Nadciągnął najdłuższy weekend nowożytnej Europy. Bez końca poświęciliśmy się wybijaniu własnych ciał z codziennego rytmu, w jaki wpadliśmy przez ostatnie miesiące. Badania nad bezsennością, działaniem uderzeniowej dawki THC, podawanej zaraz po otwarciu oczu, kresem wytrzymałości drgających mięśni i tysiącami innych objawów psychosomatycznych, pochłonęły nas na tyle, że nie wiadomo kiedy przeskoczyliśmy półmetek. Wieczory spędzane na ciepłym bruku niewielkiego placu zaczęły zlewać się w jedno wielkie, kuliste nieróbstwo, które dusiło nieco każdego następnego poranka. Przynajmniej do podania pierwszej, delikatnej dawki któregoś z ogólnie dostępnych znieczulaczy.

Mieliśmy pojechać nad morze, a nawet pod hasłem „zwariowane pedały jadą nad morze” zorganizowaliśmy zbiorowy wyjazd autostopowy. Po wykonaniu kilku spektakularnych gestów stwierdziliśmy, że nikt nie chce zabrać nas do swojego sterylnego samochodu i zawieźć osiemset kilometrów dalej. Zaburzyło to trochę nasz optymistyczny happening, w związku z czym, powróciliśmy do domu.
Chęć zobaczenia morza zaowocowała jednak tym, że pogoda zaczęła zmieniać się w zastraszającym tempie; wyblakły, majtkowy błękit nieba i sprane chmury nabrały wyglądu charakterystycznego dla okolic Kołobrzegu latem. Wieczorami od strony, z której w naszych wyobrażeniach nadciągało morze, zawiewała bryza, niosąc zapach portu. Zapach portu to mieszanka zapachów lin, ryb, starych skarpet, spoconych marynarzy i rozgrzanych kadłubów stalowych okrętów.

Czwartego dnia weekendu, wcześnie rano zadzwonił domofon.
– Dzień dobry, straż miejska – usłyszałem w trzeszczącej słuchawce niski, kobiecy głos. – Proszę zamknąć okna, ponieważ będzie dziś mocno wiało, a nasze liczniki odnotowały niewielkie skażenie.
– Wejdź Renatko – odpowiedziałem przeciągając się i przywołując w myśli ponętne kształty dzwoniącej do moich drzwi kobiety, po czym odłożyłem słuchawkę, podniosłem z podłogi stary dziennik i usiadłem w łazience na muszli, czekając aż pokona swoimi pięćdziesięcioma pięcioma kilogramami znakomicie ukształtowanego ciała siedemdziesiąt osiem schodów.

Po chwili ze zdumieniem zauważyłem, że przez cztery ostatnie dni zapomniałem, jak przyjemny może być dotyk dwudziestolatki. Dotyk dwudziestoletnich piersi wypadających z dużego dekoltu fioletowej bluzki. Smak rozgrzanej porannym słońcem skóry na płaskim brzuchu.
– Wyglądasz jak cień człowieka, łobuzie – pocałowała mnie mocno i odrzuciła długie, jasne włosy na plecy. – Zaraz zrobię ci śniadanie i wyjdziemy na spacer.
– A ty wyglądasz bosko – odpowiedziałem, jako iż od dzieciństwa nie potrafiłem kłamać. – Przywitaj się ze Zbigiem, przyjechał trzy dni temu i trochę tu z nami pomieszka.
– Trochę? Co znaczy trochę? – nieznacznie zmarszczyła nos, przeciągnęła się kocim ruchem i podrapała po wypiętym pośladku.
– Trochę. Jakieś… pół roku? Musi skończyć dwadzieścia osiem lat w spokojnym miejscu, bo ściga go żandarmeria wojskowa. Zresztą sama z nim porozmawiaj. Myślę, że ma poranne drgawki i leży na kanapie w kuchni – odparłem, starając się nie stracić ani jednego ujęcia z momentu, kiedy odwraca się leniwie i kręcąc tyłkiem wychodzi z łazienki. – Tylko nie daj się naciągnąć! Jak zwykle nie ma ani grosza i pewno będzie chciał pożyczyć od ciebie na fajki – powiedziałem jeszcze do jej stopy obutej w zgrabny sandałek. Stopa kiwnięciem palców potwierdziła otrzymanie wiadomości i ciało Renatki zniknęło za drzwiami łazienki. Zresztą dusza też.

Całkowicie Renatka zniknęła z mojego życia trzy miesiące później – zaraz po tym, jak pewnego pięknego, sierpniowego poranka drzwi mojego mieszkania wyleciały w kosmos wysadzone niewielkim ładunkiem, a Zbig wyciągnięty za włosy przez wojskowych żandarmów trafił do wojskowego więzienia za uchylanie się od powszechnego obowiązku służby wojskowej. Nie przyszła nawet na proces, na którym za kilkakrotne ukrywanie poszukiwanego listem gończym zboczeńca i oszusta wymierzono mi dwuletni wyrok. Majowe weekendy bez niej nigdy już nie odzyskały dawnego smaku morza. Zresztą, w celi wcale nie czuło się, że jest maj.
Półtora roku później junta wojskowa upadła i okazało się nagle, że przepisy dotyczące służby wojskowej i specjalnego traktowania homoseksualistów są niezgodne z konstytucją. Tego dnia, kiedy ogłoszono amnestię, Zbig czekał na mnie przed bramą więzienia. Z wyglądu przypominał księdza czy kogoś takiego. Trochę wychudzony i zbiedniały, w zdeptanych żółtych sandałach z obciętymi piętami i futrze z kocich skórek, podał mi zapalonego papierosa. Za kolczastymi zasiekami okalającymi więzienie zachodziło czerwone słońce.

Świat należał do nas.