Wyszedł. Nie uszedł dziesięciu kroków, gdy otwarły się z łoskotem drzwi baru. Wybiegł z nich José.
– Daj spokój. – powiedział Pedro.
– Walcz! – krzyknął José i rzucił pod nogi Pedra nóż. Drugi taki sam trzymał w ręku.
– Jesteś zapobiegliwy – powiedział Pedro.
– Bez głupich żartów!
– Co masz teraz zamiar zrobić ?
– Walczyć z tobą.
– A co zrobisz, jak wygrasz ?
– Zmyję plamę.
– A potem? Ożenisz się z Conchitą?
– Uduszę ją! Ona nosi twój pomiot!
– A potem?
– Broń się!
Podbiegł do Pedra i spojrzał mu prosto w oczy. Wzrok Pedra był spokojny. Naprężone ramię José zaczęło drgać.
– No walcz!
– Nie. Mam teraz coś innego do załatwienia. Nie mogę teraz umrzeć. Ani zabić.
– Tak myślą lalusie z Miasta. Tutaj się walczy o honor !
– Nie.
– Walcz!
– Nie.
– Tchórz!
Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Pedro odwrócił się i zaczął iść.
– Tchórz! Tchórz!
Pedro szedł dalej nie oglądając się do tyłu. Odszedł.
José osunął się na kolana. Nóż wypadł mu z ręki. Ostrze jego błyszczało w świetle padającym z drzwi baru. José klęczał sam w swoim wymiętym czarnym ubraniu. Po chwili podszedł do niego Jorge, który z innymi mężczyznami obserwował tę scenę spod ściany baru. Położył mu rękę na ramieniu. José cicho zapłakał.

 * * *

    Gdy Pedro wrócił do domu, rodzice już spali. Zobaczył, że w łazience pali się światło. Cicho otworzył drzwi. Nad miednicą stała pochylona Conchita i myła się. Gdy usłyszała otwierane drzwi, zasłaniając się, odwróciła z niepokojem głowę.
– Ciiicho… to ja…
Uśmiechnęła się.
– Umyj mi plecy.
– Dobrze.

Zaczął powoli, starannie mydlić i masować jej plecy. Oparła mocno dłonie o dno miednicy i wygięła plecy w dół. Na koniec spłukał plecy i wytarł je mocno szorstkim ręcznikiem. Wyprostowała się i zaczęła wycierać się sama.
– Wiesz, kocham cię. – powiedziała.
– Ja ciebie też.
Objął ją.
– W barze zaczepił mnie José.
Drgnęła.
– Znasz go?
– Znałam… Chodził za mną. Czego chciał od ciebie ?
– Ogólnie zaczepki, z dowolnego powodu. Mówił, że mu ciebie zabrałem.
– Głupoty. Chodził za mną. Kiedyś trochę mi się podobał, ale to było dawno. Potem poznałam ciebie.
– I wolisz mnie?
– Głupi! Ty jesteś inny.
– A jaki jest on ?
– Taki „od-do”. Powtarza tylko cudze opinie i robi to, co wszyscy. Nie potrafi zrobić nic nowego. Poza tym ciągle narzeka i do wszystkich ma pretensje. A ponieważ nie umie nic od siebie wymyślić, ma czasem ochotę komuś przyłożyć. Żeby lepiej wyglądało, musi chodzić o honor.
Mówiąc to zaniepokoiła się.
– Chciał ci coś zrobić?
– Może i chciał, ale ja mam teraz inne sprawy na głowie.
Położył dłoń na jej brzuchu.
– I co zrobiłeś?
– Nic. Puściłem jego gadanie mimo uszu. Ale przez to pewnie rozniesie się w Miasteczku, że wyszłaś za faceta bez honoru.
– Wolę faceta bez honoru, niż idiotę. A zwłaszcza martwego idiotę.
– Myślę, że niektórzy też tak pomyśleli. Patrzyłem im po twarzach. Niestety, nie ci są głośni.
– Nie zbawimy wszystkich. Chodź spać.
– Nawet nie wyobrażasz sobie, jak chętnie.

