– Jak tam? – zapytał rzecznik, siadając na biurku archanioła i zapalając papierosa.
– Wszystko dobrze – służalczo zapewnił Michał, krzywiąc podrażniony tytoniowym dymem nos – Mam tutaj dwóch notorycznych spóźnialskich, którzy jak podejrzewam, w dużym stopniu przyswoili sobie ludzkie nawyki.
Rzecznik spojrzał na stojących z opuszczonymi skrzydłami Karola Teoretycznie Drugiego i Zenka Drugiego.
– Kogo pilnujecie? – zapytał rzeczowym tonem rzecznika.
Karol uniósł nieco skrzydła i pewnym głosem odpowiedział:
– Karola i Zenona. Młodzi, skłonności do alkoholu, dzielnica siódma.
– Ciężka praca – pokiwał głową Rzecznik – Dlaczego się spóźniliście?
– Omal nie staranował nas swoją limuzyną Mikołaj – odpowiedział Zenek, prezentując uszkodzone skrzydło – Jechał jak szalony, ignorując nakazy i zakazy, nie zatrzymał się nawet, aby zwyczajowo zapytać, czy nic się nie stało, po czym ze spokojnym sumieniem pognać dalej.
Rzecznik pokiwał głową i spoważniał.
– To może być sprawka tego oszusta Mroza – powiedział – Od czasu, jak stracił pracę na Wschodzie, stoczył się i wszedł w konszachty z miejscową mafią. Doszły mnie słuchy, że stara się nawiązać współpracę z Mikołajem. Czyżby mu się udało?
– Mikołaj jechał drogą limuzyną – wtrącił Zenek – Biorąc pod uwagę zarobki w naszym sektorze, wątpię, żeby stać go było na taki luksus…
Rzecznik chrząknął znacząco, po czym odpowiedział:
– Budżet przewiduje pewne, że tak powiem, hm, przywileje dla wysokich stopniem urzędników naszej branży. Abstrahując od tego, nie słyszałem, żeby zapadła decyzja o wymianie służbowego pojazdu Mikołaja. Cała ta sprawa wymaga dokładnego zbadania – rzucił niedopałek papierosa przed biurko archanioła i rozdeptał obcasem – Wy dwaj możecie wracać na swoje miejsca. A ty możesz kontynuować, archaniele.
Archanioł Michał kontynuował spotkanie, prezentując w formie kolorowych słupków, wykresów, tabel i zestawień miniony tydzień. Od czasu do czasu zerkał niechętnym wzrokiem na grupę aniołów dzielnicy siódmej, skąd raz za razem docierały do jego uszu odgłosy, świadczące o tym, że kolejny stróż zasnął na swoim miejscu i uderzył nosem w blat.

Dochodziła północ. W kuchni Karola panował rozgardiasz, rozświetlany padającą z pokoju, niebieską poświatą telewizora. Karol i Zenek oglądali filmy sensacyjne, jakimi zapychały wieczory państwowe stacje telewizyjne. Filmy nie miały większego sensu, w większości wypadków stawką były pieniądze. Niespodziewane rozterki, które targały znienacka bohaterami, nie udzielały się podchmielonym telewidzom.
– W zasadzie wszystkie są takie same – powiedział Zenek.
– Fakt – potwierdził Karol – Rzecz w tym, że amerykańskie kończą się dobrze, tryumfują prawo i sprawiedliwość, od początku nadciąga nieubłagane szczęśliwe zakończenie, a europejskie kończą się źle. Pech chciał, że mieszkamy w Europie, a tutaj ludzie przyzwyczaili się do złych i tragicznych zakończeń, a happy endy uważają za szmirowate i nieprawdziwe.
– W takim razie powinienem się powiesić – stwierdził Zenek – Nie mam roboty i żadnego doświadczenia w jakiejkolwiek pracy. Kiedy idę rozmawiać o zatrudnieniu, okazuje się, że oprócz młodości liczy się jeszcze doświadczenie. Niedługo będę trzydziestoletnim gościem bez żadnego doświadczenia. I co? Chyba faktycznie powinienem powiesić się na pierwszym lepszym haku. Będzie o tyle prościej, że stryczek już mam.
– Jeżeli już musisz to robić, to proszę cię, nie u mnie! Zlecą się gliniarze i nawet księżycówki już nie będzie – powiedział Karol, rozlewając ostatnie łyki do szklanek, po czym podniósł się i poszedł szukać w kuchni kolejnej żelaznej rezerwy.

