Kot Stefana nie lubił gości. Kiedy słyszał dzwonek do drzwi prychał z pogardą, zadzierał ogon i wędrował z obrażoną miną do szafy, gdzie pozostawał dopóki nie upewnił się, że w mieszkaniu nie ma już nikogo obcego. Szczególną nienawiścią darzył listonosza, który zawsze dzwonił dwa razy. Przebywając w ciasnym wnętrzu szafy, pomiędzy jedynym wyjściowym garniturem a pudełkiem, gdzie Stefan gromadził przypadkowe pamiątki, pieścił swoje kocie traumy i z niecierpliwością wsłuchiwał się w odgłosy z zewnątrz.

Kocia fobia sięgała korzeniami nieszczęśliwego dzieciństwa na śmietniku, tułaczki i cudownego ocalenia od śmierci przez dziewczynę Stefana. Na imię miała Zoja i jedynym śladem jej związku ze Stefanem był właśnie kot.

W stanie względnej szczęśliwości Stefan i jego kot dotarli do przełomu tysiącleci, które to wydarzenie Stefan postanowił uczcić, biorąc udział w sylwestrowej zabawie w centrum Starego Miasta. Z kotem, rzecz jasna, mimo jego wyraźnego stanowiska, że nie życzy sobie witać nowego tysiąclecia wśród tłumu ludzi i w ogłuszającym huku fajerwerków.
Siedzieli, oglądając noworoczne orędzie prezydenta. Prezydent nie miał oczu, tylko dwie szparki w nalanej, tłustej twarzy.
– Życzę wszystkim Rodakom eeeee, tego, wszystkiego najlepszego z okazji tego milenium – powiedział prezydent z migającego ekranu
– Zachęcam do zabawy w gronie eeee, rodziny i najbliższych przyjaciół.
Stefan spojrzał na kota i mrugnął do niego porozumiewawczo.
– Daj spokój Stefan – powiedział zniechęcony kot. – Ostrzegam, że przy pierwszym wystrzale zemdleję.

W zasadzie było już po wszystkim. Stefan szedł po pustawym, zasłanym potłuczonymi butelkami po szampanie placu, kierując się powoli w stronę domu. Niósł wiklinową klatkę, w której leżał zemdlony kot. Kot zemdlał przy pierwszej petardzie, co prawda ocknął się chwilę później, ale uznał, że bezpieczniej będzie dalej udawać nieprzytomnego. W głębi swojej kociej duszy nosił paskudną nadzieję, że Stefan uzna go za martwego, będzie się martwił i będzie miał zepsuty wieczór. Stefan jednak znał swojego kota i udawał, że nie dostrzega czujnych spojrzeń spod przymkniętych powiek. Przeciągająca się jednak symulacja poirytowała go nieco, dlatego przystanął przy pustym kontenerze z namalowaną flaszką od szampana. Flaszka uśmiechała się zachęcająco, a z jej szyjki unosił się dymek z napisem “proszę, wrzuć mnie tutaj”.
– Co prawda, nie mam flaszki od szampana – powiedział głośno Stefan – ale zawsze mogę tu wrzucić klatkę ze zdechłym kotem.
– Tylko nie zdechłym! – kot załomotał łapą w drzwi klatki.
– A więc jednak żyjesz… – uśmiechnął się Stefan. – To może nawet widziałeś, jak ktoś odpalił racę przed toaletami?
– Jasne, że widziałem – odparł niechętnie ciągle obrażony kot. – Ale jeżeli wyobrażasz sobie, że bawi mnie widok facetów wylatujących z kibla ze spuszczonymi gaciami wprost na eksplodujące fajerwerki, to grubo się mylisz.
– Już dobrze – powiedział Stefan, otwierając drzwi klatki i pozwalając kotu wśliznąć się między poły swojego płaszcza. – Przynajmniej możesz mieć tę satysfakcję, że byłeś jedynym kotem, który mógł obserwować ten wyjątkowy przypadek zbiorowego milenijnego szaleństwa. Nie chowaj się w rękawie, tylko wystaw tutaj tę swoją płaską łepetynę i przyjrzyj się czemuś bezsensownemu, czego ani ty, ani ja, ani nasi potencjalni potomkowie nie będą już mogli oglądać.

