– Dziękuję, Eustachy – rzuciła przez ramię. – Rozmawiałam z Edwardem o Alojzym. Czy myślisz, że powinnam coś zrobić, aby wyrwać go z objęć tego nadzorcy Jana?
– Nadzorca jest kobietą, droga Hrabino. Na imię jej Melancholia i myślę, że Alojzy zakochał się w niej zeszłego roku, przy wykonywaniu popiersia nieboszczka Hrabiego w świetle zorzy polarnej.
– Taak, nie zapomnę miny tego durnia, markiza Swensona, który twierdził, że zorzę polarną można oglądać tylko na Dalekiej Północy – zachichotała dziewczęco. – Ale i tak uważam, że jest nieco gburowaty ten… Melancholia. Czym on się zajmuje na co dzień?
– Melancholia jest fizykiem jądrowym w laboratorium imienia twojego nieboszczyka męża, na które łożysz corocznie poważne sumy – zaszumiał monotonnym głosem totumfacki Eustachy.
– Sama podpisałaś akt jej nominacji na nadzorcę prywatnych projektów i to dzięki niej zorza przez cztery tygodnie rozjaśniała twój ogród i setki kilometrów kwadratowych najbliższej okolicy.
– Ach, pamiętam! Te telefony od ministrów, premiera, prezydenta, że łączność, że telewizja, że samoloty spadają, ach, to było takie ekscytujące, Eustachy, czułam się tak młodo…

Za miastem zapadał zmrok. Narastała i potężniała czarna, przelewająca się ciemność, w której zobaczyć można było tylko ciemność albo niewyraźne kształty upiorów, strzyg i zagubionych dobrych wróżek. Mrok z wściekłością atakował elektryczne, migotliwe światło zielonego neonu jarzącego się nad wejściem do modnego pustynnego lokalu o bezpretensjonalnej nazwie “Sahara Drink Club”.
Zakrywając twarz wachlarzem, Hrabina otworzyła boczne wejście do klubu, przytykając do elektronicznego czytnika podwiązkę swoich wysoce nieprzyzwoitych zielonoczarnych pończoch. Podśpiewywała radośnie czując się ponownie atrakcyjną trzydziestką, jaką była w chwili zaginięcia męża. Z otwartych drzwi wysączyła się wąskim strumieniem łagodna muzyczka przyjemnie opływając jej kolana i chłodząc stopy. Pomyślała, że przypomina jej młodość i kasyna w Monte Carlo, gdzie omdlewała na ramieniu swojego wybranka, kiedy ten wygrywał horrendalne sumy tylko po to, by kąpać się z nią w szampanie, kozim mleku i wywarze z macierzanki zmieszanych w odpowiednich proporcjach w hotelowym basenie.

W lokalu panowała atmosfera radosnego podniecenia i oczekiwania na znakomity zespół braci Schabów, którzy mieli dzisiaj przygrywać do kotleta i tańca na swoich fantastycznych głaskano – szarpanych instrumentach. Ich muzyka, należąca do kręgu popularnego ostatnio góralskiego latino reggae, poruszała wszystkich bez wyjątku i w lokalu zebrali się przedstawiciele wszystkich klas wiekowych, społecznych i religijnych. Dźwięki i zapachy, wydzielane przez tłumek oblegający bar i stoliki oświetlone dyskretnym blaskiem świętojańskich kotów przykutych do ścian, najwyraźniej mocno zawróciły w głowie umilającemu oczekiwanie na braci Schabów gitarzyście, który w połowie rzewnej melodii z lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku rąbnął gitarą o podłogę i krzyknął do mikrofonu:
– Żegnaj, kloako świata! – i nim ktokolwiek zdążył zareagować, wkroplił sobie do oka niewielką ilość niebieskiej substancji i padł nieżywy na deski sceny.
Publika na moment zainteresowała się jego spektakularnym zejściem, po czym powróciła do swoich zajęć, rozmów i obściskiwań. Ciało grajka uprzątnęli dobrze zbudowani chłopcy, wyrzucając go na zewnątrz, gdzie szybko pojawiły się stada zgłodniałych pustynnych mrówek.
– Ten świat jednak schodzi na psy – pomyślała smutno Hrabina, po czym uśmiechnęła się promiennie do przesyłającego jej ukłony sympatycznego staruszka, don Alfonsa, przedsiębiorcy pogrzebowego, który czekał na nią gładząc nienagannie wyprostowanego patyczaka, używanego jako spinki do krawata.