Powrócił z kuchni, dzierżąc kolejny ostatni zielony słój, i zastał Zenka piszącego coś na kawałku papieru.
– Piszesz przedśmiertne wspomnienia czy testament? – zagadnął.
– Robię listę kobiet, z którymi byłem w łóżku – odpowiedział Zenek – Skoro niedługo mam zginąć z własnej ręki, chciałbym mieć jasność co do tego aspektu mojego cholernego życia.
Karol przyjrzał się wysiłkom umysłowym Zenka, który nadzwyczaj szybko skompletował listę i siedział przy stole, myśląc intensywnie.
– Ile masz?
– Osiem. A ty?
– Nie wiem, nie liczyłem – wzruszył ramionami Karol – Pięć?
– To niewiele – Zenon wyszczerzył zęby znad swojej listy.
– Sześć! – zawołał Karol – Zapomniałem o Kasi!
– Kasia… – Zenek wyciągnął się na krześle – Pamiętam. Miała trochę za długi nos, zbyt wąskie usta i przepiękne, żywe oczy.
– Wąskie usta?
Na takich i podobnych rozważaniach docierali coraz głębiej w noc, zapominając o wydarzeniach wieczoru.

Michał nie był szczególnie złośliwym archaniołem. Niektórzy twierdzili wręcz, że w porównaniu z innymi archaniołami jest nadzwyczaj spokojnym i opanowanym osobnikiem. Mimo to zebranie w gołębniku zakończyło się później, ponieważ zdenerwowany archanioł zarządził jeszcze praktyczne ćwiczenia z maskami przeciwgazowymi dla aniołów dzielnicy siódmej. Decyzję argumentował dużym zagrożeniem pożarowym zaniedbanych kamienic.
– Zagrożenie jest poważne i nie możemy go bagatelizować – mówił archanioł – Zbliżające się święta podnoszą ryzyko zaprószenia ognia. W tych dniach szczególnie musicie zwracać uwagę na wszelakiego rodzaju choinki, grzejniki, świeczki, a także gówniarzy odpalających petardy, fajerwerki, papierosy i skręty z marihuany, pijaków zasypiających z papierosami w pościeli, starsze panie schodzące ze świeczkami po konfitury do piwnicy…
Drobiazgowe wyliczenie zakończyło się opisem przypadku kota, który spalił kwartał kamienic, uciekając przed swoim płonącym ogonem. Wśród ludzi wydarzenie to znane było, jako wielki pożar ulicy Fortecznej, wywołany przez rzekomo nieszczelną instalacją gazową w starych budynkach. Końcówki wysłuchał jedyny w miarę przytomny aniołek o imieniu Stefan, siedzący sztywno wśród pochrapującego w maskach gazowych tłumu. Archanioł machnął ręką zrezygnowany i wyszedł z sali, rozcinając zatęchłe powietrze swoim złocistym upierzeniem. Stefan ściągnął maskę, zemdlał i osunął się na stolik, trącając aniołka Zenona Drugiego. Anioł Zenon podniósł głowę i szturchnął anioła Karola rozwalonego na krześle obok. Karol otworzył oczy i poderwał się, charcząc niczym przerażony pancernik. Zdarł maskę z twarzy, rozejrzał się nieco przytomniej i opadł z powrotem na siedzenie.
– Aleś mnie, cholera, przestraszył – powiedział – śniło mi się że biorę udział w wojnie Aniołów z Diabłami i te rogate paskudniki właśnie wypuściły gaz na nasze okopy, pod Bramą Niebios.
– Nie najlepiej drzemie się w masce – powiedział półgębkiem Zenek Drugi – Myślę, że musimy iść do naszych, bo czuję, że źle się dzieje.
Chwiejnie wyszli z gołębnika i runęli w mrok, machając niemrawo skrzydłami, ziewając i wymieniając uwagi na temat swojego przepracowania.

