Lucynda obwąchała nieufnie pigułkę swoim różowym ryjem, po czym połknęła ją, zamykając oczy. Zasyczało, zaszumiało i zamieniła się w piękną królewnę. Z radości ucałowała Wędrownego Sprzedawcę, a ten zasyczał i zamienił się w szkaradną ropuchę, która podskakując niezgrabnie zniknęła w zaroślach. Lucynda szybko zarzuciła na siebie jego ubranie, wyciągnęła z kuferka garść karmy i rzuciła w stronę kotów.
– Smacznego, przyjaciele – powiedziała pełnym szczęścia głosem.
– Słabo mi. Nie jestem głodny – powiedział Paskuda – chodźmy stąd, Czarnuchu, bo pachnie tu szaleństwem.
Ruszyli w dalszą drogę, zatrzymując się tylko przy strumyku, gdzie szczęśliwa Lucynda obmyła umazaną ziemią twarz.

Wiedźma von Moeltke przyglądała się Hance karmiącej piersią Niemowlę. Czuła jak narasta w niej pożądanie do Hanki i niechęć do Niemowlęcia, ponieważ chciała zająć jego miejsce przy piersi Hanki.
– Czy ja jestem nienormalna? Perwersyjna? Zboczona? – zastanawiała się, mieszając wywar ze skrzydeł nietoperzy, żabiego skrzeku i śluzu węża.
Za oparami, unoszącymi się nad kociołkiem, Hanka podała Niemowlęciu drugą pierś. Wiedźma jęknęła, rozpięła kilka zapinek swojej jedwabnej sukni i ruszyła w jej stronę, kiedy nagle usłyszała łomot na gościńcu prowadzącym do wsi. Zdenerwowana wyjrzała przez okienko i zobaczyła tuman kurzu unoszący się nad drogą. Kątem oka zauważyła, jak Hanka zapina bluzkę i układa Niemowlę na posłaniu. Tuman kurzu, zbliżał się, huk narastał i stawał się nie do zniesienia.

– Co to się dzieje, pani – zapytała Hanka, podbiegając i przytulając się do niej trwożliwie.
– Cholera wie – odparła Wiedźma, po czym poweselała nagle, czując dotyk drżącego ciała Hanki – wygląda to trochę jak tabun myszy w galopie, trochę jak stado rozszalałych szerszeni, nie wiem tylko dlaczego leci w naszym kierunku.

Ledwo wypowiedziała te słowa, a kurz w okamgnieniu opadł i stanął przed nimi szpakowaty mężczyzna o lekko kanciastej twarzy, ubrany w popielaty garnitur od Armaniego. Nieznajomy skłonił się dwornie i powiedział:
– Witam szanowne panie. Nazywam się RasPutin i jestem największym magiem po tamtej stronie morza. Przybywam tu, aby poznać, posiąść i pojąć za żonę Wiedźmę von Moeltkę, której sława ciągnie się jak mój kraj długi i szeroki, a opowieści o jej urodzie krążą zarówno wśród prostego ludu jak i starej, zaśniedziałej inteligencji. Słyszałem ponadto, iż jest nieskalaną dziewicą, która stroni od towarzystwa mężczyzn, ale pewny jestem, że potrafię przełamać te lody – skłonił się jeszcze raz, po czym ujął dłoń Hanki i wycisnął na niej pocałunek tak ognisty, że nieboga jęknęła i osunęła się na podłogę.

Wiedźma von Moeltke stała z otwartymi ustami, szybko jednak zreflektowała się, poprawiła suknię i sucho odparła:
– Jestem Gertruda von Moeltke, ty zamorski cudaku. Skoro mnie nie poznałeś, wybij sobie z głowy to, że mnie kiedyś posiądziesz, a tym bardziej pojmiesz za żonę. Tak między nami, nawet gdybyś mnie poznał, niewiele by to zmieniło w twojej sytuacji, bo nie lubię takich agresywnych, męskich, szowinistycznych buraków jak ty. Zbieraj się skąd przybyłeś, tylko nie rób przy tym tyle hałasu, bo Niemowlę śpi.
– A ona? – zapytał z niezmąconym spokojem RasPutin wskazując na Hankę i podkręcając wąsa.
– To mamka. Karmi niemowlę. Jest moja i tak zostanie. Żegnam!

Wściekła Wiedźma zatrzasnęła RasPutinowi drzwi przed nosem, po czym usiadła przed lustrem i zaczęła tropić zmarszczki na swojej pięknej twarzy. Hanka podniosła sięi pocierając piekącą dłoń podeszła do niej.
– Co to sie stało, pani? Nic nie pamiętam – powiedziała drżącym głosem.
– Nic – uśmiechnęła się lekko Wiedźma – oparzyłaś się wywarem. Podejdź bliżej to opatrzę ci rękę.
Kiedy Hanka podeszła, Wiedźma objęła ją wpół, jednym ruchem odarła ją z ubrania i zaczęła pieścić jej delikatne, różowe ciało. Hanka przez moment pomyślała o obronie, ale czując rozpalone usta Wiedźmy zapomniała o wszystkim i oddała się nadciągającej rozkoszy.

