Jest to impresja powykładowa (byłem na wykładzie pani profesor S. i zainspirowany tym, postanowiłem napisać własny wykład naukowy dotyczący hodowania królików i problemów z tym związanych). Impresja ta w zasadzie nie nadaje się do czytania, znam tylko dwie osoby, które nie wymiękły w trakcie. Dla osób, które jednakże chciałyby poznać finezyjną logikę stojącą za tym wykładem, sporządziłem streszczenie na końcu tegoż.

Hodowla królików – sierść.
Wykład. Stenogram.

Chciałbym rozpocząć od stwierdzenia, które wygłosiłem na innym, nie mniej szacownym forum, które było zainteresowane co prawda nie taką dokładnie problematyką, czy też może rzec by należało – problematyzacją omawianego zagadnienia, lecz dostatecznie zbliżonym do omawianego tematu zagadnieniem. Kiedy miałem odczyt w Kuala Lumpur na sympozjum, przedstawiciel ówcześnie rządzącej partii zapytał mnie, czy mógłbym wyjaśnić zjawisko wywłasiawiania się lam.

Odpowiedziałem, co zresztą poruszam w swojej interesującej publikacji, w jednym z małych rozdzialików, nie wiem, czy państwo czytali, że problem ten w zasadzie powinien być rozpatrywany na trzech niezależnych z pozoru, lecz w rzeczywistości ściśle ze sobą powiązanych poziomach, które, co warto zauważyć, nie są wyczerpujące w sensie współczesnego rozumienia teorii wyczerpujących, skonstruowanych przez takich ludzi jak, dla przykładu, John Ropuch z uniwersytetu Stanforda, zresztą autora arcyciekawej pozycji, którą trzymam na półce, lecz wystarczająco domkniętej z ontologicznego i semantycznego punktu widzenia współczesnego badacza.
Jednym punktem na osi owego trójkąta byłoby więc środowisko, choć w innym trochę znaczeniu, muszę to zaznaczyć, by nie wzbudzić podejrzeń o nieprecyzyjność wyrażania myśli, niż mają w zwyczaju to definiować współcześni – czy nawet protoplaści szkoły – enwiromentaliści. Raczej chodzi o środowisko związane z poczuciem i zaspokajaniem psychicznych i psychologicznospołecznych potrzeb każdego zwierzęcia, niż o prostą transformację środowiska rozumianego jako teren, na którym się przebywa. Proszę zwrócić uwagę, że supozycja, która mogłaby się pojawić, dotycząca braku predyspozycjonalności omawianych podmiotów do ukonstytuowania siebie samych w tak określonym uniwersum, jest słabo klasyfikowalna w obrębie paradygmatu, w którym się poruszamy.

Zmieniając nieco optykę patrzenia, mogę powiedzieć, że problem ten jest problemem raczej autotelicznym i zahaczającym o pytania o bytowość bytów – w sensie może nawet nie Husserlowskim, ile Heideggerowskim – niż o pytanie dotyczące zasadności stawiania samego punktu jako ważnej idei składowej odpowiedzi na postawione pytanie.
Drugim punktem stycznym z pierwszym omawianym przeze mnie zagadnieniem byłoby w tej przestrzeni pytanie o warunki czysto fizyczne, co również wiąże się z problemem środowiska, lecz, proszę zwrócić uwagę, z przerzuceniem środka ciężkości zainteresowania, skupienia soczewki rzeczywistości na socjologiczną, jeśli można się tak wyrazić, formę, w której dane jest nam zjawisko obserwować, z psychologizującego – trochę w duchu Pareto – punktu widzenia, który starałem się oddać opisując pierwszy punkt boku trójkąta.