Hrabina umawiała się z don Alfonsem z dwóch powodów. Pierwszym były nieustanne renowacje i przebudowy olbrzymiego grobowca – Pomnika Hrabiego, którym uczciła pamięć swojego męża, Nieboszczyka Hrabiego. Pomnik przedstawiał Nieboszczyka Hrabiego z rozwianym włosem, dumnie spoglądającego w Przyszłość. W ręce dzierżył on przyrząd do łapania fal magnetycznych, nazywany przez złośliwych pipą do wina. Drugim powodem spotkań z sympatycznym staruszkiem było, że don Alfonso jak mało kto zachował staroświecką kulturę w stosunku do niewiast, a w kręgach grabarzy uważany był za znawcę kobiet i straszliwego uwodziciela.
Przysiadła przy jego stoliku, rzucając mu zza wachlarza długie, obiecujące spojrzenie, rozmyślając jednocześnie o pewnym detalu na nagrobku swojego męża, który zamierzała zastąpić niewielkim schematem układu słonecznego w ruchu.
– Panie ober! – don Alfonso przywołał kelnera i po chwili w smukłej dłoni Hrabiny pojawił się smukły kieliszek zawierający wódkę, wieczorną mgłę znad wrzosowiska Darkmoore, uważaną przez niektórych za toksyczną rosę z kornwalijskich rododendronów. Niesiona tą miksturą i uwielbieniem ze strony starszego pana, Hrabina łagodnie wpłynęła do krainy marzeń.

Szejk Abdul pociągał leniwie swojego drinka przez rurkę wykonaną z wysuszonej żmiji. Obserwował Alojzego i Melancholię migdalących się radośnie przy dźwiękach skocznej muzyki braci Schabów. Złotym kindżałem odkroił kawałeczek baraniego kotleta, włożył go do ust i przeżuwał długo, starym, pustynnym zwyczajem. Po chwili sięgnął po nargilę, wypuścił z płuc kłąb dymu godny ostatniego parowca pływającego po Mississipi, o której, swoją drogą, nawet nie słyszał.
Szejk Abdul nie słyszał o Mississipi dlatego, że już od dziecka nie przyjmował do wiadomości istnienia rzek i oceanów. Duże ilości wody napawały go przerażeniem i wstrętem, kojarzyły mu się z brudem, zepsuciem i zapachem ryb. Jego świat ograniczał się do płachetka pustyni, na którym mieszkał on, jego rodzina i tak dalej. Uważał, że pustynia jest najczystszą formą ukształtowania krajobrazu ziemskiego. Pogląd ten wykształcił się w nim w dzieciństwie po tym, jak zobaczył zasypany po pokrywę włazu czołg.
W zamierzchłych czasach czołgiem tym marszałek Rommel trenował hamowanie z piskiem gąsienic na ręcznym hamulcu. Jak opowiadał jego dziadek, starzec o swojsko brzmiącym imieniu Abdul, marszałkowi hamowanie wychodziło to już całkiem nieźle, ale kobieta, której chciał zaimponować, okazała się sowieckim szpiegiem i uciekła unosząc z sobą słynne niebieskie kalesony marszałka, na dodatek mocno zużyte. Rommel wściekły i poniżony wyjechał do Afryki, gdzie w przypływie szaleństwa wsiadł do czołgu i ruszył w siną dal. Jego żołnierze, którzy kochali go tak bardzo, jak tylko można kochać niemieckiego marszałka, podążyli za nim. Zanim minęło szaleństwo Rommla zajechali aż na przedmieścia Kairu, gdzie znaleźli odpoczynek i ukojenie w ramionach dziewcząt z podmiejskiego burdelu. Propaganda nazwała ten wyczyn “szaleńczą eskapadą na podbój Sahary, zakończoną stuprocentowym sukcesem”, a marszałek – po zaleczeniu choroby, której nabawił się w pustynnym przybytku rozkoszy – mianowany został feldmarszałkiem.

