Opowiedział o wszystkim Lidii. Dziewczyna pocałowała go w czoło i poprosiła, aby na siebie uważał.
– Na wszelki wypadek miej się na baczności. Tego typu ogłoszenia brzmią podejrzanie. Mogą wpieprzyć cię w jakąś akwizycję, albo…
– Nie tym razem – przerwał podekscytowany. – Muszę się jedynie z nimi spotkać. To wszystko. Potem wszystko pójdzie jak z płatka. Sama zobaczysz.
Kilka minut później zatrzymał się przed masywnymi, brązowymi drzwiami. Zaczerpnął powietrza. Na metalowej tabliczce odczytał nazwę firmy i nazwisko kierownika: Daniel Ornamentowski. A więc trafił wreszcie. I był punktualny.
A potem usłyszał gruby, męski głos. Stawał się coraz mocniejszy, wyraźniejszy.
– …zawsze to ceniliśmy. Przecież grunt to punktualność, prawda?
Następnie do jego uszu dobiegł damski, stłumiony chichot.
– A jeśli już o punktualności mowa… – głos mężczyzny załamał się.
W tym momencie drzwi stanęły otworem i Piotr ujrzał wysokiego, solidnie zbudowanego trzydziestoparolatka o potężnym karku, ostrzyżonego na centymetrowego jeża. Miał na sobie czarny, dwuczęściowy garnitur z ekskluzywnej wełny, białą koszulę i ciemnoszary krawat.
– Dzień dobry – odezwał się, ściskając w powitalnym geście dłoń chłopaka. – Czekaliśmy na pana.
Piotr był wyraźnie zmieszany. Raczej spodziewał się zobaczyć kogoś o wiele niższego, pulchnego, w wyświechtanych dżinsach, spranej koszuli i papierosem za uchem.
– Witam serdecznie – zdołał wreszcie wykrztusić. – Pan musi być…
– Daniel Ornamentowski. Jestem kierownikiem „Drogowskazu”.
– Bardzo mi miło.
Mężczyzna obdarzył Piotra dziwnym, trudnym do zinterpretowania uśmiechem i zaprosił do środka. W obszernym, nowocześnie urządzonym, gabinecie pachniało lawendą i czymś jeszcze, jakby świeżo wyciśniętą pomarańczą. Przy niewielkim, dębowym stoliku siedziała młoda, najwyżej dwudziestopięcioletnia kobieta. Miała pociągłą twarz, czarne włosy zaplotła w skomplikowany warkocz. Ubrana była w długą, czarną suknię z głębokim dekoltem na plecach, a na szyi miała całą kolekcję bursztynowych świecidełek na złotych łańcuszkach. Na widok Piotra uśmiechnęła się szeroko, po czym wstała i podała mu rękę:
– Kamila Nowak.
Uścisnął jej dłoń. Była chłodna, bardzo koścista.
– Piotr Lewandowski.
Tymczasem Ornamentowski zamilkł na chwilę, jakby zatracając się w kontemplacji tego, co zamierzał powiedzieć. Z jego twarzy nie znikał tajemniczy uśmieszek. W końcu przygryzając dolną wargę oświadczył:
– Proponuję, aby od razu zobaczył pan miejsce pracy. Porozmawiamy po drodze.
Piotr skinął nieznacznie głową, następnie ponownie znalazł się w holu. Kierownik firmy zatrzasnął drzwi od gabinetu i wskazał palcem windę:
– Zjedziemy na poziom minus trzy.
W windzie panowała niemiłosierna duchota. Ornamentowski wybrał piętro i ruszyli w dół.
– Drogowskaz jest firmą, którą istnieje od bardzo dawna – podjął mężczyzna, cedząc każde słowo tak, jakby bał się, że nieznaczne zająknięcie może go sporo kosztować. – Istnieje od lat i stała się potężną korporacją. Chciałem, aby osobiście przekonał się pan, czym tak naprawdę się zajmujemy.
– Jestem bardzo ciekawy.