W wiejskiej gospodzie RasPutin leczył rozczarowanie kolejnym kielichem. Przechylił szkło do dna, po czym znienacka trzasnął pięścią w stół.
– Mówili, że jest dziewicą! – krzyknął znienacka do siedzących obok wieśniaków – a na własne oczy widziałem rocznego bękarta!
W tym momencie zachwiał się, zacisnął dłoń na szkle tak mocno, że szklanka rozpadła się w drobny pył, a wódka rozchlupnęła po kontuarze. Upadł na ziemię, pozieleniał i zamienił się w garść drobnych monet. Zdumieni wieśniacy podeszli rozglądając się nieufnie i zobaczyli, że wódka rozlana na blacie ułożyła się w słowa:

„Po pierwsze, Niemowlę nie jest bękartem. Stop. Po drugie, moje dziewictwo nie powinno nikogo obchodzić i jako takie nie powinno być przedmiotem knajpianych pogaduszek. Stop. Po trzecie zamierzam wstąpić w nieformalny związek z Hanką, pasierbicą Sołtysa. Stop. Monety zbierzcie do woreczka i wyślijcie Aerofłotem na adres Kremla. Stop. Pozdrawiam, wasza Wiedźma, Gertruda von Moeltke.”

Paskuda, Czarnuch i Lucynda mieli już dość tułaczki. Paskuda czuł się dużo starszy niż w rzeczywistości, nawet jeżeli nie było to możliwe, bo nigdy nie było ani nie będzie tak starych kotów. Czarnuch czuł się niedobrze po suchej karmie, którą karmiła ich Lucynda, a Lucyndę bolała promieniująca ciągle głowa. Milcząc szli nadmorską drogą, która po kilku manowcach zaprowadziła ich w końcu do warownego grodu. Kiedy weszli na podgrodzie, miejscowi wieśniacy zaczęli pokazywać palcami Lucyndę, szeptać, płakać i padać na twarz. Nie wiedząc o co chodzi zalegli na kupie słomy w pobliżu czyjejś obory, gdzie poczuli się swojsko i przyjemnie. Wieść o ich przybyciu rozeszła się niczym błyskawica, podpalając przy okazji kilka chałup i rażąc kilka sztuk domowego bydła. Nie minęła chwila, a z zamku wyszła do nich delegacja z Młodym Księciem na czele. Młody Książę był piękny do niemożliwości, dworzanie zaś wyglądali jak dworzanie, byli starzy, mieli obwisłe brzuchy, brudne kubraki, dziurawe pończochy i zaskakująco inteligentne twarze.
– Witaj, Świetlista Uranowa Księżniczko – powiedział młody Książę.
Zdezorientowana Lucynda obejrzała się kilka razy.
– Najwyraźniej ten pan mówi do ciebie – wyszeptał Paskuda , otwierając jedno oko.
Lucynda poderwała się, wyciągnęła z włosów kilka źdźbeł słomy, przygładziła strój Wędrownego Sprzedawcy Suchej Kociej Karmy i niezgrabnie dygnęła. Dworzanie zaczęli chrząkać znacząco, spoglądając po sobie, wymieniając dyskretne znaki i półuśmieszki.

– Ja i mój lud – kontynuował Książę – czekaliśmy na ciebie od stuleci. Czekaliśmy w ciemnościach, wierząc, że kiedyś przybędziesz i rozświetlisz nasze szare życie nowym światłem. Czekaliśmy tak długo, że niektórzy, bardziej wierzący umysłowi niż duszy zaczęli podejrzewać, że tak naprawdę na nic konkretnego nie czekamy – tu skinął ręką, a straż dworska sprawnie wyłuskała z tłumu kilku osobników. Młody Książę uśmiechnął się ponuro i kontynuował:
– Inni proponowali zacząć czekać na coś innego, jeszcze inni chcieli zbudować elektrownię wiatrową lub pływową – z całej świty, tylko kilku bezzębnych mnichów, przygłuchych księży, niedowidzących naukowców i natchnionych poetów pozostało na miejscu. – Lecz ci, którzy mimo wszystko wytrwali w swej wierze, stoją oto przed tobą!
– Cieszę się panowie, że wierzyliście – Lucynda skinęła lekko głową w stronę towarzystwa i uśmiechnęła się szeroko – Jestem. Ale o co panu konkretnie chodzi? – zapytała Młodego Księcia.
– Pragnę, abyś została moją żoną, Panią tego Księstwa, które ciągnie się jak okiem sięgnąć. Będziemy żyć długo i szczęśliwie, mieć całą gromadę dzieci, wnuków i prawnuków, psów, kotów, krów, królików, kur, kaczek i prosiaków – odparł szybko Książę.
– Żadnych prosiaków! – pisnęła Lucynda.
– Prosiaków!?? Czy ja wspomniałem choć słowem o prosiakach? Musiałem się przejęzyczyć. Oczywiście, żadnych prosiaków. Tylko to, czego zapragniesz. Zgadzasz się?
– Zaraz, zaraz. Nie tak szybko – wtrącił się znienacka Paskuda, podkręcając wąsa – najpierw ustalmy parę rzeczy. Po pierwsze, co to znaczy jak okiem sięgnąć? Możemy jakieś konkrety? Po drugie, nie chcesz nic więcej od tej dziewki? Zgadzam się, jest ładniutka, ale z tego co widziałem nie brak ci takich, rozsianych po zagrodach twojej krainy. A po trzecie – jak to ją nazwałeś na początku?

