VII

Krystian urodził się w momencie, gdy Erica od sześciu miesięcy i czternastu dni nie było na horyzoncie. Gdy dowiedział się, że jestem w ciąży – zniknął. Podejrzewam, że umożliwił mu to mój niedoszły teść; być może zresztą pogodzili się nawet na tę okoliczność, choć jak znam Erica, zapewne szybko znów popadł z ojcem w konflikt. W każdym razie nie da się zaprzeczyć, że mój kochany, cudowny i inteligentny mężczyzna okazał się zwykłym gnojkiem, który słowo „odpowiedzialność” zna z druku.
Nie mogłam usunąć ciąży; nie mieściło mi się w głowie, jak można zrobić coś takiego. Zresztą wielka w tym zasługa mojej mamy, która, gdy tylko udało mi się ją docucić, pomogła mi we wszystkim, w czym mogła. Ja tymczasem wpadałam w coraz większą apatię, a moja niechęć do życia rosła wraz z brzuchem. Studia oczywiście rzuciłam, przeprowadziłam się z powrotem do mieszkania rodziców i czekałam na rozwiązanie.
Wspominam tylko o mamie; ojciec oczywiście też był obecny, jednak na palcach jednej ręki mogę zliczyć te momenty, kiedy się sam z siebie do mnie odezwał. Nie chodzi o to, że był na mnie zły, czy starał się być niemiły. Myślę, że był człowiekiem całkowicie przygniecionym osobowością mojej matki, kobiety o niespożytej energii. Matka odziedziczyła większość cech swoich włoskich przodków, co objawiało się niezwykłym wigorem i żywotnością. Rodzina ze strony ojca pochodziła z Finlandii bądź Szwecji – zdania co do tego były podzielone. Do dziś dnia nie udało mi się pojąć, jak ta dwójka zdołała się w sobie zakochać i przeżyć ze sobą tyle lat.

VIII

Zamieszkaliśmy u moich rodziców. Dostałam dobrą pracę w charakterze sekretarki i wreszcie na coś przydało się moje wyrobienie językowe. Mój przełożony, dość flegmatyczny, acz niesłychanie inteligentny człowiek zrobił wszystko, bym nie awansowała, za co go nawet nie winię, gdyż nie robił tego ze złej woli. Wielokrotnie mi powtarzał, że nigdy nie znajdzie lepszej sekretarki oraz że jestem niezastąpiona. Poza tym raczej nie szafował komplementami; sądzę, że był po prostu szczery. Zresztą – nie wiem nawet, czy były jakiekolwiek próby przeniesienia mnie na wyższe stanowisko. Było mi dobrze tam gdzie byłam, czułam się doceniana i nawet w takiej pracy, wymagającej ode mnie minimum inwencji, czułam się dobrze. Powoli, krok za krokiem wychodziłam z dołka, kiedy los sprzedał mi kolejnego kopniaka.

IX

Na pogrzeb mamy przyszło wiele osób. Będąc osobą o nieposkromionej niemal witalności, miała mnóstwo znajomych, przyjaciółek, kumpelek i tym podobnych. Dopiero na pogrzebie, choć przez łzy, zobaczyłam, że mam ogromną rodzinę. Wszyscy szwargotali w języku teoretycznie ojczystym, czyli czymś, co ojciec nazywał spaghetti-english, tak ze względu na brzmienie, jak ze względu na długość. Ojciec w ogóle czasami sprawiał wrażenie osoby niesłychanie inteligentnej. Najczęściej jednak, pozostając milczącym cały czas, uważany był za kogoś na kształt imbecyla, który nie interesuje się nawet hokejem czy futbolem. Gdyby jakiś malarz chciał z pogrzebu mojej mamy zrobić obraz, musiałby namalować mnóstwo rozgadanych osób, jednego milczącego człowieka w średnim wieku oraz jedną zaryczaną dziewczynę pod trzydziestkę trzymającą za rękę chłopczyka. Chłopczyka, którego mina sugeruje, że nic z tego nie rozumie, ale wolałby już pójść do domu posłuchać jak babcia opowiada bajkę.
A ja płakałam także dlatego, że żadnych bajek już miało nie być.

X

Nie wiem, na czym polega życie i nie sądzę, bym, się tego dowiedziała. Jako dziecko myślałam sobie, ze życie polega na tym, by w końcu dobrnąć do przystani zwanej „starość”, zwinąć żagle i czekać na małe drewniane łódki zwane „wnukami” kręcące się z zawrotną prędkością w okolicach molo. Tak powinno to wyglądać i tak nigdy nie będzie to wyglądać, przynajmniej dla mnie.
Jakiś rok po śmierci mamy zaczęłam mieć problemy z koncentracją. Z racji pracy sporo czytałam, poza tym byłam czytelniczym filarem wszystkich trzech okolicznych wypożyczalni, gdzie znałam cały personel i większość bywalców. Najpierw złapałam się na tym, że coraz trudniej przychodzi mi skupienie się na treści książek. Były coraz trudniejsze, mylili mi się bohaterowie, czasem zapominałam, jaki tytuł miała mieć ta książka, której reklamę widziałam w czasopiśmie i po którą pognałam do jednej z trzech wypożyczalni. Kiedyś było nie do pomyślenia, bym nie mogła sobie czegoś przypomnieć. Mój umysł był jak gąbka. Teraz ta gąbka zaczynała gubić krople.
Potem zaczęłam się mylić w pracy. Początkowo były to nieistotne błędy: lekko przekręcone nazwisko, czy niedociągnięcia interpunkcyjne. Oczywiście in statu nascendi, było to dla mnie równoważne z końcem świata – JA nie robię błędów. A jeśli robię, to natychmiast wychwytuję przy korekcie. Potem było dużo gorzej – zapominałam wysłać listy, przekazać kto dzwonił, umówić szefa na spotkanie, zamówić stolik w restauracji.
W końcu wezwano mnie na dywanik. Dostałam służbowe polecenie udania się do lekarza, co też uczyniłam – bez przekonania, ale z poczuciem, że ktoś się o mnie troszczy. Od lekarza dostałam skierowanie do innego lekarza, ten odesłał mnie jeszcze do innego. Ostatni z nich po długich badaniach wręczył mi wyrok śmierci. Guz.