Historia ta wywarła wielki wpływ na małego Abdula i całą swoja młodość spędził w przeświadczeniu, że miłości należy wystrzegać się jak ognia, ponieważ łamie ona wszystkich, zarówno marszałków jak i szejków. Wraz z upływem lat stał się nieufny i podejrzliwy i nie opuszczał nawet na moment dających mu oparcie piasków pustyni. Nie wyjeżdżał nawet do pobliskiego miasta, żyjąc z tego, co przyniósł pustynny wiatr lub porzucili przechodzący turyści. Ponura legenda jego rodziny głosiła, że któryś z Szejków – protoplastów rodu – zajmował się nieprzyjemnym procederem ograbiania zwłok podróżnych przecinających pustynię. W związku z tym, że pustynia była o wiele za mała, aby ktokolwiek zdrowy na ciele i umyśle zgubił drogę i zginął z wycieńczenia, praszczur ów przyspieszał ten proces za pomocą starej chińskiej dwururki.
Działalność ta w szybkim tempie zapełniła pustynię martwymi duszami, które często gromadziły się pod oknami siedziby Szejków, w zależności od nastroju wyśpiewując stare wojskowe pieśni marszowe lub wodewilowe przeboje z lat trzydziestych. Szarpało to nerwy kolejnym Szejkom i kilku z nich doprowadziło do utraty zmysłów. Dopiero udostępnienie pustyni jako miejsca rekreacji i wypoczynku uspokoiło trochę sytuację, gdyż martwe dusze nie wytrzymały stresujących dla nich spotkań z tłumami turystów i przeniosły się w bardziej odludne miejsca. Kilka z nich wciąż koczowało w okolicach wielbłądziego cmentarza, niemniej nie stanowiły już żadnego zagrożenia dla zdumiewająco wątłej psychiki pustynnych złodziei.

Jedną z nich, chociaż nie do końca martwą, była dusza ojca Abdula, który jak większość okolicznych starców zszedł ze świata w wyniku przypadłości żołądka, spowodowanej spożyciem przeterminowanej peklowanej baraniny, przewożonej karawanami przez pustynię w ramach pomocy humanitarnej.
– Abdul, twój widok, jak zwykle, napełnia mnie smutkiem i przerażeniem – szeptała z kąta dusza ojca.
– Zamiast spędzać swoje życie w otoczeniu kobiet i potomków, siedzisz samotny i posępny, niczym pustynny lis wieziony do garbarni. Twój lokal aż pęka w szwach od kobiet, których spódnice pękają w szwach od nadmiaru kobiecości, która pęka w szwach rozsadzana przez niespełnione namiętności, które…
– Panie i panowie, proszę o ciszę – powiedział starszy z braci Schabów. Dusza ojca posłusznie zamilkła, a Abdul głośno odetchnął z ulgą, po czym zasłuchał się w melodyjny głos artysty.
– Mam zaszczyt przedstawić państwu mało znanego u nas piosenkarza, który przyjechał do nas prosto z Ameryki. Panie i Panowie – Elvis 123!!
Na scenie pojawił się chudy, pryszczaty młodzieniec z wielkim, żółtym dyskofonem w ręku. Bracia Schabowie zaintonowali pierwsze takty na swoich brzęczących instrumentach, a z głośników popłynął między solidnie już nabuzowaną publiczność anielsko piękny głos młodzieńca, śpiewającego stary standard Love Me Tender.
Młodzieniec śpiewał ciepłym, doprowadzającym kobiety do natychmiastowej ekstazy głosem, akompaniując sobie jednocześnie na szeleszczącym niczym wiatr w sitowiach dyskofonie, którego dźwięki niesłychanie pobudzały mężczyzn. Szejk Abdul również poczuł niezwykłe dreszcze przebiegające po jego lędźwiach i żywiej rzucił okiem po sali. Z tłumu kobiet wyróżniały się dwie – Hrabina i Melancholia, niemniej obie zajęte były partnerami i nie zwracały uwagi na rozpalone spojrzenia Szejka. Po chwili zobaczył widmo ojca, popychające w jego stronę dwie nieprzytomne z podniecenia blondynki. Zgorszyło go nieco, że niematerialna postać jego ojca bezczelnie zagląda dziewczynom w pokaźnych rozmiarów dekolty, w których sterczały przepiękne gruczoły mleczne w stanie maksymalnego pobudzenia.
– Tylko nie podglądaj – powiedział Abdul w przestrzeń i zasłonił kotarę oddzielającą jego wnękę od sali.

