***

– Przyrodę trzeba troszku popraaawić – mruknęła Zuzanna zajmując pozycję na karimacie. – Weź no mi, Zeniu, liść sprzed tego fiołka.
Posłusznie wykonał polecenie, wciąż jeszcze trawiony poczuciem winy po zdemolowaniu altany sąsiada.
– A nie nastroszyłbyś mi tego meszku? Jakiś on taki klapnięty.
Nastroszył.
– Kurczę! Coś narobił?! – jęknęła.
– No, co? Nastroszyłem.
– A gdzie się podziały moje kropelki?
– A gdzie się podziały?
– To ja pytam. Delikatnie miałeś nastroszyć, a nie na chama.
Zenon machnął ręką. Nadzieję na to, że podporządkowując się manii żony doczeka się choć jednej sylaby dobrego słowa, porzucił już dawno.
– Przynieś wody ze strumyka – padło kolejne polecenie. – Ja jednak ten mech pokropię.
Wrócił po kilku minutach, w dłoniach niosąc odrobinę lodowatej wody.
– Nieee… No, nie w rękach, coś ty! Więcej mi trzeba. W kubku przynieś. Od termosu.
– Oszalałaś? Ta woda, to syfilis.
– W strumyczku? Czyściusieńka.
– To nie góry.
– I co z tego?
– A jak jakiś kmiot szczy do tego strumyka? Albo szambo spuszcza? W Polsce jesteśmy, szanowna pani. W Polsce. I ja mam potem pić z takiego kubka?
– Nie musisz. W ogóle nie… – urwała, zamierając bez ruchu. – A kto to jest?!
– Kto? – Zenon rozejrzał się dokoła.
– No, on. Ten, tutaj – zaaferowana wskazała mężowi liść dębu, który jej tak bardzo wcześniej przeszkadzał w sfotografowaniu mchu. Teraz już nie zawadzał w niczym – spacerowała po nim fauna, na którą Zuzanna przerzuciła się z flory.
– Ten, o? – upewnił się Zenon. – Co tu lezie?
– No!
– A ja wiem? – kucnął. – Żuczek, kurczę, jakiś. Nie znam. To ty byłaś w biolchemie. Cienko chyba zakuwałaś – chciał być złośliwy, ale Zuzanna już nie słuchała.
Pochłonięta komponowaniem kadru, zupełnie słusznie mając męża za laika, konsultowała się sama ze sobą.
– Psiakrew. Przy takim powiększeniu ostrość mi ucieka.
– Żuczek też – ucieszył się Zenon. – Popatrz!
– Jezu, zrób coś!
– A co, niby?
– Nagoń mi gnojka! Łap go!
– Stój, bo strzelam! Hände hoch! – ryknął Zenon i zatoczył się ze śmiechu.
– Nie durniej, błagam! Nagoń mi go patyczkiem – nie czekając, Zuzanna pstryknęła kilka zdjęć i niecierpliwie zerknęła w wizjer. – Gówno! Poruszone.
– A może ci tego żuczka nabić na igiełkę?
– Coś ty! – oburzyła się Zuzanna. – Mordować dla fotki nie wolno, to wbrew zasadom!
– Macie jakiś fotodekalog?
– A żebyś wiedział.
– Ok. Piąte – żuczków dla fotki nie zabijaj. I czego wam jeszcze nie wolno?
– Wielu rzeczy.
– Macie szlaban na wieprzowinę?
– Idiota – warknęła, z uporem usiłując „zdjąć” żuczka. – No, masz! On mi się teraz dupą odwraca!!! Zenek, zrób coś!
– Mam mu kazać warować, czy jak? – zarechotał. – Może nie posłuchać.
– W rękę go weź.
– Jeszcze czego.
– To na patyk.
Ten pomysł okazał się dobry. Owad wdrapał się na podstawioną przez Zenona gałązkę jesionu i znieruchomiał.
– Superrr! – cieszyła się Zuzanna. – Przysuń mi go bliżej. Co ci się tak ręka trzęsie? Piłeś coś wczoraj?
– Ja? Wczoraj? – zirytował się Zenon. – Kiedy ja ostatni raz miałem czas coś wypić, co? Chyba wodę z żelazka, kurde balans!
Patyczek z żuczkiem stuknął w soczewkę obiektywu.
– Ostrożnie! Teraz bokiem mi go daj. Albo nie. Mam tu jakieś mrówki.