– Cieszy mnie to. Na wstępie muszę nadmienić, że bardzo cenimy sobie spokój. To taki nasz priorytet. Każdy z nas zachowuje powagę. Jest ona kluczem do sukcesu. Poprzez spokój i opanowanie okazujemy szacunek naszym klientom.
Co? Klientom? Co, do kur…
– Spokojnie – usłyszał zanim zdołał cokolwiek powiedzieć. – Niech się pan nie denerwuje. Mianem „klient” określamy ludzi, którzy do nas przychodzą. Nie proszą jednak o kredyt, czy poradę w zakresie finansów.
– W takim razie w jakim celu przychodzą? Co to za ludzie?
Ornamentowski oparł się o lustro, a potem wzruszył ramionami jak popsuty robot.
– Widzi pan. Tutaj obowiązuje tajemnica zawodowa. Każdy, kto pracuje dla „Drogowskazu” podpisuje stosowny papier.
Papier? Tajemnica zawodowa? Piotr nie był przekonany, czy dobrze rozumie.
Ornamentowski spojrzał na niego jowialnie.
– To wszystko tylko brzmi groźnie – powiedział po chwili. – W rzeczywistości praca opiera się na wpisywaniu nazwisk naszych, jak ich określamy, klientów, do systemu komputerowego. Sporządzamy listę. Za momencik pokażę panu, na czym to polega.
Kiedy winda stanęła na poziomie minus trzy, a drzwi rozsunęły się, ich oczom ukazała się ogromna na kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych hala. Na jej końcu znajdowały się stanowiska komputerowe. Piotr dostrzegł, że większość z nich była pozajmowana przez młode, najwyżej trzydziestoletnie osoby, głównie mężczyzn.
– Proszę za mną – polecił Ornamentowski. – Pokażę panu, co należałoby do pana obowiązków, po czym podejmie pan decyzję.
Ruszyli na drugą stronę hali.
– Jest pan zaskoczony – odezwał się ponownie mężczyzna. – Interesuje pana, dlaczego proponujemy panu rozpoczęcie pracy w naszej firmie bez zbędnych rozmów. Zgadza się?
Istotnie, ciekawiło go to jak cholera. Nigdy wcześniej nie był tak spięty i jednocześnie podekscytowany. Miał ochotę zadać kilka pytań, lecz coś wewnątrz niego dawało mu do zrozumienia, że nie musi ich stawiać. Że za moment dowie się wszystkiego, co powinien wiedzieć. To uczucie było co najmniej dziwne, a jednocześnie tak silne, że podporządkował mu się całkowicie.
– To stała praca. Miesięczne wynagrodzenie wynosi dwa i pół tysiąca złotych netto. Zero nadgodzin. Zero niezdrowych klimatów, jeśli pan wie, co mam na myśli. Po prostu wykonuje pan swoją robotę.
Dwa i pół klocka na rękę. W życiu tyle nie zarabiał!
– Zapisuję nazwiska.
– Właśnie. I o nic pan nie pyta. Przynajmniej przez miesiąc. Nazwiemy go okresem próbnym. Po nim przekażemy panu wszelkie informacje dotyczące firmy – tego, kim są nasi klienci i po co do nas przychodzą.
– Rozumiem – mruknął Piotr, choć tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, co może być niezwykłego w klienteli odwiedzającej legalnie działającą firmę.
Podeszli do niewielkiego biurka, na którym stał jedynie monitor, klawiatura i myszka komputerowa. Sosnowy blat mebla pokryty był cienką wartwą kurzu. Ornamentowski skinął głową w stronę młodego chłopaka przy sąsiednim stanowisku. Tamten uśmiechnął się i natychmiast wstał. Był raczej niski i krępy. Jego, pokryta dziesiątkami piegów, twarz wyglądała tak, jakby ktoś posypał ją czerwoną papryką w proszku.
– Kogoż ja widzę – odezwał się serdecznym tonem. – Nowy?
Ornamentowski klepnął chłopaka w plecy.
– Jeszcze nie. Najpierw małe wprowadzenie.
– W takim razie jest już z nami.