Kot wystawił głowę i rozejrzał się wokół. Ludność parami i w grupach opuszczała plac, na którym dogorywały dźwięki muzyki. Przytuleni starsi państwo tańczyli przy automacie telefonicznym. Grupa podchmielonych facetów w dresach i żółtych kamizelkach z napisem “ochrona” szarpała się z kompletnie pijanymi gówniarzami również w dresach, ale bez kamizelek. Słaniający się na nogach starszy jegomość przyglądał się z niekłamanym zachwytem tryskającej ogniem racy, którą odpalił po dłuższych zmaganiach z opornymi zapałkami.
– Wszystkiego dobrego z okazji nowego tysiąclecia, bando szaleńców! – krzyknął głośno kot. – To cały mój komentarz – dodał, zwracając się do Stefana, po czym zamilkł i nie odezwał się już słowem do końca swojego życia.

Za murami Starego Miasta zaczynała się szczęśliwa noc taksówkarzy. Każdy, kto posiadał choćby furmankę z napisem “taxi”, dopadany był przez wylewający się zza miejskich murów tłum. Podchmieleni klienci nie sprawdzali liczników, które i tak były na tę okazję specjalnie przystosowane dla nabijania trzykrotnych rachunków. Wytworne limuzyny i rozpadające się graty krążyły bezustannie, starając się uniknąć zderzenia z wyjącymi potępieńczo karetkami pogotowia ratunkowego, samochodami policji i strażackimi wozami.
Karolina, zniechęcona kilkoma nieudanymi próbami złapania taksówki, przyłączyła się do niewielkiej grupki ludzi oczekujących na przystanku tramwajowym. Stanęła z boku, obserwując ich irracjonalne ruchy. W bramie obok, oparty o ścianę, stał chłopak z wiklinową klatką w ręce i kotem na ramieniu. Kot spojrzał na Karolinę, mrugnął do niej, zeskoczył z ramienia swojego właściciela, po czym podszedł do niej i mrucząc zaczął ocierać się o jej nogi. Karolina nie cierpiała kotów, dodatkowo przypomniała sobie, że widziała już dzisiaj chłopaka z klatką, tyle że był w niej martwy kot. Zapomniała o tym zdarzeniu, oszołomiona rozbłyskami fajerwerków, ale teraz ten widok stanął jej przed oczyma. Poczuła irracjonalny lęk i gwałtownie poruszyła nogą, odpędzając kota. Spod kapelusza wysunął się kosmyk rudych włosów. Wsunęła go z powrotem i trzęsącymi się nieco dłońmi zapaliła papierosa, po czym zaczęła bezskutecznie wymachiwać rękami w stronę przejeżdżających taksówek.

Kilka godzin wcześniej, tuż przed północą, zaczął piszczeć jej telefon komórkowy. Dzwonił jej chłopak, który przed paroma miesiącami wyjechał do Nowego Jorku zarabiać na lepsze życie. Na ICH lepsze życie, co podkreślał mocno, żegnając się z nią na lotnisku. Złożył jej dziwnie oficjalne życzenia, powiedział, że u nich jeszcze sześć godzin do północy i że dopiero co się obudził.
– Z kim będziesz witał Nowy Rok? – zapytała Karolina, słysząc w tle kobiecy głos.
– Z taką jedną znajomą. Nieważne. Będę już kończył. Pa!
Rozłączył się, a ona stała z telefonem przy uchu, po policzkach zaczęły cieknąć jej łzy. Podejrzenie, które kiełkowało w niej od dawna, nagle rozrosło się do sporych rozmiarów dyni i zaczęło naciskać na gardło. Odetchnęła głębiej, po czym, tak jak zaplanowała wcześniej, zaczęła przemieszczać się w stronę Starego Miasta.

Wenda wstała z łóżka i zobaczyła, że Jacek rozmawia przez telefon. Podeszła do niego, zmierzwiła mu włosy, po czym przytuliła się do jego pleców i zaczęła całować jego kark. Objęła go w pasie swoimi szczupłymi ramionami i poczuła, jak bardzo go kocha. Była pewna, że zatrzyma go w Nowym Jorku, mimo jego zarzekania się, że wraca do swojego kraju za parę miesięcy. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, kiedy przyszedł myć podłogi w biurze, gdzie pracowała jako asystentka prezesa. Była uroczą, zmysłową trzydziestolatką o niespożytej energii i traktowała Jacka jak męską wersję Kopciuszka. Po miesiącu, kiedy okazało się, że oprócz zarabiania na życie myciem podłóg jest doktorem filozofii i niesłychanie interesującym mężczyzną, stwierdziła, że nie może przepuścić takiej niecodziennej okazji.
– Będę już kończył. Pa! – powiedział Jacek.
– Z kim rozmawiałeś? – zapytała Wenda.
– Z taką jedną znajomą…

Karolina płakała słuchając noworocznego koncertu, płakała oglądając fajerwerki, płakała, kiedy wybiła północ i prowadzący imprezę składał wszystkim życzenia. Płakała, kiedy nieznajomy mężczyzna poczęstował ją szampanem, a kiedy po złożeniu życzeń zapytał ją, co się stało, wpadła w histerię i zaczęła krzyczeć. Jej krzyk zagłuszyła seria eksplozji, zaś nieznajomy rozpłynął się w tłumie tak samo niezauważalnie, jak się pojawił. Alkohol zamieniał sylwestrową noc w buzujący pożądaniem kocioł, w którym kipiąc, powoli gęstniały emocje. Ludzie systematycznie i skutecznie doprowadzali się do stanu, w którym ginęła bezpowrotnie mistyka przełomu tysiącleci.