Kiedy przez uchylony lufcik wlecieli do kuchni Karola, oczom ich ukazał się przerażający widok. Karol drzemał z głową opartą na stole, a Zenek, stojąc na koślawym taborecie, zakładał na szyję sznur, przywiązany do kuchennej lampy.
– Nawet o tym nie myśl! – wrzasnął piskliwym głosem Zenek Drugi, po czym podleciał i pchnął z całych sił Zenona. Ten zakołysał się na krześle, po czym runął z wielkim hukiem, budząc Karola i śpiące pod łóżkiem diabliki.
– Przecież nie zrobiłbym tego! Chciałem tylko przymierzyć! – Zenek wzniósł dłonie nad głowę i opuścił je w geście skrajnego zniechęcenia na stół. Karol i aniołki siedzące naprzeciwko ponuro pokiwali głowami i nadal przyglądali się Zenkowi z oskarżycielskimi minami.
– Przymierzyć to można krawat – pisnął w końcu Zenon Drugi – Podam się do dymisji! Nie wiem co z tobą robić. W życiu nie pilnowałem takiego popapranego faceta, jak ty.
– Popapranego?! A ten wasz Mikołaj to niby lepszy?! Przecież to on mnie tak obdarował!
– To nie był Mikołaj! – padło spod łóżka.
Aniołki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym sfrunęły na ziemie i podeszły do krawędzi cienia rzucanego przez łóżko.
– Śmierdzi tu – skrzywił się aniołek Karol – Mógłbyś chociaż wyrzucić te gnijące skarpetki – powiedział z wyrzutem do drapiącego się po głowie Karola.
– Napijmy się – zaproponował zrezygnowanym głosem Karol – To zabije smród.
Kiedy zajęli się rozlewaniem kolejnej kolejki, aniołki weszły pod łóżko, skąd po chwili zaczęły wydobywać się szepty, piski i śmiechy. Po paru minutach wyleciały na stół i Karol upuścił przed każdym z nich po kropli księżycówki. Aniołki gestami świadczącymi o nie byle jakiej praktyce wyciągnęły długie rurki z przepastnych zakamarków swoich ubrań i siorbiąc iście nieanielsko, trawiły w swoich niewielkich główkach wagę zasłyszanej pod łóżkiem wiadomości.
– Myślałem, że raczej nie kontaktujecie się między sobą – zagadnął po dłuższej chwili Karol, wskazując znacząco na łóżko.
– W zasadzie się nie kontaktujemy – odparł Karol Drugi – Ale są wyjątki – chrząknął delikatnie, po czym strzepnął niewidoczny pyłek ze skrzydełka – Z tymi tam znamy się już dłużej. Czekają, aż odrosną im skrzydła. Są mili, kulturalni i dobrze się z nimi rozmawia. Przynajmniej nam – chrząknął ponownie i elegancko splunął w chusteczkę.
– I co powiedzieli? – zapytał Zenek.
– Powiedzieli, że dawno już nie widzieli takich degeneratów, jak wy, i o tym, co wyrabialiście przedwczoraj – odparł, chichocząc złośliwie, Karol Drugi.
– Opowiadali też o zwyczajach żyjących za łóżkiem myszy. Jeden z nich jest biologiem amatorem i żywo interesują go takie sprawy – dodał, czkając, Zenek Drugi.
– Usłyszeliśmy też parę popularnych ostatnio na dole dowcipów, a jeden z nich uświadomił nam, że nie było tu prawdziwego Mikołaja, tylko przebrany Mróz – Karol Drugi spoważniał nagle – Nie chciałbym być złym prorokiem, ale wszystko wskazuje na to, że ten stary oszust zgotuje nam jeszcze niezły bigos.
– To nie skarpetki! – Karol strzelił ręką w czoło z głośnym plaśnięciem, po czym poderwał się i wyciągnął zza łóżka sporych rozmiarów garnek – Bigos! To właśnie to, czego nam trzeba, aby ożywić procesy myślowe – postawił garnek na piecu i po chwili kuchnię wypełnił aromat doskonałego, dwutygodniowego bigosu.

