Stałem sobie w metrze i słuchałem muzyki. Niezbyt spokojnej, bo ta spokojna w naszych hurgoczących wagonach po prostu niknie. Z takich symfonii, nawet beethovenowskich, trzeba się niektórych fragmentów wręcz domyślać, rozpoznając je po szybszych wstawkach. Ogólnie czasem nawet to lubię, ale ciężko nazwać to słuchaniem muzyki. Nieważne.

Pewnie gdybym czytał książkę, jak mam to w zwyczaju, nie rozejrzałbym się wokół, a nawet rozejrzawszy się wokół zaczytanym wzrokiem, nie zwróciłbym na niego uwagi.

Jakieś pięć metrów ode mnie stał sobie, jak gdyby nigdy nic, Artur Rojek. Żebym jeszcze słuchał Myslovitz,  to pewnie złożyłbym to na karb złudzenia optycznego, zmęczenia, czy Bóg wie czego jeszcze. Ale nie. To była prawda. Miał takie smutne oczy i jak tak na niego parzyłem, to wydawały mi się z każdą chwilą coraz smutniejsze. Włos w nieładzie, taki trochę jakby rozespany, prosto z dworu, rozwiany. Twarz smutna, korespondująca z oczami.
Stał trzymając się barierki i trwaliśmy tak przez chwilę wpatrzeni w siebie. Ja z niedowierzaniem, on z bezbrzeżnym smutkiem. I nagle – to nie żart – ruszył w moim kierunku. Wiedziałem, że idzie do mnie, nie spuszczał ze mnie wzroku, zacząłem w duszy żałować, że nie mam żadnego ich albumu przy sobie, cholera, mam tyle płyt w plecaku i żadnej Myslovitz, a  przecież nawet patrzyłem w Empiku za nową płytą, do licha, nawet nie była taka droga…

Tak sobie myślałem, również nie spuszczając oczu z Artura, gdy ten tymczasem zbliżył się do mnie i coś powiedział. Przejęty wyciągnąłem słuchawki z uszu. Artur Rojek do mnie mówił!
„Słucham?” – zapytałem drżącym głosem. „Czego się tak kurwa gapisz, cwelu” – powtórzył Artur Rojek. „Nie, nic, nic” – odparłem machinalnie. „A może masz jakiś, kurwa, problem?” – ponowił pytanie tonem nieco bardziej zaczepnym. „Nie, przepraszam pana” – odparłem cicho.
Metro zatrzymało się na stacji i wyminął mnie, szturchając bokiem na odchodne. Patrzyłem za nim i wydał mi się jakiś taki trochę za duży… I ten kark taki szeroki, wygolony. Poza tym, czy Artur Rojek ubrałby się w dres? Nie, doprawdy, ależ byłem kretynem. Nie wiem, czemu ten palant skojarzył mi się z Arturem Rojkiem. Chwilowe zaćmienie umysłu? Otarłem pot z czoła i zakłopotanym wzrokiem rozejrzałem się po mimowolnych świadkach tej gorszącej sceny, po współpasażerach.

Wtedy właśnie zauważyłem, że przygląda mi się Bogusław Linda.