Roman, podobnie jak większość samotnych facetów z jego dzielnicy, wybrał się na centralny plac Starego Miasta, aby tam, w tłumie, przygłuszyć nieco rozpaczliwą codzienność. Ostatnimi dniami czuł dziwne osłabienie i niechęć do otoczenia. Idąc w stronę centrum, przypominał sobie wydarzenie z zeszłego czwartku, które wpędziło go w tę dziwną depresję.
Od samego rana padał deszcz. Z szarych chmur wiszących kilka metrów nad dachami niskich kamienic spadała paskudna, zimowa, zimna i wilgotna mżawka, pokrywając ulice błyszczącym, lepkim śluzem. Roman siedział w swoim mieszkaniu i liczył pieniądze. Było to zadanie o tyle łatwe, że polegało na nieustannym przekładaniu czterech monet, które posiadał. Wieczorem zdecydował, że przepije cały swój majątek. Piękno tej myśli ujęło go na tyle, że przemógł niechęć, wstał z łóżka, ubrał się i wyjrzał przez okno na ulicę. Mżyło dalej, a mokry asfalt odbijał żółte światło kilku lamp. Roman wyszedł przed dom, poczuł przeraźliwy ziąb, skulił się, pochylił głowę i ruszył w stronę swojego ulubionego baru.

Nieliczni przechodnie mijali go, opatuleni swoimi ciepłymi płaszczami, aż zupełnie przestał ich zauważać, zahipnotyzowany monotonnym przemieszczaniem się czubków własnych butów.
– Przepraszam, czy mógłby mi pan powiedzieć, jak dojść na ulicę Ciemną?
Głos był niski i przyjemny. Roman podniósł głowę i oniemiał. W chwile potem osłupiał i zastygł z półotwartymi ustami i niezbyt mądrą miną, wpatrując się w stojącą przed nim istotę. Była najpiękniejszym rudzielcem, jakiego spotkał w życiu. Doskonałe kształty jej twarzy, okolonej lśniącymi puklami rudych włosów, wyrażały zniecierpliwienie zabarwione jednak lekką nutą rozbawienia. Wydęła usta, chcąc coś powiedzieć, gdy zza rogu wyskoczyła jej koleżanka.
– Karolina! Chodź! To tutaj! Nie stój tak! Czy ty zawsze musisz pytać o drogę jakichś półgłówków?
Karolina odwróciła się na pięcie i pobiegła za swoją koleżanką. Roman stał z półotwartymi ustami i nie mógł się wydobyć ze stanu katatonii. Deszcz przemienił się w mokry śnieg, oblepiając Romana i upodabniając go do śniegowego bałwana.
– Pats mama, jaki bałwanek – przechodzące dziecko rzuciło kulką w Romana. Roman poruszył się, wzbudzając popłoch u kobiety, która porwała dziecko w ramiona i oglądając się za siebie, ruszyła szybkim krokiem w stronę domu.
– Karolina… – wyszeptał, otrzepując się ze śniegu. Błąkał się wśród rozbawionego tłumu, szukając znajomych twarzy i nagle stanął jak wryty. To ona! Może zresztą nie? Obserwował, jak rozmawia przez telefon komórkowy, a w chwilę później wybucha płaczem. Płakała tak długo, że w końcu poczuł wręcz niesmak i znużenie tym publicznym okazywaniem nieszczęścia w tak wyjątkowy wieczór. Wybiła północ i ludzie zaczęli obściskiwać się i składać sobie życzenia. Roman zdobył się na odwagę i z butelką szampana podszedł do Karoliny.
– Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku – powiedział.
Popatrzyła na niego niewidzącym spojrzeniem, po czym zaczęła krzyczeć. Jej krzyk ginął w ogólnym hałasie. Przerażony Roman cofnął się, zaś falujący tłum szybko zabrał mu ją sprzed oczu.