Zenon odrzucił za plecy patyk z żuczkiem. Usiadł na pniaku i zapalił papierosa. Z rosnącym zniecierpliwieniem obserwował żonę. Z mrówek zrezygnowała dość szybko.
– Cholera, to wyższa szkoła jazdy. Rozłażą mi się – zmartwiła się. – Jedna tu, druga tam. Aaa! Tu! Tu mi lezie, franca! Nie, nie trzasnę jej, za szybka jest. O, do wody mi zwiewa!
– Może jej łódkę z papieru zrobię i strumykiem puszczę? Będzie ci się super kadrowało.
– I tam – zaaferowana Zuzanna nie wyczuła ironii. – Dobra, pies te durne mrówy drapał. Lepiej trzasnę sobie tę biedronkę… Albo nie. Ona jakaś nudna jest.
– Biedronka nudna? – zdziwił się Zenon.
– No, pewnie. Co by tu teraz… O! Patrz, no! Grzybek. I robaczek. Weź no mi go w dwa. W dwa patyczki, rozumiesz, i połóż mi na tego grzybka.
Zenon posłusznie pochwycił robaczka, by upozować go na wychylających się z mchu resztkach zeszłorocznej olszówki. Zbyt był jednak wściekły, aby się udało.
– Coś ty zrobił?! Jezu…
– Chyba za mocno ścisnąłem. Teraz masz dwa robaczki z jednego. Trochę zdechłe, ale przynajmniej nie zwieją – wycedził Zenon. – Nie będę ci ich musiał naganiać jak idiota!

 ***

Nie mogąc nie pamiętać o domowych obowiązkach, bez trudu i dość prędko zapomniał o seksie. Że z prokreacją już koniec, zgodnie zdecydowali jeszcze w erze przedfotograficznej, zaś o podkołdrzanym baraszkowaniu dla czystej przyjemności nie mogło już być mowy: za dnia brakowało ku temu sprzyjających warunków, wieczorami zaś i po nocach Zuzanna sterczała na balkonie, czatując na księżyc. Nic dziwnego, że plecy stały się tą częścią ciała żony, z którą Zenon obcował najczęściej.

Mógł się nimi delektować bez ograniczeń, gdy nurzając się w vortalowych odmętach całymi dniami tkwiła przed jego własnym pecetem. Mógł się nimi delektować także wtedy, kiedy buszowała po sklepach ze sprzętem, a on z miną katorżnika popychał wózek, z rezygnacją obliczając stan konta. Mógł się nimi delektować wreszcie wówczas, gdy stercząc za Zuzanną, gdy pląsała wokół statywu, czekając, aż nikonowska matryca wyssie odpowiednią dawkę światła z mroku spowijającego uśpione miasto.

Ustawiczna kontemplacja żoninego rewersu doprowadziła Zenona do ponurej konstatacji, że ona już w ogóle nie zauważa jego istnienia. Nie miał jednak racji, gdyż kiedy Zuzanna fotografowała (a nie oddawała się temu jedynie w pracy i we śnie) w pełni doceniała w małżonku kierowcę, wożącego ją od ujęcia do ujęcia. Często też mógł się realizować jako goryl, gdy uwieczniała tętniące toksycznym życiem meliniarskie enklawy Wrocławia. Przydawał się również jako tragarz sprzętu, którego z każdym miesiącem przybywało.

Przydawał się również jako tragarz sprzętu, którego z każdym miesiącem przybywało. Dźwigając plecak z przytroczonym doń statywem, Zenon wlókł się krok za krokiem i mozolił. Kolana i kręgosłup z każdą sesją coraz bardziej kategorycznie odmawiały mu posłuszeństwa, a na domiar złego czuł się jak towarzyszący himalaiście Szerpa nieznający angielskiego  –  kontaktu ze zleceniodawcą nie posiadał praktycznie żadnego. Mimo, iż nadal bardzo go kochał.

