jeszcze filmu o Władcy Pierścienia nie było i ta istota niczego mi nie przypominała. Spojrzałam jeszcze raz na nią i wiedziałam (nie wiem skąd) po kolei: że ten, hmmm, świat, tę dekorację tutaj, on stworzył swoim lękiem; że przeżywa łzy i ból innych ludzi – te łzy których był przyczyną; i że przez pewien czas czuje się każdą tą skrzywdzoną przez siebie istotą – w tej właśnie chwili gdy przez niego cierpi; ale jednocześnie przeżywa całe swoje cierpienie z życia i to, co go dręczyło, a doprowadziło w to miejsce, wszystkie te momenty.

I to wszystko jakoś tak naraz i wiedziałam, że w ostatnim swoim życiu to Coś miało na imię Marek… Gadało toto tak się męcząc, jęczało aż w końcu spojrzało na mnie i jakby na coś pokazało. Spojrzałam i zobaczyłam piękny świat w oddali, a jak długo patrzyłam, tak wiedziałam wszystko, i o wszechświecie, i o tych siedmiu pięknych krainach. I czułam stamtąd taką miłość, że nie można tego opisać. Czułam żal nad tą istotą i zobaczyłam jakby postacie świetliste bardzo chcące tej istocie pomóc, ale co robiły krok w jego stronę, to Marek męczył się bardziej. Do męki bowiem, jaką przeżywał, dołączył się wstyd nie do opisania i oceniał wtedy siebie za życia swoją miarką czyli tak, jak w życiu oceniał innych.
Drżał ze wstydu i litowały się światła odsuwając się, a mnie podkusiło spojrzeć w stronę przeciwną.

Zobaczyłam jakby wrota mroku i poczułam strach taki, że w życiu takiego nie czułam. A gdy zobaczyłam mroczne postacie wychodzące z tego mroku, poczułam, że tu one poruszają się dość swobodnie, tylko tej jasnej krainy się boją. Przerażona znowu spojrzałam na światło i dopiero wtedy zobaczyłam, że to umęczone pokazuje mi jakieś dwa numery. Migały dziwnie, aż raptem, któryś z tych mrocznych przemówił: prosił duszę o słowo, choć jedno, obiecując jej ulgę, a ja czułam, że już sama obecność paskudy przynosi duszy ulgę – nie męczy się tak i nie wstydzi. Wiedziałam jednak, że jeśli ta dusza zacznie rozmowę to koniec dla niej, przemknęło mi przez głowę… nawet Jezus nie odważył się z nim rozmawiać inaczej niż cytatami z Biblii…

I nagle miałam pewność, że gdyby postąpił inaczej, to i Jezusa by pokonali. Wtedy mnie podkusiło pomyśleć: „A ten najgorszy, gdzie jest?”, bo przecież Boga – Miłość widziałam (jako światłość piękną) w najwyższym świecie jasnym. Teraz zobaczyłam tylko drzwi mroku i… poczułam go za nimi… no doprawdy, poprzedni strach był maleńki! Zdałam sobie sprawę, że strach przed nim jest tak wielki, że do każdego zła by mnie zmusił, a ja wylądowałabym tutaj. Przerażona krzyknęłam: „Marek, nie mów do nich ani słowa, bo będzie jeszcze gorzej!” On jęknął… W tym momencie poczułam na sobie wzrok kilku takich paskudów. Z myślą „Uciec!”… raptem zobaczyłam przed oczyma komputer. „Koniec”, powiedziałam, „po następnym razie idę do lekarza” (za którymś razem poszłam by się dowiedzieć, że… wszystko w porządku).

Jakiś czas potem, już nie pamiętam co robiłam, kiedy mnie TO złapało. W końcu załapałam, że te numery są dla niego ważne, i gdy pomyślałam: „po co? Będąc Tam…”, już znałam odpowiedź – Markowi zależy na przebaczeniu jego ojca Zbigniewa… No to chlapnęłam dwie porcje whisky na odwagę i dzwonię:

– Pana Zbigniewa poproszę. Słyszę:
– Pomyłka. – Dzwonię na drugi numer:
– Pana Zbigniewa proszę. Ten sam głos: – Pomyłka, ale pani przed chwilą dzwoniła. Skąd ma pani te numery?
– Z zaświatów – mówię, chichocząc w duchu, że zaraz mnie facet wyśle gdzie pieprz rośnie, a ten mówi:
– Aaa, to wszystko jasne. – Wytłumaczył mi ten człek, że jemu się co i rusz takie rzeczy przytrafiają.
– Słucham, jaka sprawa? Mówię, że jakiś morderca Marek prosi ojca Zbigniewa o przebaczenie. Na to ten człowiek pyta, czemu morderca? Tłumaczę, że takie wrażenie mam po tym „piękne ciało zniszczyłem”, wtedy, w święta. On mówi: – Nie, pani dodzwoniła się do Miasteczka, a ci ludzie to Z. i M. Iksińscy. Osobiście nie znam żadnego, ale informację bez problemu mogę przekazać. Choć pan Zbigniew wyprowadził się do Francji, to są tu ludzie, którzy mają z nim kontakt. Potem duch miał jeszcze jedno życzenie – książkę o nim, ale prawdziwą, tak by jego życie innych nauczyło nie popełniać tych samych błędów.
Nie mogłam jednak zrozumieć jaki przyjaciel ma to zrobić, w końcu sama napisałam tak jak umiałam malutką historyjkę: „Bajkę o kochającym ojcu”. Powiedziałam, że już nic innego nie umiem zrobić i w końcu się odczepiło, uff, ku mojej uldze olbrzymiej! Jeśli są pytania, odpowiem – jeśli potrafię…