Siedząca przy kolejnym stanowisku, atrakcyjna blondynka, rozłożyła ręce, po czym wstała i obeszła biurko.
– Cześć, jestem Monika.
Piotr chrząknął. A jednak mieli płeć przeciwną – stwierdził z zadowoleniem. Długie blond włosy i głębokie spojrzenie dziewczyny prawie go onieśmieliły.
– Piotrek – odparł.
Czy oni naprawdę są tu aż tacy szczęśliwi? – zastanawiał się przez chwilę, po czym Ornamentowski położył mu dłoń na ramieniu i poprosił, aby usiadł przed komputerem.
– Pokażę panu jak się w tym wszystkim poruszać.

Godzinę później wiedział już na czym dokładnie polegała praca w Drogowskazie. Był zaskoczony. Mocno zaskoczony. Bo w jakiej innej firmie płacą dwa i pół tysiąca za siedzenie na wygodnym krześle i zapisywanie nazwisk klientów w komputerze? Ciekawiło go, kim byli ci ludzie, w jakim celu sporządzano listy ich nazwisk i – jak oznajmił Ornamentowski zanim opuścił halę – wszystkiego miał dowiedzieć się w odpowiednim czasie. Musieli mu zaufać, potwierdzić swoje przekonania odnośnie tego, czy poradzi sobie w kontakcie z klientelą.
Tamtego dnia spędził przy biurku kilka godzin. Równo o dziewiętnastej mieli pojawić się klienci. Podobno przychodzili o wybranych godzinach. Dlaczego? Tego także nie wiedział.
Gdy już przybyli, wyczuł, bijącą z ich strony, powściągliwość. Stali w długich kolejkach, zniecierpliwieni i jakby zagubieni. Sprawiali wrażenie bardzo poirytowanych. Rzucali nazwiskami jak asami z rękawa. Głos niemal każdego z nich był beznamiętny i przypominał mamrotanie kogoś, kto przebywa w stanie absolutnej hipnozy. W skupieniu patrzył jak Monika zapisuje kolejne nazwiska. Co jakiś czas podnosiła wzrok, aby popatrzyć na twarze zgromadzonych. Ci z pochylonymi głowami wyrażali największe skupienie. Piotr pomyślał, że wyglądają jak modlący się księża. Niektórzy mieli zamknięte oczy, inni rozglądali się dookoła, nerwowo pocierając dłonie. Tkwił w nich niepokój? Przed czym? Potrzebowali pomocy?
Każdy z klientów był ubrany na czarno. Mężczyźni mieli na sobie drogie, eleganckie garnitury i wypolerowane buty, zaś większość kobiet ubrana była w garsonki i żakiety. Byli w żałobie? Może stracili niedawno kogoś bliskiego, a Drogowskaz miał pomóc im wyjść z depresji?
Bardzo prawdopodobne – stwierdził Piotr, obserwując zachowanie klientów.
Przez dobrą godzinę siedział sztywno na obrotowym krześle i wbijał wzrok w monitor komputera. Myślał o tym, co powiedział kierownik zanim posłał mu przyjacielskiego kuksańca i powtórzył słowa, których pierwszy raz użył podczas ich rozmowy telefonicznej.
– Jesteś wybrany…
Piotr uśmiechnął się, nie bardzo wiedząc, co mężczyzna miał na myśli. Zakłopotany, spytał:
– Dlaczego właśnie ja? Dlaczego zaproponowaliście mi to stanowisko?
Ornamentowski długo myślał, zanim odpowiedział. Kiedy już się odezwał, w jego głosie była duma i szczera radość.
– Jest pan prawym człowiekiem, dlatego.

Kolejnego dnia podpisano z nim umowę na okres próbny.
– Miesiąc, tak, jak uzgadnialiśmy – podsumował Ornamentowski, zdejmując okulary do czytania. – Potem zostanie pan we wszystko wtajemniczony.
Piotr uśmiechnął się.
– Dziwnie to brzmi.
– Ma pan rację. Teraz właśnie tak to brzmi. Z czasem wszystko pan pojmie.