Jak było możliwe, że darzył żonę uczuciem niemniejszym, niż przed ofiarowaniem jej aparatu – nie pojmował. Rozwikłanie tej zagadki przekraczało jego intelektualne możliwości, a postronni nie mogli podsunąć rozwiązania, gdyż nikomu się nie zwierzał. Taki był. Od zawsze, aż po dzień, gdy wraz z żoną stanęli na skraju małżeńskiej fotoprzepaści.
W postawieniu kroków następnych dopomógł im Eugeniusz.

***

Na poboczu drogi krajowej nr 94 stał czerwony peugeot 106. Nieopodal niego sterczeli Zenon w pomarańczowym sztormiaku i Zuzanna w granatowym skafandrze. Oboje byli przemoczeni do suchej nitki, w odróżnieniu od zamontowanego na statywie aparatu. Był absolutnie suchy – Zenon parasolem osłaniał go przed ulewą, przeklinając w duchu internetową ekspertkę, która ten właśnie sposób poleciła Zuzannie jako znakomity na fotografowanie w deszczu. Genialna w swej prostocie metoda zapewniała pełnię artystycznego efektu przy zachowaniu całkowitego bezpieczeństwa sprzętu.

Lało coraz mocniej, obiektyw celował prosto w wyłaniającą się zza kurtyny deszczu wieżę kościółka w Świętem, Zuzanna pracowała koncepcyjnie nad ujęciem, a jej mężowi omdlewały ręce, w głowie zaś kłębiły mu się mordercze myśli:
Gdybym tak dorwał tę dziwkę od deszczowej fotografii, to bym ubił jak wesz! I każdy sąd by mnie uniewinnił!
Pośród strumieni deszczu najpierw z rzadka, potem zaś coraz częściej zaczęły się pojawiać lodowe kuleczki. Zrazu wielkości grochu, potem niewiele mniejsze od laskowych orzechów.
– Koniec tego dobrego. Jedziemy!
– Jeszcze dwie-trzy foty, kochanie – nieobecnym głosem rzuciła Zuzanna.
– A gówno! – wrzasnął. – Żadne kochanie! Jazda do samochodu, albo cię tu zostawię.
Gradowe bombardowanie ogłuszało Zenona na tyle, że z odpowiedzi Zuzanny nie dotarła do niego ani sylaba. Zupełnie zresztą nie był ciekaw, co wymamrotała. Jedyne, co go w tej chwili interesowało, to natychmiastowy powrót do domu. Miał dość.

Z lekka obrażona, ale też i zaniepokojona drugim już tego dnia mężowskim wybuchem Zuzanna usadowiła się w samochodzie, nie odrywając się jednak od aparatu. Grad postanowiła uczynić tłem, a samochodowe wycieraczki przeganiające z szyby strużki wody – obsadzić w roli pierwszoplanowej.

Widoczność spadła praktycznie do zera – przez Leśnicę Zenon przejechał na pamięć, podobnie na kredyt przeczłapał Pilczyce. Grad z impetem łomotał o karoserię peugeota, odbijał się od szyb. Asfaltu nie było już widać spod grubej gradowej kołdry zatykającej studzienki. Woda nie spływała z jezdni do kanałów, przez co ulica upodobniła się do gigantycznego drinka: uwięziona pomiędzy krawężnikami deszczówka udawała whisky, a grzechoczące w niej gradowe kuleczki – kostki lodu.