XI

Nie zostałabym zwolniona i tak. Chociaż już coraz rzadziej można było na mnie polegać; potrafiłam zapomnieć o wszystkim, zgubić dokładnie wszystko, niezależnie od ważności i gabarytów. Prośbę o zwolnienie złożyłam na ręce mojego szefa sama. Myślę, że przyjął to z ulgą, choć mimo całego stoicyzmu, który w sobie hodował, na pożegnanie pozwolił sobie na gest, za który większość moich krajanek założyłaby sprawę sądową o molestowanie: gdyśmy się rozstawali przyciągnął mnie do siebie i serdecznie uścisnął. Dodał, że gdyby kiedykolwiek cokolwiek, to chyba wiem, że… Wiedziałam, że, ale wiedziałam również, że nigdy z tego nie skorzystam. Dziś mam nawet taką pewność: mój szef poszedł na emeryturę, a jego następca i tak zmienił większość kadry. Moja pierwsza i najlepsza zarazem praca jest dziś kupką popiołu; pozostałością i wspomnieniem po moście, który być może wiódł kiedyś do przyszłości.

XII

Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Nawet jeśli – głównie dzięki fenomenalnym referencjom – udawało mi się gdzieś zaczepić, najdalej po upływie trzech miesięcy byłam zwalniana. Próbowałam odwrócić tarotową kartę, dowiedzieć się, czy jest jakakolwiek szansa odroczenia wyroku śmierci. Jedyne gwarancje dawali tylko szarlatani wszelkiej maści, zaklinacze, ludzie, którzy podpisaliby cyrograf z kupą gówna, gdyby to oznaczało jakiekolwiek pieniądze. Lekarze zaś nie dawali mi żadnych szans.
Myślę, że podstawowym błędem, jaki zrobiłam, było danie im wiary. Nie mam żadnych szans. Umieram. Wola walki osłabła i następnie zamarła. Moja dusza zaczęła pakować manatki i sprzątać po sobie.
W końcu, cztery tygodnie temu, kilka dni po swoich 32 urodzinach, trafiłam do Tortilla Burgera. Od tamtego czasu Chuck naliczył cztery pomyłki (choć jestem pewna, że zrobiłam ich dużo więcej). Motto restauracji Tortilla Burger to: „Jesteśmy Nieomylni”. W praktyce wygląda to tak, że na przykład każda źle wydana reszta to darmowy posiłek dla zamawiającego. Oczywiście „pomyłki” potrącane są z pensji kasjerów. Wszystkich. To powoduje, że zamiast trzymać jeden front, praca przy kasach to darwinizm w czystej postaci – każdy, kto się myli ma pewność, że zostanie zadenuncjowany.
Praca w Tortilla Burgerze to już ostatnia moja praca. Wypróbowałam chyba wszystko w mieście. Oczywiście wiem, że nie wolno nigdy tracić nadziei, ale ta resztka, którą mam, została zainwestowana w próbę przeżycia i próbę niemyślenia o tym, co się stanie z Krystianem.
Przede mną stoi mężczyzna, w płaszczu i kapeluszu, który właśnie odebrał resztę: zamiast pięciu dolarów i centa wydałam mu piętnaście dolarów więcej. Jego usta rozchylają się w słowie protestu – myśli, że w ten sposób pomoże mi, nierozgarniętej dziewce przy kasie.
Za moimi plecami przechodzi Chuck, który jeszcze o niczym nie wie.
W mojej głowie siedzi guz, który właśnie zaczął się śmiać.

Epilog

Na studiach poznałam mimo wszystko mnóstwo ciekawych rzeczy. Miłością wielką (i oczywiście nieodwzajemnioną) darzyłam dramaty. Gdy jednak dla wielu moich znajomych z roku i z wydziału niedoścignionymi wzorami pozostawali Szekspir i Molier – każdy w swojej klasie, mnie zachwycały antyczne tragedie. Moim marzeniem było zagrać sofoklesowską Antygonę, wydobyć z niej esencję tragizmu, powiedzieć wszystko to, co może powiedzieć tylko ona – jako kobieta, jako siostra, jako podwładna, jako człowiek. Wykrzyczeć to. Z drugiej strony byłam przekonana, że greckie tragedie, wszystkie, które poznałam, są wynikiem pomyłki, czynnika ludzkiego – nie ma w nich nic obiektywnego. Ot, splot przypadków, zbieg okoliczności. Złe słowa wypowiedziane w złą godzinę, zwykły niefart. Ajschylosowa Oresteja, sofoklesowa Antygona, eurypidesowa Medea i Elektra – to wszystko opowieści o tym, jak trudno jest się porozumieć, schwycić wątłą nić słów i nie zamieniać ich na własne. A przecież wystarczyłaby odrobina wysiłku, by owe nieszczęście przerobić w zwycięstwo, a śmierć w tryumf życia. Ponad tym, co tu i teraz.