Kontakt z pierwszym klientem bardzo go zaskoczył. Wysoki, szczupły mężczyzna w czarnym jak smoła garniturze pochylił się nad biurkiem i szepnął:
– Adam. Adam Żarnowski.
A potem obrócił głowę i zacisnął szczęki. Przez chwilę tkwił w tej pozycji nieruchomo, następnie zatrząsł mu się podbródek.
– Wszystko w porządku? – zapytał Piotr.
Mężczyzna otarł łzy i skinął głową.
– Ona sobie beze mnie nie poradzi – powiedział drżącym głosem.
– Kto?
Lecz nieznajomy zamilkł. Chwilę później ruszył w stronę długiego korytarza na tyłach hali. Wszyscy klienci po odejściu od biurka zmierzali właśnie w tamtym kierunku.
Następni byli jeszcze mniej rozmowni. Podawali swoje nazwiska i z miejsca kierowali się ku korytarzowi. Piotr uważnie obserwował każdego z nich. Niektórzy sprawiali wrażenie odizolowanych od świata – tak jakby nie mieli pojęcia gdzie przebywają i co ich czeka.

drogowskaz.jpg

Kilka dni później obudził się z krzykiem, zlany potem i rozdygotany.
– Matko… – wykrztusił wbijając wzrok w ciemności pokoju. Przynajmniej ból głowy ustąpił. Krótko po tym, jak opuścił Drogowskaz, zadzwonił do Lidii i oznajmił, że najbliższą noc spędzi w mieszkaniu rodziców.
– Łeb mi pęka i jedyne na co mam ochotę, to położyć się do łóżka i zasnąć.
– Dobrze, kochanie – odpowiedziała. – Jutro pracujesz od dwunastej do dwudziestej, prawda?
– Zgadza się.
– Przyjadę po ciebie i pojedziemy do mnie.
Uspokoił się, gdy zobaczył w umyśle jej rozpromienioną twarz.
A potem spojrzał na zegarek. Szósta.
Musiał pojechać do pracy. Natychmiast. Potrząsnął głową, usiłując odpędzić niepokój. Skąd się wziął, do cholery? Niepewnie wstał, po czym po ciemku odszukał czarnych bawełnianych spodni i świeżo uprasowanej koszuli. Odniósł wrażenie, że jej materiał jest nadzwyczaj miękki lekki i przewiewny.
Pośpiesznie wyszedł na korytarz, wsunął stopy w wygodne mokasyny, następnie zajrzał do pokoju rodziców. Spali, miarowo oddychając. Postanowił ich nie budzić. Najciszej jak to tylko możliwe opuścił mieszkanie i zamknął za sobą drzwi.
Biegł ile sił w nogach, co chwila potykając się o pęknięte płyty chodnikowe. Minął dworzec autobusowy i ogromny pomnik żołnierza z Westerplatte, a następnie przebiegł na drugą stronę ulicy, wypatrując dachów wieżowców na Placu Andersa. Gdy wreszcie ujrzał właściwy – pokryty zielonym szkłem budynek Andersii Tower, zwolnił. Nie czuł już zdenerwowania ani zmęczenia. Jedynie potrzebę stawienia się na miejscu najszybciej jak to tylko możliwe.
Przystanął na moment aby sprawdzić, czy wszystkie guziki w jego koszuli są zapięte. Mogłem założyć krawat – pomyślał, po czym wcisnął ręce do kieszeni i wolnym krokiem ruszył w stronę wejścia do wieżowca.
Nagle chmury otworzyły się nad nim, ziemią zatrząsł ogłuszający grzmot i z nieba lunął deszcz. Ku swemu sporemu zaskoczeniu nie poczuł zimna torpedujących go kropli. Nawet nie czuł gwałtownych podmuchów wiatru. Wstrzymał oddech, lekko zdezorientowany.
Miał właśnie unieść głowę i spojrzeć w niebo, aby upewnić się, że deszcz rzeczywiście pada, gdy po raz kolejny tego poranka uzmysłowił sobie, iż nie ma chwili do stracenia. Czekali na niego w Drogowskazie.