Mimo iż jechał bardzo wolno, peugeot Zenona wzbijał fontanny zmrożonej deszczówki. Tryskając jedna po drugiej, zalały w końcu gaźnik i silnik zgasł. Z chrzęstem miażdżąc kąpiący się w deszczówce grad, samochód stanął. Zenon zaklął na całe gardło. Kilkakrotne przekręcenie kluczyka nic nie pomogło. Grzmotnął pięścią w kierownicę.
– Przesiadaj się – ryknął do żony. – Ja popcham, a ty zapalaj!
Wyskoczył z samochodu, po kostki zanurzając się w lodowatej breji. Zuzanna przesiadła się za kierownicę.
– No to jazda! – krzyknął i naparł na mokry zad peugeota.
Samochód ani drgnął, dłonie Zenona ześlizgnęły się i stracił równowagę. Waląc czołem o zderzak padł na kolana, mrożąc je w topniejącym z wolna gradzie. Jęknął. Podniósł się i pokuśtykał do żony. Gwałtownie otworzył drzwi.
– Co ty do cholery wyprawiasz?! – wrzasnął. – Sprzęgło depnij, dwójkę wrzuć  i jak gnoja rozpędzę, to puszczaj pedał. Musi sukinsyn zapalić!
Zatrzasnął drzwi, dygocąc z zimna dopadł bagażnika i znów naparł z całych sił. Ciężko sapiąc i ślizgając się, zdołał ruszyć samochód z miejsca. Pchał wolno, potem szybciej, w końcu na tyle prędko, że prawie biegł. Siły tracił w tempie zastraszającym.
– Puszczaj!!!
Peugeotem szarpnęło i… stanął. Silnik na manewr Zuzanny nie zareagował, Zenon owszem.
– Znowu dwójka, sprzęgło i za chwilę puść! Jazda!
Zaparł się i ponownie rozpędził samochód. Nadaremno. Zrezygnowany i ledwo trzymając się na nogach podszedł do żony i wystękał:
– Zalało ciula kompletnie. Już nie mam siły.
– A nie możesz go zepchnąć na chodnik?
– Widzisz tu gdzieś chodnik? – warknął.
Ulica była w remoncie. Zamiast chodnikowych płytek, tuż za krawężnikami topniejący grad mieszał się z błotem, oblepiając porzucone przez robotników rury i zwoje kabli. Niczym lawa z wolna spływało do dołów czekających na nieobecne jeszcze latarnie.
– Nic nie wymyślimy. Luz i pilnuj kierownicy. Jedziemy do domu – zdecydował. – Już niedaleko. Może nie zdechnę.
Jeszcze kilkanaście miesięcy temu Zuzannie żal by się zrobiło umordowanego męża. Teraz współczuła samej sobie, gdyż z powodu awarii samochodu traciła doskonałą okazję „sfocenia” szaleństw marcowej aury.

***

Eugeniusza, znanego malarza abstrakcjonistę, który okresowo odpoczywając od pędzla z doskoku parał się fotografią, Zuzanna poznała na vortalu. Stało się to podczas „merytorycznej debaty” nad tym, czy „zdjęty” przez nią staruszek klęczący na tramwajowym przystanku jest zbyt „ciasny”, czy też nie. Autorka była niezmiernie dumna ze swego dzieła i spodziewała się w pełni ją satysfakcjonującej porcji oklasków. Długo jednak trwało, bite dwie godziny, nim pojawił się pierwszy komentarz. Zuzanna czekała nań cierpliwie, nie niepokojąc się brakiem odzewu – jako rutynowany user doskonale wiedziała, iż nikt nie chce się wygłupić, nierozsądnie chwaląc lub ganiąc nierozdziewiczone komentarzowo dzieło. Tak było bezpieczniej.

Hipermegazajefajne! – padło nareszcie i momentalnie w ślady defloranta poszedł tłum naśladowców. Superrrowa fota!, gratki, very bdb, cud klimacik, kopara do ziemi opada – w mig zaroiło się od „recenzji” zwyczajowo bardziej odzwierciedlających stany emocjonalne komentatorów oraz ich daty urodzenia, niż głębsze refleksje.