Milenijna noc, rozmieniona na drobne tysiącami wystrzałów, wymyślona i zdławiona przez ludzi, stawała się normalną cichą nocą. Powoli stygły emocje, zasklepiały się rany, rozgrywały zwyczajne tragedie i szczęścia. Losy ludzi splatały się i rozplatały, ktoś był samotny, ktoś zakochany, ktoś najzwyczajniej w świecie szczęśliwy. Był też ktoś śmiertelnie obrażony na los, który kazał mu iść na nocny patrol, zamiast bawić się, jak przystało na człowieka. Małe, zakompleksione i strachliwe stworzenie prowadziło właśnie swój służbowy pojazd marki polonez, przeklinało pod nosem i złorzeczyło rozbawionym niedobitkom nocnych imprez. Rok, który właśnie mijał, był naprawdę fatalny dla starszego sierżanta Jana Knota i dlatego z całych sił starał się o nim zapomnieć. Nie miał żadnych miłych wspomnień, nic szczególnego nie przydarzało się w jego nudnym życiu stróża porządku publicznego. Jedynym powodem jego obecności w tej opowieści była jego organiczna nienawiść.
Starszy sierżant Knot organicznie nienawidził trzech rzeczy:
Facetów prowadzających dzikie zwierzęta bez kagańców po mieście.
Zapłakanych kobiet, wyglądających trochę jak prostytutki.
Spłoszonych młodzieńców przemykających się ukradkiem po ciemnych zaułkach.

Można by sprzeczać się co do trafności oceny sierżanta, lawirować po zakamarkach jego brudnej, policyjnej duszy, dociekać intencji i powodów, które sprawiały, że zachowywał się on tak, a nie inaczej. Można by analizować ścieżki, jakimi biegła jego myśl (ponieważ, jak wiadomo, policjanci mogą myśleć naraz tylko o jednej rzeczy), studiować zawiłe drogi jego nocnego patrolu, fakty jednak pozostają faktami. Tej nocy to on trzymał w garści nitki kilku ludzkich losów.
Sierżant z piskiem zaparkował pod komendą policji i stukając w dach samochodu swoją służbową pałką otworzył drzwi.
– Wysiadać!
Na tylnym siedzeniu, przedziwnie spleceni, kotłowali się Stefan, Karolina, Roman i kot Stefana. Wyplątali powoli swoje ręce, nogi, łapy i ogony i poganiani przez nerwowego funkcjonariusza, zniknęli za metalowymi drzwiami komendy.
– Kapralu, notujcie – powiedział Knot władczym tonem. – O godzinie trzeciej trzydzieści dwa przywiozłem troje podejrzanych. Albo lepiej napiszcie: trzech podejrzanych. Kot tego pana zrobił kupę na chodniku, co jak wiadomo stanowi rażące naruszenie przepisów higieniczno – sanitarnych naszego miasta. Ta zapłakana pani według wszelkiego prawdopodobieństwa jest prostytutką i swoim zachowaniem rozpraszała przejeżdżających obok niej kierowców.
– Co za podłe brednie! – krzyknął Roman.
– A ten pan – powiedział sierżant z szerokim uśmiechem – ten pan po prostu mi się nie spodobał. Ale jak słyszeliście kapralu, powiedział, że bredzę, co rzecz jasna podpada pod obrazę funkcjonariusza wypełniającego czynności służbowe. Do celi z nimi! Wyjaśnień posłuchamy rano.
– Ale… panie starszy sierżancie mamy… yyyp, problem – wyjąkał kapral – Nie, nie, nie…
– Co nie?!
– Nie… nie mamy pustej celi.
– Ach, tak! Słyszeliście? – zwrócił się do Karoliny, stojących obok niej chłopców i kota. – Nie mamy pustej celi!
Poczerwieniał na twarzy i gwałtownie zaczął się nadymać. Złość rozpaliła jego mózg do białości, co doprowadziło do spalenia dwóch małych bezpieczników i spadku napięcia. Sierżant jakby zmalał i momentalnie się uspokoił.
– Słyszeliście… – powiedział opanowanym, chłodnym głosem zasłyszanym w popularnym niegdyś filmie sensacyjnym. – Nie mamy wolnej celi. Cóż. W takim razie… Jesteście wolni.

Byli wolni i mieli dość przygód, jak na sylwestrową noc. Zaraz po wyjściu Stefan pożegnał się z Karoliną i Romanem, tłumacząc, iż jego kot umiera z głodu i szybko poszedł w stronę domu. Roman i Karolina szli w milczeniu, ukradkiem przyglądając się sobie nawzajem. W ich duszach powoli kiełkowało ziarno sympatii, a ich dłonie coraz bardziej zbliżały się do siebie.

Kraków, styczeń 2001