Wbiegł do holu budynku i skręcił w stronę wind. Jedna z nich była wolna, toteż wszedł do środka. Wyciągnął rękę aby nacisnąć odpowiedni przycisk, gdy ni stąd ni zowąd drzwi zasunęły się i maszyna ruszyła w dół. Stał oparty o lustro, co jakiś czas spoglądając na zegarek. Nie spóźni się, to najważniejsze. Odetchnął z ulgą, a potem winda zatrzymała się z hałasem trących o siebie metalowych części.
Pierwsze co zobaczył, gdy znalazł się w hali to sześć, albo siedem długich na trzydzieści metrów kolejek ludzi. Ich twarze były trupioblade, pociągłe o ciemnych, głęboko osadzonych oczach. Piotr jeszcze nie widział czegoś takiego. Od tych ludzi bił chłód i całkowita obojętność. Stali sztywno, co jakiś czas posuwając się o krok do przodu.
Zobaczył jednego z pracowników Drogowskazu. Młody, z zaczesanymi do tyłu włosami mężczyzna siedział za biurkiem i co jakiś czas unosił głowę, aby spojrzeć ekscentrycznemu klientowi w oczy, po czym zapisał jego nazwisko. Gdy kliknął „enter”, podziękował i zaprosił następnego. Mówił dość lekkim tonem, który brzmiał jak cicha, płynąca z radia, melodia.
Piotr stanął w kolejce, zastanawiając się, co jest grane. Był spięty. Ogarnęła go niepewność i oszołomienie.
Nie powinien tu być. Uzmysłowił to sobie gdy dostrzegł młodą dziewczynę w długiej, czarnej sukni, zmierzającą w jego kierunku.
– Pracę zaczynam o trzynastej – wymamrotał, spoglądając na swoje dłonie. Było mu zimno.
Dziewczyna podeszła do niego i zmrużyła oczy.
– Czy ty przypadkiem u nas nie pracowałeś? – zapytała podejrzliwie.
– Praco… pracuję, tak.
Skinęła głową.
– I pewnie nie wiesz, co tu robisz – jej głos nagle załamał się.
– Nie mam pojęcia. Coś wygnało mnie z łóżka i kazało tu przyjechać.
– Ach, tak.
– Powiesz mi, co się dzieje?
Dziewczyna wskazała palcem na sąsiednie stanowisko.
– Stoisz w złej kolejce – powiedziała. – Powinieneś ustawić się tutaj.
Niepewnie wysunął się z tłumu i zrobił dwa kroki w przód. W końcu zatrzymał się, zamyślony.
– Zaraz, zaraz. Dlaczego mam ustawić się w tej kolejce?
– Ponieważ ta, w której stałeś przeznaczona jest dla innego rodzaju klienta. Spójrz tylko na ich twarze. Nie wydaje ci się, że są… takie smutne? Chyba zaczęli żałować swoich złych postępków.
– Słucham? Postępków? Klienta? Możesz mi to wyjaśnić?
– Wyjaśnią ci. Na pewno ci wyjaśnią.
Piotr czuł, że jest dogłębnie badany spojrzeniem znajomej. W jej wzroku było coś, co skłaniało do podejrzeń, że sytuacja, w której się znalazł, wyglądała naprawdę dramatycznie.
Sekta – przeszło mu przez myśl – Wykorzystali mnie i zaraz marnie skończę.
– Życzę ci wszystkiego dobrego – usłyszał, po czym chciał jeszcze o coś zapytać, ale dziewczyna zniknęła w tłumie.
Po kilku minutach stał już przed biurkiem siedzącej na swoim stanowisku Moniki. Na jego widok rozchyliła usta i przez dłuższą chwilę nie mogła wypowiedzieć ani jednego słowa. Piotr dostrzegł, że jest mocno zaszokowana i bardzo blada.
– Nie wiem, co powiedzieć, Piotrze – odezwała się ledwo słyszalnie. – Naprawdę nie wiem.
Uniósł brwi i rozłożył ręce.