* * *

    Miał jeszcze trochę czasu do odjazdu autobusu i postanowił przejść się przez plac. Wszystko było takie, jak zwykle – w barze paliło się światło, pod ścianami domów siedziały kobiety w czarnych sukniach i o pustych oczach. Pancho kuśtykał przez plac niosąc swoje krzesełko. Pedro odniósł wrażenie, że z baru nie dobiegały tym razem rozgorączkowane głosy. Zauważył, że oprócz kobiet pod ścianami stoją też mężczyźni w dziwnym skupieniu. Jedynym słyszalnym dźwiękiem był stukot krzesełka Pancha.

ilustr. Anna Fudyma/pinezka.pl

Nagle ogarnęło go przerażenie – ze sklepienia bramy zwisały pętle. Na dwóch zobaczył ciała o przekrzywionych twarzach. Jedno z nich rozpoznał – był to José. Zamarł. Wtem usłyszał czyjś głos.
– Dziwi cię to? Nie mógł obronić honoru, musiał umrzeć.
– Ale czemu… A czemu ten drugi ?
– Dzisiaj jest dzień śmierci – El dia de la muerte. Kto nie umie rozwiązać swoich problemów, odchodzi.
– A ci ludzie? – pokazał głową na ściany domów.
– Tak było zawsze.
– I teraz kobiety pójdą gotować, potem wszycy spokojnie zjedzą obiad, po obiedzie mężczyźni znowu pójdą do baru i będą dyskutować o piłce i polityce ?
– Może będą dzisiaj cichsi…
Ludzie pod ścianami trwali w bezruchu. Próbował rozpoznać, czy patrzą się ze smutkiem, czy z podnieceniem, ale w ich twarzach nie był w stanie wyczuć żadnego wyrazu.
Nagle usłyszał za plecami łoskot i krótki jęk. Odwrócił się w stronę podcienia i ujrzał jeszcze drgające trzecie ciało. Był to Pancho. Pod nim leżało odrzucone krzesełko.
– Czemu???
– On też już nie mógł. Nie miał tu nic więcej do załatwienia.
– Ale zawsze wydawał się wesoły – trochę złośliwy, ale wesoły…
– Może nie widzieliśmy wszystkiego.

Pedro zamyślił się. Może nawet nie można powiedzieć, że się zamyślił – raczej myśli jego zatrzymały się w bezruchu, tak jak jego ciało. Wpatrywał się w zwisające ciała, dwa nieruchome, jedno wahające się. Nie widział wyrazu ich twarzy, oślepiały go promienie wieczornego słońca. Za podcieniem rozpościerał się widok na dolinę i na morze. Czerwona kula słońca odbijała się w jasnoniebieskiej wodzie. Wzdłuż horyzontu rozpościerała się różowa mgiełka.
Po chwili zapytał:
– Są jeszcze dwie pętle ?
– Nigdy nie wiadomo, kto będzie potrzebował. Może ktoś przejezdny ?

Dreszcz przeszedł jego ciało. Precz stąd! Przebiegł przez bramę potrącając coś, ale nie zwracał już na to uwagi. Do słońca!
Pobiegł do przystanku autobusów. Koło kiosku z lodami zobaczył Conchitę. Była odwrócona bokiem, patrzyła w przeciwną stronę. Zatrzymał się na chwilę. Mógł się jej teraz przyjrzeć. Robiło się już ciemno i oprócz resztek słońca dobiegającego od strony morza oświetlała ją lampa wisząca nad kioskiem. Miała na sobie dość luźną sukienkę z krótkimi rękawami i półokrągłym wycięciem. Sukienka była spięta pod piersiami, przez co podkreślała jej kobiecość, kobiecość młodej dziewczyny i przyszłej matki. Na brzuchu rozszerzała się, ale nie opinała go – lekki wiatr rozwiewał sięgający do kolan klosz.

Nagle Conchita musiała wyczuć jego obecność. Odwróciła na chwilę głowę w jego stronę, zaśmiała się, po czym odwróciła się znowu i wbiegła między stragany. Pedro pobiegł za nią. Nie chciała mu uciec, była to tylko zabawa. Po chwili dobiegł do niej i chwycił ją z tyłu za ramiona. Pocałował ją w szyję i przytulił twarz do jej policzka. Concha, szepnął. Odwróciła się do niego i przytuliła. Poczuł jej nabrzmiały, twardy brzuch i ciepłe piersi. Concha, szepnął znowu. Objęła go. Zaczęła gładzić jego łopatki, coraz mocniej i mocniej, wreszcie wbiła w nie palce i wtuliła się w niego z całą siłą. Przez chwilę trwali tak złączeni w pełnym skupieniu, bez oddechu. W końcu ciała ich rozluźniły się i znów zaczęli pieścić nawzajem swoje plecy.
– Jedźmy – powiedziała.
– Tak, jedźmy stąd.

(zapis snu)

Ilustracje: spinelli/pinezka.pl; Anna Fudyma/pinezka.pl