Spacerowała w okolicach moich ust, przeglądając się w moich oczach. Przez moment jeszcze trzepotała powiekami, po czym upadała, topiąc się w bagnie moich myśli. Za łóżkiem rosła kolekcja zużytych prezerwatyw, z dnia na dzień wzbogacając się o nowe, mniej lub bardziej wymęczone okazy. Nocami przychodziła do mnie znienacka, w zależności od nastroju kojąc sny, bądź przerywając je brutalnym, seksualnym koszmarem.

– Umyj zęby i idź już spać. Przygotowałam ci czystą pościel – powiedziało wspomnienie matki, po czym odpędzone przez zaborczą rzeczywistość zniknęło. Rzeczywistość przygładziła nastroszone pióra, po czym ponownie zastygła w mało ciekawej formie, gdzieś pomiędzy sufitem a podłogą.

Zmęczenie zalało mózg szarą plazmą, która w jednej chwili zlała się w jedno z przeraźliwie dzwoniącą szarą komórką. Komórka miała dla mnie umiarkowanie złe wieści. Donosiła, że nastąpiło kilkadziesiąt przewartościowań w życiu kilku znajomych. Znajomy głos przywołał wspomnienie oczu, w których ciągle pojawiały się echa potężnej pożogi, jaka w przeciągu kilku chwil strawiła świat budowany na potrzeby i wizje dwojga ludzi. Wspomnienie znajomych oczu, jak zawsze, zmieniło się w preludium do wizyty na zrujnowanym cmentarzu dobrych uczuć. Rutynowa inwentaryzacja zmartwychwstań wykazała wyrwanie się z mogił dwóch następnych.

– Wygrzały z takim świstem, że aż ziemia się rozprysła – powiedział bezzębny dozorca i z pobłażliwym uśmiechem poklepał mnie po ramieniu – Tylko spokojnie – dodał – Wiem, że prędzej czy później przestaniesz tu przychodzić. Grzebię twoje uczucia od dziesięciu wcieleń i zawsze uciekają do ciebie.
– Jasne, cieciu – pomyślałem, zdenerwowany nagle jego pełną wyrozumiałości miną  – Zapomniałeś tylko, że ja nie wierzę w reinkarnację – odwróciłem się na drugi bok i usnąłem.

Sen przyniósł kiczowato różowy zachód słońca. Słońce zapadało monumentalnie w oceanie, zalewając wszystko intensywnym kolorem. Szum fal rozdzierał natrętny krzyk mew, kłębiących się wokół rozłożonych na palach rybackich sieci. Syreny statków mieszały się z odgłosami setek syren, które wyległy na plażę, aby wabić marynarzy. Otyłe cielska, obwisłe piersi i sflaczałe ogony kontrastowały z pełnymi słodyczy dźwiękami, jakie wydawały syreny. Nad plażą unosił się odór rozkładających się ryb i czegoś jeszcze. Chyba miłości.
– Na szczęście urodziłem się w górach i zawodzenie tych oślizgłych potworów zupełnie na mnie nie działa – wyśniłem sobie, zadowolony z tego faktu.

Rano obudziło mnie podejrzenie, iż słońce, które złośliwie przenika przez powieki, nie jest tym samym słońcem, które schowało się kilka godzin wcześniej. Mimo to wstałem rześki i wypoczęty. Oglądając się za dziewczętami przechodzącymi ulicą, nie czułem się męską szowinistyczną świnią, maskującą swoje prawdziwe zamiary nieszczerym uśmiechem do całego świata. Dobry nastrój niósł mnie przez dzień pod niebem pełnym kłębiastych chmur, które mieszały się z myślami. Drobne zawirowania przestrzeni wokół nie przygnębiały, wręcz przestałem na nie zwracać uwagę i zastanawiać się, czy aby nie doprowadzą do jakichś potężniejszych turbulencji.

Załamanie przyszło niespodziewanie. Ocknąłem się w parku, zlany potem, i zobaczyłem potężną blondynę siedzącą naprzeciwko mnie na ławce, świdrującą mnie złośliwym, bezczelnym spojrzeniem. Kiedy chwilę później mnie całowała, przez moje ciało przebiegały dreszcze. Nie byłem pewien, czy dobre czy złe, ale zauważyłem, że zaciskają mi się pięści.
– W świetle przedstawionych dowodów skazuję oskarżoną na dwadzieścia pięć lat odosobnienia, za zabójstwo dwunastego stopnia, bez możliwości odwołania – powiedział sędzia, po czym spokojnie odlewitował w stronę szatni, odpinając po drodze haftki togi. Blondyna zalotnie uśmiechała się do odprowadzających ją strażników, kąpiąc po raz ostatni twarz w błyskach fleszów.

– To co, napijmy się jeszcze – powiedział grabarz z zadziwiająco wesołą miną do szczura, siedzącego na nagrobku.

 

Ilustr. Anna Fudyma/pinezka.pl