– Rozumiem, że ogólna tajemniczość to symbol rozpoznawczy tej firmy, ale może mi jednak powiesz, skąd się tu wziąłem?
Wiedział, jak idiotycznie zabrzmiało to pytanie, ale musiał je zadać. W końcu tak naprawdę nie miał bladego pojęcia, co go tu przygnało. I skąd, do jasnej cholery, wcześniejsza świadomość, że musi stawić się w Drogowskazie?
Monika pochyliła głowę i, zachowując absolutną powagę, posłała Piotrowi ukośne spojrzenie.
– Zatem o niczym nie wiesz – bąknęła dość niewyraźnie i zamyśliła się.
– O czym nie wiem?
– Czasami się nie wie, to normalne. Ale za moment wszystko stanie się dla ciebie jasne.
Wskazała palcem na długi korytarz i poprosiła aby udał się do środka.
– Gdy już tam wejdziesz poczekaj, aż ktoś cię zawoła.
– Mam wejść na korytarz? Przecież mi nie wolno!
Dziewczyna przez jakiś czas nie odzywała się. W końcu spuściła wzrok, wolno pokiwała głową i wyszeptała:
– Teraz już wolno, Piotrze.

Ktoś położył rękę na jego ramieniu. Odwrócił się na pięcie i ujrzał Ornamentowskiego. Mężczyzna uśmiechał się tajemniczo jakby lekko zaskoczony widokiem Piotra.
– Kto by pomyślał, co? – rzekł wreszcie i chrząknął.
– Panie kierowniku…
Ornamentowski przytknął palec wskazujący do ust chłopaka.
– Cii, nic nie mów, chłopcze – jego głos był nadzwyczaj jowialny.
– Ale…
– Cii.
Weszli do niewielkiego, ciemnego gabinetu. Pomieszczenie było puste nie licząc ogromnego, przymocowanego do ściany, ekranu. Zobaczył w nim swoje odbicie.
Tymczasem Ornamentowski po raz kolejny posłał mu uśmiech.
– Nie spodziewałem się tego, wierz mi.
Piotr popatrzył na niego, niewiele rozumiejąc.
– Co pan ma na myśli?
– Spójrz.
Nagle gabinet oświetliło ostre, bijące z ekrany światło. Było tak intensywne, że w pewnej chwili Piotr odruchowo zasłonił sobie oczy. Nie czuł jednak, aby światło go raziło.
Na ekranie pojawił się on sam. Spał, cicho pochrapując i śliniąc się jak niesforny noworodek. Jego lewa ręka bezwładnie zwisała z łóżka, a pięść była zaciśnięta, jakby usiłował coś zgnieść.
Następnie zobaczył sporych rozmiarów, kryształową popielnicę. Stała na okrągłym, sosnowym stoliku, nieopodal uchylonego okna. Znajdujący się w niej niedopałek papierosa dymił coraz intensywniej, a gdy chłodny podmuch wiatru strącił go na podłogę, poturlał się w stronę nóg łóżka.
– Obiecałeś Lidii, że rzucisz to świństwo – odezwał się niespodziewanie Ornamentowski.
Piotr przeniósł na niego wzrok, kompletnie skołowany. Nie odezwał się jednak ani słowem. Przypomniał sobie moment w którym zapalił tego papierosa. Czuł wtedy okropne ssanie, nie mógł się opanować. Pragnienie posmakowania tytoniu było przepotężne.
Ponownie spojrzał w ekran. Zobaczył płonący dywan. Z początku ogień wydawał się niepozorny – jedno przydepnięcie wystarczyło, aby go ugasić. Nie było jednak nikogo, kto mógłby to zrobić. A potem płomienie polizały drewniane nogi łóżka i w szybkim tempie zajęły prześcieradło.
Kiedy rozległo się głośne skwierczenie, Piotr odwrócił głowę, wstrząśnięty.
– Zatem wiesz już? – zapytał łagodnie Ornamentowski, po czym pomieszczenie spowiły ciemności.
Przez kilka długich minut Piotr stał nieruchomo, usiłując zrozumieć, co się wydarzyło.