Wpisów z każdym kwadransem przybywało, a Zuzanna z niezdrowym rumieńcem na twarzy skrzętnie odnotowywała, kto ze skomentowanych przez nią kiedyś userów uczciwie spłacał dług pod przystankowym staruszkiem, z kogo zaś wyłaziło niewdzięczne internetowe bydlę. Z wielkim zadowoleniem witała autorka wizyty vortalowych tuzów, którzy pełnymi dostojeństwa mruknięciami dawali do zrozumienia, że fota jest całkiem nawet. Pilnie obserwując słupki oglądalności oraz pulsujący wskaźnik ocen, Zuzanna pęczniała z dumy, rozdając komento– i ocenodawcom emotikonowe całuski i uśmieszki. Pozostawała jednak czujna, dygocąc z lęku przed tym, co pod zdjęciem, które miało tak wiele odsłon i jakże wysoką średnią ocen – prędzej czy później musiało nastąpić. I nastąpiło.

Na scenę wstąpił miejscowy Autorytet w osobie wspomnianego Eugeniusza. Wydrwił mało rzeczową dyskusję pod zdjęciem, poczym przeszedł do analizy poziomu IQ komentujących, a następnie zdrowo przyłożył administracji vortalu, która jego zdaniem powinna wybanować tak dyskutantów, jak nieudolną i bezkrytyczną wobec swoich gniotów autorkę zdjęcia. Eugeniusz jasno dał do zrozumienia, iż jego wypowiedź winna być traktowana jako istny dar niebios. Jako manna na pustyni dyletanctwa oraz pustosłowia, za którą należy być Mu głęboko wdzięcznym.

Nawiązując wprost do przedmiotu dyskusji, malarz stwierdził autorytatywnie, iż lewego skraju zdjęcia nie może stanowić przystankowy słupek. Zasugerował pozostawienie większej przestrzeni na lewo od niego, co likwidowałoby ewidentnie naganną ciasność. Ciasność – jak to bezkompromisowo skonstatował – adekwatną do artystycznych horyzontów autorki fotografii.

Komentujący nie podjęli najmniejszej próby polemiki z Eugeniuszem, celnie przewidując, iż groziłoby to podobnie bezkompromisową i dogłębną analizą ich własnych zdjęć. Zuzannie nie pozostało nic innego, jak z furią rannej lwicy kontratakować w pojedynkę. Brocząc internetową krwią upokorzonej artystki, stwierdziła dobitnie, że trzeba być kompletnym durniem, by nie rozumieć, iż od rzekomej „ciasności” ważniejsza jest symbolika słupka, będącego alegorią braku społecznego odzewu na modły dziadunia o choć chwilę uwagi. Ripostując, Eugeniusz zadrwił, iż Zuzanna czyni klęczącemu starowinie wielką krzywdę, narażając go na kpiny, ponieważ skadrowała go tak, że sprawia wrażenie „walącego barana” w sporny element przystankowej wiaty. A czyni to niewątpliwie po to, by uciec ze źle skomponowanego zdjęcia, ponieważ mu wstyd za fotografa. Odpierając brutalną napaść, autorka zdjęcia zdecydowanie podkreśliła, rosząc łzami klawiaturę, swoje zdumienie skalą tępoty Eugeniusza, który nie potrafił dostrzec, iż modlący się dziadunio o ile faktycznie usiłuje uciec, to jednak nie z fotografii, a kajdan krachu systemu emerytalnego, którego bezwzględne realia wyrzucają marne jestestwo staruszka na śmietnik historii. Wyjaśnienie to, jako post factum z brudnego palca wyssane Eugeniusz ze śmiechem odrzucił, a jego brawurowa krytyka najpierw ostudziła gorące głowy cmokierów, potem zapędziła ich w mysie dziury, by wreszcie kazać im zrozumieć komentatorskie omyłki. Zaowocowało to rychłym pojawieniem się, początkowo nieśmiałych samokrytyk twierdzących, iż poczęli właśnie zauważać „pewne wady klęczącego dziadka”. Nic to nie pomogło, gdyż rozpalony wewnętrznym ogniem walki o prawdziwa sztukę Eugeniusz drwił z nich bez litości, absolutnie nie przyjmując do wiadomości, co też nowego mają do powiedzenia „po głębszym namyśle”.

