– Polacy, tylko Polacy! Oni bardzo szybko odnajdują się w nowych warunkach – zapewniał entuzjastycznie urzędnik do spraw integracji, adaptacji i animacji, w myślach przeliczając szeleszczące banknoty jakie wkrótce miały wpłynąć na jego konto.

Zabłądził w zawiłych meandrach wspomnień z dzieciństwa. Kwiaty, trawy, zboże. Wytarte czarno – białe zdjęcia, w których zaklęte zostało kolorowe dzieciństwo. Oderwał kawał kiełbasy i zagryzł białym chlebem, wzbudzając tym gestem entuzjazm zgromadzonych wokół gapiów.

– Ile to już lat? – pomyślał. – Trzeba będzie obudzić Weronikę i zapędzić ją kopniakiem do dojenia krów.
– Weroniiiikaaaa! – wrzasnął znienacka, podrywając się z ławki. – Krowy ryczą, niewydojone, wstawaj w końcu, leniwa babo!
Weronika, odziana jak co dzień niedbale i niekompletnie, pojawiła się w drzwiach chaty, rozglądając się wokół zaspanym spojrzeniem i gładząc zmierzwione włosy.
– I co się tak drzesz?! – fuknęła, zgodnie ze scenariuszem napisanym na podstawie autentycznych zapisów magnetycznych.
– Ooo! Pyskata ty! – popchnął ją w stronę stajni, rezygnując tym razem z kopniaka.
Znowu został sam, czując na sobie lepkie spojrzenia, do których mimo upływu lat jakoś nie mógł się przyzwyczaić.
– Ile to już lat – powróciło pytanie. Zastanowił się – Dwadzieścia? Dwadzieścia trzy? Wspomnienia napłynęły pod przymknięte powieki ze zdwojoną siłą.

W piękny kwietniowy poranek wyszedł za chałupę w rodzinnych Stęporkach. Strumień moczu parował w chłodzie poranka, uczucie malejącego ciśnienia napawało go błogim rozleniwieniem. Wtedy pojawili się rządowi agenci i przynieśli zlecenie. W ramach restrukturyzacji wsi polskiej zostawał w trybie natychmiastowym, wraz z całą zagrodą, polem, inwentarzem i rodziną, przeniesiony do parku ludzkiego na Proksimę-7. Po piętnastu sekundach w miejscu jego chaty i pola ział ogromny krater, a on z żoną, uśpieni już i zapakowani do chłodnych inkubatorów, odpływali w daleką przestrzeń. Obudził się dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej zastali go agenci. Kończył sikać pod płotem, świeciło słońce i było chłodno. Teoretycznie nie zmieniło się nic. Tylko to wrażenie, że jest obserwowany…

– Nad czym myślisz, Zenek? – zapytała Weronika dźwigając wiadro wypełnione mlekiem – Pomożesz mi zrobić ser?
– Pomogę. Myślałem o tym jak nas tu… wysłali – odparł wstając i biorąc do rąk wiadro. Zauważył, że jest zbyt ciężkie dla dłoni delikatnej kobiety, jaką niewątpliwie jest jego żona. Przypomniał sobie pogrzeb dziadka, gdy sprowadzono nawet prawdziwego, ziemskiego księdza, który odziany w fioletowe szaty, pokropił mogiłę, zmówił modlitwę, udzielił im duszpasterskiego wsparcia, życząc wytrwałości w tej ciężkiej doli, zainkasował należność i zniknął.
– Nie frasuj się tak. Albo nam tu źle? Czasami chciałoby się z ludźmi porozmawiać, ale na co dzień dobrze się nam żyje.

Milczał. Jego myśli krążyły po nieskończonym, czarnym Kosmosie, oddzielającym go od planety, która wyrzekła się go i w bezwzględny sposób zmieniła jego życie. Muchy bzyczały, wiatr zawiewał, a spoza sztachet przyglądały mu się małe, zielone grudki plazmy na wycieczce szkolnej.