Przemowa kota poruszyła Starców towarzyszących Młodemu Księciu. Zbili się wokół niego i zaczęli szeptać mu do ucha. Poeci trącali w zachwycie struny swoich lutni, księża żegnali się ukradkiem, a mnisi raczyli się na osobności klasztornym winem. Trwało to do zachodu słońca, aż w końcu Książę podniósł ręce do góry i zaczerwieniony powiedział:

– Nazwałem ją Świetlistą Uranową Księżniczką. Oprócz tego, że chcę ją pojąc za żonę, żyć z nią długo i szczęśliwie, mieć gromadę dzieci i tak dalej, chcę aby raz dziennie, na godzinę przylgnęła swoim śnieżnym, promieniującym ciałem do stalowej gładzi agregatora w naszej starej elektrowni. Ożywi to gospodarkę, która tkwi w stagnacji, oświetli ulicę i sprawi, że ludzie będą szczęśliwi. A powierzchnia mojego królestwa to dwadzieścia dziewięć tysięcy dwieście osiemdziesiąt pięć kilometrów kwadratowych. Zadowolony?
– OK – mruknął Paskuda – trzeba było od razu mówić, że skończyło się wam paliwo jądrowe, a nie kręcić. Chcesz Lucyndo tego tutaj Księcia za męża?
– No jasne! – powiedziała podekscytowana Lucynda odwracając się i dyskretnie podkreślając szminką kontur swoich cudownie od niedawna zarysowanych ust – jest tak piękny, że aż niemożliwy – zaróżowiła się z emocji, pochyliła do ucha Paskudy i szepnęła – chyba się zakochałam!
– Tak, tak. Znam te emocje. Przeżywałem je co wiosnę – mruknął Paskuda.

Nazajutrz po południu Lucynda w obecności wszystkich mieszkańców zdjęła ubranie i ożywiła swoją energią stary agregator. W całym kraju zagościły radość i podniecenie, a także zapomniana przez większość energia elektryczna. Mimo kilku wypadków związanych z lekceważeniem przepisów BHP, wszystko potoczyło się dobrze. Za miesiąc odbył się huczny ślub, na który zjechali goście ze wszystkich krajów świata. Przyjechali wszyscy znaczni, nawet Wiedźma von Moeltke z Hanką, rozkwitłą i zamienioną w kobietę. Na widok tej cudownej pary młodzieńcy mdleli i z cichym szelestem osuwali się na podłogę. Wiedźma stanęła na progu w swojej żółtoczerwonej kretonowej sukience trzymając Hankę pod rękę i powiedziała, że dzięki miłości odnalazła sens życia i stała się jakby lepsza. Ponieważ większość gości dosyć chłodno przyjęło jej oświadczenie o wspaniałej duchowej przemianie, zwróciła na dowód swoich słów wolność Niemowlęciu i ożywiła starą Piastunkę. Wesele trwało siedem dni i siedem nocy, z przerwami na ładowanie agregatora. Po wszystkim koty, zgodnie z ich życzeniem, odwieziono wielką karocą na stare podwórze, nie szczędząc im po drodze jadła, relaksującej muzyki i napitku.

   Pszczoły bzyczały wokół pachnących kwiatów, niebo zmieniało swoje kształty i kolory, niezmiennie zachowując spokojne piękno. Leniwe, rozgrzane popołudnie prężyło się i rozciągało w nieskończoność, izolując spokojną enklawę od reszty świata. Wokół ludzie jak co dzień walczyli z atakami zwykłego życia, nie zdając sobie nawet sprawy z istnienia zdumiewającej enklawy normalności i szczęścia pośrodku swojego szarego świata. Nawet czas oszczędzał łaskawie widok Piastunki, Niemowlęcia i kotów, pokrywając go jedynie lekką szarą patyną, która przydawała mu nierzeczywistości i sprawiała, że coraz bardziej upodabniał się do obrazów starych, holenderskich mistrzów.

– Wiesz, Paskudo – powiedział Czarnuch przeciągając się pod kołyską ustawioną w cieniu ściętej gruszy – nasza przygoda była tak niewiarygodna, że czasami wydaje mi się, że wcale się nie wydarzyła.
– Masz rację – odparł Paskuda strzepując czymś, co wyglądało jak łapa, niewidoczny pyłek z czegoś, co wyglądało jak ucho – musimy jednak wierzyć, że wydarzyły się naprawdę, inaczej Młody Książe obudzi się w łóżku ze… świnią!

Powietrze wypełniło się bez reszty wstrętnym, kocim rechotem.

Ilustracje: Joanna Titeux/pinezka.pl