Na wieść, że pod zdjęciem Zuzanny zrobiło się gorąco, zbiegł się tam tłum żądnych krwi drapieżników. Część z nich błyskawicznie (na wszelki wypadek anonimowo) zaatakowała Eugeniusza zarzucając mu jałowe krytykanctwo, tani lans cudzym kosztem, oraz artystyczną ślepotę. Inni przeciwnie – nie kryjąc personaliów poparli jego krytyczne stanowisko, odsądzając Zuzannę od czci i wiary zarówno z powodu przystankowego zdjęcia, jak i kiczowatości cechującej ponoć całokształt jej fotograficznej twórczości. W tym momencie do akcji wkroczyli vortalowi sędziowie śledczy upajający się demaskowaniem (cudzych) Towarzystw Wzajemnej Adoracji zajmujących się, ich zdaniem, tylko i wyłącznie krzewieniem wzajemnej miłości własnej, miast podnoszeniem warsztatowych umiejętności userów oraz kształtowaniem fotograficznych gustów z najwyższej półki.

Z każdym nowym postem dyskusja odchodziła od pierwotnego przedmiotu rozważań. tym szybciej, że do pierwszych skrzypiec – w pełni tego słowa znaczeniu – „dorwał się” pewien tyle do obrzydzenia szczęśliwy, co namolny autor wydanego (własnym sumptem wespół z córką właściciela prowincjonalnej drukarni) albumiku makroportretów grasującej w jego ogródku działkowym muchy ścierwnicy. Na początek ograniczył się do kończenia pozornie merytorycznych wypowiedzi linkami do własnych entuzjastycznych recenzji swojego dzieła. Nie znajdując odzewu przeszedł do uprawiania pozostałych odmian autolansu: od nachalnego (Uwaga! Album zatytułowany „Martwica” już w księgarniach! Silne doznania – gwarantowane!), przez aluzyjny (Przystankowa wiata? A co często leży martwe blisko niej? Padłe gawrony? YES! A co nad nim krąży? NO?!) do podprogowego (bzzz… bzzz… bzzz…).

Arcymistrz muszego portretu nieproszony „odpowiadał” na wszystkie posty w sposób ekwilibrystyczny, wszędzie wpychając swą skrzydlatą modelkę. Brakiem pozytywnych reakcji nie zrażał się w najmniejszym nawet stopniu. Śmiało i bez skrępowania, a także bez jakiegokolwiek związku z tematem dyskusji stręczył swój albumik każdemu, kto tylko się pojawił pod fotografią Zuzanny. Nawet bezpardonowy cios Eugeniusza (– Te nużąco „lansjerskie” wypowiedzi tyleż są warte, ile ulubiony pokarm sportretowanej w albumiku modelki) nie zbił natręta z tropu.

Dalsza dyskusja potoczyła już pod nieobecność obojga najbardziej zainteresowanych. Po wymianie serii prywatnych postów. Zuzanna i Eugeniusz zakopali topór wojenny. Bez udziału portalowej publiczności (ściślej – dzięki owemu brakowi) uzgodnili artystyczne pryncypia, przedyskutowali kluczowe problemy współczesnej fotografii i – od słowa, do słowa – zaprzyjaźnili się nawet jak na internetową powierzchowną praktykę niezmiernie szybko. Oboje artyści przypadli sobie do gustu tak bardzo, że zamieszkały we wsi koło S. Eugeniusz zaproponował nowej koleżance wernisaż w tamtejszym domu kultury.    Wniebowzięta Zuzanna z dumą wyraziła zgodę.

Obrotny artysta bezzwłocznie zabrał się do pracy i już po kilku dniach przesłał informację, iż sala w MDK jest już zarezerwowana, darmowa reklama w lokalnych mediach pewna, a frekwencja gwarantowana. Nie uściślił przy tym, że tłumów na wernisażu spodziewać się można tylko i wyłącznie dlatego, że tubylcy widzieli w Eugeniuszu nie tyle malarza–abstrakcjonistę, co słynnego na całą gminę ekscentryka i skandalistę. Siłą rzeczy spodziewali się, iż lansowana przez niego artystka również będzie w stanie czymś ich zbulwersować. Szeregi chętnych skosztowania fotograficznych przysmaków Zuzanny uległy cudownemu pomnożeniu na wieść, iż oprawę muzyczną wernisażu zapewni wrocławska skrzypaczka Justyna (słynna z koncertowych piersi – wieść o tym rozpowszechnił Eugeniusz szeroko), a żywym słowem przyozdobi fotogramy pochodząca ze stolicy województwa poetka, w cywilu komornik sądowy.