Oczywiście, pytanie o wzajemne relacje, którym oddają się oba te punkty, oraz relacji w jakiej pozostają z trzecim, który w tej chwili zasygnalizuję, wiążącym się z całą formalną nadbudową systemu opieki, pozostającym poza gestią pojedynczych jednostek, jest pytaniem nad wyraz ważkim i znaczącym dla omawianego problemu – warto zauważyć na marginesie, że wzajemne przeplatanie się sfer zainteresowań obu punktów, czy też raczej, szerzej ujmując, dziedzin jest pytaniem o granice, które, jak prawie zawsze w przypadku tego rodzaju tej klasy zagadnień, pozostają rozmyte i nieostre, również w sensie, w którym używają go współcześni logicy. Być może więc, idąc za radą szesnastowiecznego myśliciela z Cambridge, Williama Lusera, warto jest odłożyć ad calendas graceas jakiekolwiek wątpliwości dotyczące legitymizacji zarówno zbiorowych, jak i indywidualnych potrzeb zaostrzania granic, pozostawiając wszystko w gestii pilnowania wyłącznie warunków brzegowych, będących tak naprawdę przecież tylko warunkami koniecznymi dla stwierdzenia, czy nie dokonano swoistej transfuzji metajęzyka jednej dziedziny na dziedzinę drugą, co, jak wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, jest, czy raczej może być, o tyle brzemienne w skutki, o ile różne pojęcia na rozmaitych backgroundach są odmiennie formowane i mają odmienną ontologię.

Wracając jednak do omawianego tematu, postawię kropkę nad i, i zwrócę Państwa uwagę na trzeci już, ostatni punkt, tworzący hipotetyczny trójkąt wyczerpujący (choć nie do końca, co zaznaczyłem na wstępie) omawianą problematykę. Pozwolą Państwo, że w tym momencie użyję jednego z moich ulubionych powiedzeń, które nieodmiennie cisną mi się na usta w takich przypadkach: oto domykając geometryczną figurę tłumaczącą postawione pytanie, dokonujemy triangulacji – jak się państwo orientują, z greki słowo to oznacza właśnie utrójkątowienie – wyjaśnienia problemu.
Schematyka trzeciego, ponadindywidualnego z całą pewnością i ponadsocjologicznego z dużą dozą prawdopodobieństwa, punktu, zmusza do zastanowienia nad całością procesu powstawania kultury i jej alienacji, choć nie w sensie marksowskim, od konstytuujących ją podmiotów. Ponieważ czas nie zezwala na tak rozbudowane dywagacje, zauważę tylko, że proces, któremu z całą pewnością podlega każda określona w języku reguła, to znaczy jej instytucjonalizacja, na co zwraca uwagę choćby wspomniany Ropuch, jest de facto procesem jej oderwania od jednostkowionych opinii i podlega tym samym procesom transformacyjnym, co każda zbiurokratyzowana struktura, choć tego akurat aspektu rekoniunkcji weberowskiego systemu biurokracji Franciszek O’Dea nie wziął pod uwagę.
Trzeci punkt, nie wchodząc już z braku czasu w skomplikowane interakcje, którym podlega w zetknięciu z dwoma poprzednimi punktami – możecie Państwo o tym poczytać w mojej publikacji w rozdziale o relatywnej obiektywizacji procesów triangulacyjnych – pragnę zauważyć, że to właśnie te reguły, gdybym miał szacować procentowo stanowią jakieś 60 – 70% wszystkich procesów stanowiących o wywłasiawianiu się lam.

Na koniec, zanim Państwa pożegnam, chciałbym zaznaczyć, że odpowiadając na pytanie postawione na wstępie, a przynajmniej zasugerowane – u królików jest podobnie.

——————————————

Streszczenie dla leniwych:
1. Wywłasiawainie się lam to nic innego jak linienie.
2. Są trzy płaszczyzny: płaszczyzna psychiczna, płaszczyzna interakcyjna oraz płaszczyzna ustalonych norm.
3. Każda z nich może wpływać negatywnie (pozytywnymi wpływami wykład się nie zajmuje) na samopoczucie lam.
4. To ostatnie stanowi jakieś 60-70% wszystkich problemów dermatologicznych owych przemiłych zwierząt.
5. U królików jest podobnie.