Najpierw krótkie, suche uderzenie, jakby z niewielkiej wysokości upuścić woreczek z grochem. Prawie nieuchwytne, ciche, efemeryczne. Potem skrzypnięcie, teraz trochę bardziej głośne i w końcu kulminacja – gdy cała stopa staje na ziemi. A potem druga noga delikatnie podnosi się do góry; ciężar ciała pozostaje na tej jednej stopie. Mija chwila i znów pojawia się krótkie suche uderzenie. Najbardziej fascynujące jest to, że jedno jest zupełnie nieodróżnialne od drugiego. Można skoczyć obiema nogami – uderzenie będzie mocniejsze, ale gdy się idzie, wtedy wszystkie dźwięki są takie same…

– Boże, czy ty zawsze musisz iść jak sierota? Chodź tu!
– Już idę, mamo!

***

    Lekko potrącona paznokciem wpadła w ledwie słyszalny rezonans. Gdybym miał dziesięć razy lepszy słuch, usłyszałbym, że mimo trzymania w dłoni zamieniła się w mały kamerton. Gdybym miał dziesięć razy lepszy wzrok, zobaczyłbym, jak moje odbicie drży, zupełnie jakby temu drugiemu mnie – w łyżeczce – zrobiło się zimno. Jestem tam, odbity, między ziarenkami cukru i plamami osadu na łyżeczce. Zniekształcony, trochę twarzy zgubiło mi się w nierównościach srebra, ale najwyraźniej jestem szczęśliwy. Uśmiecham się do siebie. A im bardziej mój uśmiech pojawia się na łyżeczce, tym bardziej jeszcze uśmiecham się do siebie. W końcu, niczym kotu z Cheshire, zostaje mi tylko uśmiech. Odbity na łyżeczce. Śmieję się jeszcze przez chwilę w odbiciu, ale uspokajam się szybko, widząc najwyraźniej, że tu, po tej „prawdziwej” stronie już minę mam poważną.
Trącam łyżeczkę leciutko, by usłyszeć jej dźwięk, ale jest zbyt cichy.
Potrącam mocniej, łyżeczka ucieka mi z dłoni. Widzę ją, jak na zwolnionym filmie, gdy powoli leci w kierunku podłogi.
I zanim zderza się z ziemią, słyszę zapowiedź dźwięku – jeszcze nie samo brzęknięcie, ono następuje później, prawie niezauważalnie, ale później. Słyszę ten dźwięk, który już wyrywa się by zabrzmieć – zanim ma do tego zupełne prawo. Tak jakby podłoga przygotowywała się na…

– Zostaw to! Zawsze musisz coś zepsuć. Chodź tu!
– Już idę, mamo!

***

    Najpierw jest zupełnie spokojnie i nic się nie dzieje. Jest tak spokojnie, że patrząc przez przymrużone oczy, gdy traci się poczucie głębi obrazu, można przez chwilę się zastanowić, czy nie jest to fotografia.
Potem pojawia się kreska. Początkowo jest zupełnie prosta, w zasadzie nie wiadomo, dlaczego ją widać. Może to tylko oczy nas oszukują, mówiąc, że jest prosta, a może jest to ten rodzaj prostości, który już się właściwie zakrzywiał, tylko spojrzeliśmy za wcześnie, a teraz nie może się już wycofać.
Potem widać, jak się zaokrągla, jak przybiera na wadze, jak się wybrzusza. Najpierw zupełnie czarna, jakby była ropą naftową, potem przez chwilę błękitna. A potem… potem już tylko srebrna, gdy światło zorientuje się, że dano mu szansę.
Pęcznieje coraz bardziej, jest doskonała. Z każdą chwilą coraz dojrzalsza. Mistycznie dąży do kształtu dla niej idealnego.
I w końcu urywa się, spada, w locie jeszcze drży, jakby niepewna tego ruchu, gwałtownego odcięcia się od tego, czym była przedtem. I wreszcie, gdy zyskuje pewność, że cokolwiek się stało, było to dobre, gdy wreszcie zyskuje idealną krągłość, najdoskonalszy kształt wszechświata, ginie. Rozpada się na tysiące małych kropel, z których każda ucieka jak najdalej, nie oglądając się za siebie…

– Zostaw ten kran! Wszędzie musisz pchać te łapy? Chodź tu!
– Już idę, mamo!