– Szczerze ci powiem chłopcze, sądziłem, że dłużej u nas popracujesz – usłyszał. – Idealnie nadawałeś się do tej pracy. Nie masz na sumieniu niemal żadnych grzechów. Jesteś prawie czysty.
– Jak… – słowa stanęły mu w gardle.
– Jesteś w szoku, jak wszyscy, którzy odchodzą we śnie, albo giną nagle, na przykład w wypadku samochodowym.
– Moi rodzice – wydusił.
– Przeżyli. Twoją matkę obudził drażniący w nozdrza swąd spalenizny. Wybiegła do przedpokoju i zobaczyła, że twój pokój płonie. Było za późno za ratunek…
– Gdzie ona jest? Gdzie są moi rodzice?
– Nic im nie jest. Fizycznie, oczywiście.
– Boże…
– Wszystko w porządku, uwierz mi. Czeka cię odpoczynek i spełnienie. Będziesz szczęśliwy jak nigdy dotąd. A i zobacz, wiesz już czym trudni się Drogowskaz. Pewnie jesteś zaskoczony, co?
W panujących ciemnościach Piotr dostrzegał jedynie sylwetkę Ornamentowskiego. Z mężczyzny emanował nadzwyczajny spokój, a jego głos brzmiał tak dumnie jakby dostępował właśnie wielkiego zaszczytu.
– A pan? – wymamrotał chłopak. – Kim pan tak naprawdę jest?
W tym momencie w pomieszczeniu rozbłysło światło i Piotr odniósł wrażenie, że przebywa w zupełnie innym miejscu, niż jeszcze kilka minut wcześniej. Zniknął ekran telewizyjny, ściany przybrały błękitny odcień, a w oddali jego oczom ukazała się szeroka alejka. Po obu jej stronach unosiła się jasna mgła, podobna do oparów, jakie zwykle unoszą się nad taflą jeziora bardzo wcześnie rano.
– Kim pan jest? – powtórzył, oszołomiony.
– Jestem kimś, o kim zbyt wielu poetów pisuje kiepskie wiersze – odparł Ornamentowski i uśmiechnął się.
Poczuł się dziwnie, jakby w jednym momencie uszedł z niego ciężar tych wszystkich lat, gdy zmagał się z przeciwnościami losu. Spróbował odchrząknąć, ale nie potrafił.
– Byłeś prawym człowiekiem, Piotrze – usłyszał.
Odniósł wrażenie, że coś go tu przywiodło, że wcześniej stopniowo przygotowywało, uświadamiało, że niedługo nadejdzie ten moment. Moment, w którym zmuszony będzie opuścić jeden świat na rzecz innego. Nie była to napawająca strachem perspektywa. Zdał sobie sprawę, że nigdy nie będzie dane mu wrócić do domu. Pomimo tego, nie czuł niepokoju.
Chciał coś powiedzieć, lecz nie mógł wykrztusić ani słowa.
Rozejrzał się po pomieszczeniu.
A więc tak to wszystko wygląda – pomyślał. Nie słychać rozmów, trzaśnięć drzwiami, klaksonów… Nie można nawet mówić.
Nagle opętała go świadomość, że musi już iść. Dokąd? W jakim celu? To nie było istotne. Musiał po prostu ruszyć przed siebie. Wołało go inne miejsce – nieznane, przestronne, przyjazne.
Zrozumiał chyba, że życie pełne jest powściągliwości, pełne powątpiewania w rzeczy niedostrzegalne. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego umysł zaczyna stawiać pytania, na które nigdy wcześniej nie znał odpowiedzi. I odpowiadał na nie, demolując wcześniejszy sceptycyzm.
Wykonał kilka kroków naprzód, po czym przystanął i tym razem wydał z siebie cichy krzyk, swoistą modlitwę. Wiedział, że nie musi prosić o ochronę przed złem, lecz o ciepłe przyjęcie, miłość i wieczny spokój.
– Boże – wydusił.
I niemal od razu został wysłuchany.

Ilustrowała: spinelli/pinezka.pl