Z perspektywy lat nikt już nie pamięta jak rozpoczęła się pamiętna rozróba w “Saharze”. Ktoś komuś nadepnął na jątrzący odcisk, ktoś komuś zamoczył koniec krawata w wystygłej kawie, ktoś popatrzył wzrokiem zbyt zachłannym na dziewczynę siedzącą przy stoliku złotych leszczy. Odgłos butelki pękającej na głowie jakiegoś nieznacznie tylko podchmielonego nieszczęśnika stał się sygnałem do rozpoczęcia awantury, której sława niosła się jak kraj długi i szeroki.
Po pięciu minutach knajpa zaczęła trzeszczeć i chwiać się od natłoku okładających się gości. Alojzy z Melancholią dali nura pod bar, gdzie w skupieniu dopijali drinki i niewzruszeni rozgardiaszem smakowali swoje usta, jednocześnie badając strukturę swych ciał.
W pewnym momencie czyjaś noga przebiła blat i zakłóciła ich spokój, więc Alojzy mocno ukąsił powyżej kostki pechowego delikwenta. Ten wystrzelił nad bar niczym z procy, rycząc przy tym nieludzko i przeklinając na czym świat stoi. Świeca skończyła się nagłym spotkaniem z metalowym zwieńczeniem baru, po czym nieprzytomny młody człowiek opadł na tacę z czystym szkłem, zmieniając ją w skup butelek po dywanowym nalocie B-52. Wkrótce wazoniki ze świeżymi kwiatami zaczęły ciąć powietrze wokół głowy barmana, który spokojnie wycierał ostatnie ocalałe kieliszki, nucąc pod nosem znany wojskowy szlagier marszowy, śpiewany w zamierzchłych czasach przez martwe dusze. Piosenka traktowała o Szejku, co wybrał się na wojnę wiodąc stado wielbłądów, a powrócił z jednym w skutek tragicznej pomyłki wojskowego kucharza i został starym kawalerem, bo nie miał czym zapłacić za żonę. Alojzy wystawił głowę nad bar, ocenił sytuację i nagle zakrzyknął:
– O rety! To babunia!

Melancholia zdumiona wyjrzała, przepuszczając ruchem wytrawnego matadora przelatujący kufel i oczom jej ukazał się widok niezwykły i zabawny zarazem. Hrabina w nieco podartej wieczorowej sukni tłukła swoim wachlarzem gdzie popadło, rozdając jednocześnie siarczyste kopniaki na prawo i lewo szczupłą nogą, odzianą w szpiczasty zamszowy bucik. Pokrzykiwała przy tym donośnie:
– Ho ho! Tuś mi bratku! A masz!
U jej stóp leżał oszołomiony don Alfonso nieszczęśliwie trafiony butelką dwunastoletniego burzona, nazywanego w zamierzchłych czasach burbonem. Pojękiwał czasami boleśnie, spoglądając spod przymrużonych powiek z nieskrywanym zachwytem na Hrabinę, w ferworze walki odsłaniającą przed nim swe najbardziej skrywane przed światem wdzięki.
– Trochę obleśny jest ten typ, który łypie okiem pod spódnicę twojej babki – powiedziała Melancholia.
Wtedy to właśnie przelatujące krzesło zahaczyło suknię Hrabiny i porwało ją w podróż po swojej i sobie tylko znanej trajektorii. Hrabina została w swoim ekskluzywnym komplecie bielizny od Knoora wprawiając wszystkich w niemy zachwyt swoimi idealnymi kształtami. W ciszy, jaka zaległa, unosiła się, górując ponad pobojowiskiem niczym Wenus, przypadkowo narodzona z mętu i błota knajpy. Błogi spokój zakłócił jedynie jęk don Alfonsa, który omdlał i osunął się ze stołu, oszołomiony bliskością bielizny Hrabiny.