W milczeniu spożywali bigos, racząc się pełną gamą jego smaku i niebiańską harmonią aromatu. Później wypadki potoczyły się zdecydowanie za szybko. W pół łyżki Karol poczuł się niedobrze i wybiegł trzymając się za brzuch i usta do łazienki. Kiedy pochylony nad sedesem starał się uspokoić rozszalały znienacka żołądek, usłyszał pukanie i skrzyp otwierających się drzwi. W tej samej chwili Zenek ryknął nieziemsko i wulgarnie, do uszu Karola dotarł dźwięk tłuczonego szkła, przekleństwa i odgłosy szamotaniny. Kiedy wypadł do kuchni, zobaczył wchodzących trzech barczystych Mikołajów i zemdlał na ich widok.

Karol Teoretycznie Drugi leżał wygodnie na parapecie, grzejąc się w promieniu słońca i przyglądał się kolorowemu tłumowi kłębiącemu się na placu. Karol leżał na kozetce w kuchni i kontemplował w milczeniu zacieki na suficie. Nagle przez uchylony lufcik wpadł zdyszany Zenon Drugi.
– I jak? – Karol i jego aniołek poderwali się jak na komendę zadając samo pytanie.
– Ktoś głupi przyjdzie – zaśmiał się Zenek Drugi – Nawet wiem kto… – urwał na chwilę, zaczerpnął powietrza i uśmiechnięty kontynuował – Poszło w zasadzie dobrze. Dostał pół roku w zawieszeniu. Biorąc pod uwagę, że postawiono mu zarzuty obrzucenia substancją cuchnącą, słownego znieważenia i uszkodzenia ciała narzędziem tępym, to całkiem nieźle. Miał dobrego papugę. No tego… Adwokata! – dodał na widok uniesionych brwi Karola – Myślę, że niebawem go wypuszczą.
– To do roboty! – zadowolony Karol zatarł ręce i wyszedł z pokoju, skąd po chwili rozległo się pobrzękiwanie i postukiwanie.
– Tak swoją drogą, cholernie dziwni są ci ludzie – stwierdził filozoficznie Karol Teoretycznie Drugi, rozciągając się z powrotem na parapecie – Co strzeliło do głowy temu cholernemu prezydentowi?! Przebrać się za Mikołaja i odwiedzać wybranych losowo obywateli z radosnymi życzeniami świątecznymi! Idiotyzm!
– Nie pomyślał gość specjalnie – przytaknął Zenek Drugi – Ale w końcu nie za to mu płacą. Ciężkie ma życie jego anioł! A twój chłopak jak się miewa? – skinął głową w kierunku pokoju.
– W zasadzie dobrze – odparł Karol Teoretycznie Drugi – Otrząsnął się już z szoku wywołanego konfiskatą mienia, pisze książkę podsumowującą mroczny okres alkoholizmu w jego życiu i konstruuje nową aparaturę. Anioł starego szklarza mówił mi, że wczoraj kupił wężownicę. Wszystko wraca do normy.
– Taka nasza norma – zaśmiał się Zenek Drugi – Tu przynajmniej nie jest nudno jak w śródmieściu. Ale na mnie już czas. Muszę lecieć przeprowadzić swojego przez czerwone światła, ciemne bramy i mielizny życiowe, wyrywać z objęć zaborczych kobiet i fałszywych przyjaciół. Czy ktoś w końcu doceni naszą harówkę?
Pytanie zawisło bez odpowiedzi, po czym dźwięcząc łagodnie opadło na podłogę.

Karol zasypiał snem spokojnego człowieka. Jego anioł chrapał cicho, zwinięty w kłębek pod kaloryferem. Sen brał go delikatnie w swoje objęcia, przyszłość i przeszłość zacierały się i traciły na ważności. Przez półprzymknięte powieki zobaczył jeszcze klucz diablików wylatujących przez uchylony tradycyjnie lufcik. Machały raźno niewielkimi skrzydełkami, przesuwając się powoli na tle rozgwieżdżonego nieba.

Ilustrowała: Anna Fudyma/pinezka.pl