Wernisażowa szansa wprawiła Zuzannę w amok, a trema, oblizując się ze smakiem, pożerała ją kęs po kęsie. Artystka doszła do wniosku, że żadne z dotąd wykonanych zdjęć nie nadaje się na poważną ekspozycję. – Rozumiesz, Zeniu. Dla jednej dobrej foty trzeba cyknąć setki złych – wyjaśniła mężowi, który i tak ledwo już dźwigał swój krzyż, teraz natomiast musiał wziąć bardziej aktywny udział w sesjach żony, ponieważ: – Jeśli naprawdę mnie kochasz, to mi pomożesz!
Kochał, więc pomagał. Zaczął od tego, że zawiózł Zuzannę nad Stawy Leśnickie, ofiarowując się, iż osobiście będzie jej w kadr naganiał rozleniwione wczesnowiosennym słońcem kaczki. Nurzając się w podmarzniętym błocie, przedzierał się przez nadbrzeżne zarośla. Klaskał, kwakał, szczekał, gwizdał – Zuzanny jednak nie zadowolił. Albo płoszył ptaki za wcześnie, albo zmuszał je do lotu w niewłaściwym kierunku. Z sesji wyszły nici. Kto zawinił? Zenon! Przynajmniej w druzgocącej ocenie Zuzanny.

Kolejne sesje również z reguły wieńczyło fiasko. Jak by się nie starał! Czego by nie robił, by przychylić Zuzannie fotograficznego nieba! Kichnął – poruszyła zdjęcie, kaszlnął – spłoszył czaplę pozującą w tataraku, w nieodpowiednim momencie się wysmarkał – „zdejmowana” pod Halą Targową Cyganka uciekła gdzie pieprz rośnie.

***

 W zamierającym gradzie, stopniowo z powrotem przechodzącym w ulewę, w ślimaczym tempie wlokło się ulicą kilkadziesiąt samochodów. Stawce przewodził czerwony peugeot mrugający awaryjnymi światłami, pchany przez  przemoczonego do suchej nitki i ledwo żywego Zenona. Zawalidrogi wyprzedzić się nie dawało – z przeciwka również posuwał się sznur pojazdów. O tym, by nieszczęśnikowi pomóc, nie myślał nikt. Poprzestawano na mruganiu światłami i klaksonach.

Po kwadransie pozorowania głuchoty, symulowania, że kociej muzyki nie słyszy, udawania, że nie dostrzega złośliwie uśmiechniętych ryjów mijających go rodaków – Zenon dotarł do mety. Jakim cudem aż tak daleko udało mu się dopchać zdechłego peugeota – nie pojmował. Wiedział natomiast, że o własnych siłach nie zdoła postąpić już kroku. Ciężko klapnął na okalającym parking trawniku, usiłując złapać oddech. Zuzanna wychyliła się z samochodu:
– Co ty robisz? Zaziębisz się!
– Serio? Proszę, proszę! A myślałem, że gorzej być nie może.
– A co ze mną?
– Zasuwaj do domu – sapnął – I uważaj, żeby aparatu nie zamoczyć.
Na tyle był zmordowany, że nie uświadamiał sobie związku pomiędzy swoim aktualnym stanem, a hobby małżonki. Gdyby było inaczej, z pewnością nie troskałby się Nikonem – po prostu rozwaliłby w drobny mak wszystko, co tylko mogło fotografować.
– To ja lecę! – krzyknęła Zuzanna i wyskoczyła z samochodu. Kryjąc aparat pod kurtką,  pokłusowała w stronę bloku. – Puszczę ci wody do wanny, to się ogrzejesz!