Przybycie dwójki policjantów permanentnie pogodziło zwaśnione strony. Wszyscy rzucili się na przerażonych funkcjonariuszy. Ci, tradycyjnie gubiąc po drodze czapki i pałki, rozpaczliwie wzywali posiłki, krzycząc do swoich radiostacji piskliwymi głosami. Starszy obliczał, ile wyroków mogłoby zapaść na podstawie jego oskarżeń, młodszy zaś myślał wyłącznie o tym, jak bardzo chciałby być w tej chwili karaluchem. Nadciągające przez pustynny mrok oddziały włączyły się w wir walki, która ciągnęła się aż do białego rana, kiedy to Szejk wystawił głowę zza kotary, obrzucił znudzonym spojrzeniem zrujnowane wnętrze i wszystkich wyrzucił.
Korzystając z ponownego zamieszania Alojzy i Melancholia zawinęli rozochoconą babunię w ściągnięty ze ściany turecki kilim i cichcem wynieśli ją bocznym wejściem, zostawiając w bezpiecznym miejscu pod murem wielbłądziego cmentarza. Sami oddalili się nieco i położyli pod samotną palmą, wpatrując się w olbrzymi pustynny księżyc i przeżywając dreszcze właściwe tylko młodym kochankom.

Eustachy Pimpek ponuro spoglądał w ciemną otchłań lufy rewolweru starego Hrabiego zwanego Nieboszczykiem Hrabią. Jak co wieczór przeżywał napad depresji, związany z głosami, jakie słyszał w pustym domu Hrabiny. Leczył się jak mógł, spożywając kolejne garnce skwaśniałego wina, niemniej doprowadziło go to do stanu, w którym z niewielką dokładnością mógł ustalić źródło głosów.
Tej nocy dziwne syki dochodziły z okolic lufy rewolweru, budząc u Eustachego ponure zainteresowanie jej fascynującym wnętrzem. Przyłożył do czoła czarną, oksydowana lufę i poczuł chłód przenikający ciało aż po czubki nieświeżych stóp. Westchnął, po czym pociągnął za spust. Pistolet nie wypalił, ale Eustachy zemdlony nadmiarem swojej śmiałości osunął się na podłogę, wypalając raz jeszcze. Przez zbitą szybę wytrysnęła w chłód wieczoru potężna raca emitując wiązkę energii o niesłychanie krótkich falach. Na obrzeżach Galaktyki Psa rozległ się krzyk radości, niosący się jeszcze przez stulecia jak Kosmos długi i szeroki.

Alojzy i Melancholia ciągle wpatrywali się w olbrzymi, pustynny księżyc. Nagle na jego rumianym policzku pojawiła się niewielka, czarna plamka, która w mgnieniu oka zamieniła się w wiszący nad nimi niewielki przemytniczy prom kosmiczny. Z promu wyskoczył człowiek, podniósł się i otrzepał z piachu.
– Dzięki chłopaki. Uważajcie na gliniarzy z Alfy.
Zamachał ręką w stronę znikającej szybko kabiny pilotów, po czym podszedł do Alojzego i Melancholii.
– Alojzy, wyciągnij rękę spod bluzki Melancholii. Jesteś, do cholery, moim wnukiem i chcesz czy nie chcesz, jesteś Hrabią.
Alojzy i Melancholia patrzyli na nieznajomego z minami świadczącymi o nagłej przerwie w czynnościach mózgów, powiązanej z zaburzeniami w procesie pobierania tlenu.
– Dzia.. dziadek? – wydusił z siebie w końcu zdumiony Alojzy.
– A co? Stary czajnik z gwizdkiem? – Hrabia, zwany też Nieboszczykiem Hrabią, wzruszył ramionami i wydłubał kilka ziarenek piasku z lewego ucha.
– Powiedz mi lepiej, gdzie podziewa się moja Hrabina – odszedł we wskazanym przez Melancholię kierunku, kręcąc z dezaprobatą głową i zastanawiając się nad tym, czy degeneracja dobrych genów możliwa jest w dwóch tylko pokoleniach.

– Tak to, moi drodzy, Eustachy wystrzałem z mojego psionicznego rewolweru umożliwił mi powrót do domu – zakończył swoje opowiadanie Hrabia zwany dawniej często Nieboszczykiem Hrabią.
– A teraz wybaczcie mi, jestem trochę zmęczony – spojrzał porozumiewawczo na Hrabinę i opuścili jadalnię powolnym, dystyngowanym krokiem, jak na zmęczonych arystokratów przystało. Zaraz za drzwiami Hrabia gorąco przytulił Hrabinę, po czym iście młodzieńczym galopem ruszyli w stronę pobliskiej sypialni.