Nadeszła wiosna! Rozpanoszyła się jak co roku w naszych sercach i umysłach. Większy problem sprawiło jej zagoszczenie na naszych zmarnowanych patrzeniem w komputer licach i poskręcanych w precelki ciałach, dodatkowo niestety obciążonych kilogramami wchłoniętych grześków, jacusiów, kocich języczków (te z nieczystym sumieniem wiedzą o czym mówię 😉
Z podmuchem ciepłego wiatru i pierwszym naprawdę świetlistym polizaniem naszych twarzy promieniami słońca, poczułam wewnętrzną, nieprzepartą presję doprowadzenia do porządku swojego wyglądu, ba… nawet poczynienia daleko idących renowacji.

Głęboka lustracja nie pozostawiła złudzeń! Trza gruntowny remont zrobić (w końcu na każdy antyk przychodzi kryska i nie ma co omamiać samej siebie, że jestem jak dojrzałe wino).
Jako ten feniks z popiołów postanowiłam się odradzać! Odmładzana będę w cyklach, co prawda krótszych niż ten rajski ptak (jemu co pięćset lat wystarczało – dla mnie to stanowczo za długo) i nie w słonecznym Egipcie – niestety – ale na rubieżach Polski w środkowej Europie. Samokrytycznie przyznałam, że nie jestem Heleną trojańską, której uroda nawet przez dziesięć lat potrafiła nie ulegać zmianie, ale… przy zaangażowaniu osób zaprzyjaźnionych i środków własnych, zobaczyłam nikłą szansę. Możliwość zbliżenia się, do wizerunku kwintesencji kobiecości (jaki od dawna nosiłam, w zakamarkach marzeń przedsennych).
Im dłuższym przemyśleniom się oddawałam i im bardziej rozglądałam się po świecie (czyli Internecie) tym większej krystalizacji i precyzowaniu ulegały moje zamiary. Wiedziałam na pewno, że kroki muszą być radykalne (no, nie aż takie jak kąpanie w krwi dziewic, co z wielką nadzieją, acz marnym skutkiem, uskuteczniała krwawa grafka Elżbieta Batorówna) i w konsekwencji bardzo efektowne (w moim przypadku i przy moim charakterze wiadomym jest, że nie zadowoliłabym się półśrodkami). Do rozstrzygnięcia pozostała jeszcze kwestia, czym zająć się w pierwszej kolejności, tak by po inauguracyjnej metamorfozie udoskonalającej, odczuć już samozadowolenie i zobaczyć błysk zazdrości w oczach pseudokoleżanek (jestem chyba próżna, niestety, jak większość populacji ;).

Odpowiedź znalazła się natychmiast po zerknięciu w lustro, bo co ujrzałam pierwsze ??? Oczy! Tak, to zwierciadło duszy, które powinno być przepastne, wyraziste, naznaczone głębią intelektualną i osobowościową! U mnie, niestety, było z lekka przytłumione opadającymi powiekami, których, cholera, jeszcze w tamtym roku nie dawało się zauważyć. Niestety, wszystko płynie i moje powieki górne też niestety popłynęły w dół, przez długie, zimowe wieczory, spędzone na surfowaniu.

Z tej to przyczyny przyćmiony został bez wątpienia jeden z głównych atutów mojej urody – przepastny błękit oczu. Nie mogłam już filuternie (jak za starych, dobrych czasów) na hołdy im złożone niewinnie i lekko odpowiadać „naprawdę? Takie się piękne Panu wydają? Oj, to cudownie…” – udawać, że mam oczy jak boginie nieba, dobre wróżki i bohaterki bajek. Och! Jaką mi to dawało wyższość nad konkurentkami do ręki mojego mensha! Co najmniej raz na miesiąc szeptałam mu onego czasu stary wierszyk francuski: czy Ty wiesz, że błękitne oczy idą do nieba, zielone są skazane na piekło, czarne mieszkają w czyśćcu?! – jak będziemy razem, to zabiorę Cię do nieba bram (ekhhm, nie tylko dzięki oczom). Taaak, stare dzieje… Teraz ten, kto chciałby odczytać z nich mój charakter i dojrzeć duszę, miałby spore z tym kłopoty, gdyż nieszczęsne powieki górne stworzyły szczelną zasłonę dla tych świateł ciała (co bardziej złośliwi i tendencyjni mogą nawet snuć przypuszczenia, że ukrywam tam jakoweś oczy Gorgony albo inne siedlisko czarów, nota bene o uprawianie których niejedna paskudnica mnie podejrzewała). A przecież, moje marzenie wszak nieskomplikowane jest! Chcę znowu przeżyć chwilę uniesienia i usłyszeć, że w oczach mych, nieustannie skrzy się ogień prometejski, że one są księgami, akademiami, sztukami, które ukazują, zawierają, żywią świat cały!
Drogie moje! Przyznacie, że po podbudowaniu swoich chęci tak solidnymi rozmyślaniami i wspomnieniami, zrobiłam dobrze ścierając z oblicza kamuflujący mizerotę stanu aktualnego makijaż i udałam się do wrót jaskini, mego przyjaciela, maga, mistrza chirurgii plastycznej doktora Lanceta.

W tym momencie przeniosę Was na drugą stronę lustra, byście usłyszały z jego ust opowieść o tym, co ujrzał na mej twarzy i co postanowił z tym zrobić! 🙂

 

Dr Lancet:  Wiedziałem, że ona mi nie odpuści!  Oczywiście, zabiegi takie wykonuję bardzo często ale… jak operuje się osobę zaprzyjaźnioną i w dodatku taką, która ma zawsze dużo do powiedzenia, to jest to z lekka stresujące. Pierwszy raz przyjrzałem się dokładnie Corce, tak jak patrzę na swoje pacjentki.
Siłą posadziłem ją na krześle i ostrzegłem, że jak nie przestanie mówić to konsultacji nie będzie ani tym samym zabiegu. To skutecznie unieszkodliwiło ją na potrzebny mi do spokojnej analizy czas.
Jak w większości przypadków powieki Corki nabrały charakterystycznego wyglądu, który narzucił twarzy wyraz zmęczenia. Napięcie mięśni nie było już wystarczająco silne, skóra, w wyniku przesuszenia solarium, była rozciągnięta i mało sprężysta. Fałd skóry nie opadał jeszcze co prawda aż na rzęsy, ale w niedalekiej przyszłości mógłby doprowadzić do zawężenia pola widzenia. Poduszeczki tłuszczu wybrzuszały dość mocno sfałdowane powieki. Nie był to jeszcze co prawda obraz nędzy i rozpaczy, jak lamentowała pacjentka, ale niewątpliwie ząb czasu zaczął już ją kąsać!

W związku z powyższym z czystym sumieniem zakwalifikowałem pacjentkę do plastyki powiek górnych z powodu nadmiaru skóry i mięśnia okrężnego oka oraz nagromadzenia tkanki tłuszczowej pod bocznymi kątami brwi.
Zabieg wykonałem w znieczuleniu miejscowym.
Flamastrem zaznaczyłem w naturalnych bruzdach planowane cięcie tak, by było dobrze schowane. Pierwszy etap polegał na nacięciu skóry i wycięciu tzw. łezki skórnej w miejscu największego nadmiaru, następnie wyciąłem odpowiednią ilość mięśnia okrężnego oka, uważając na znajdujący się poniżej mięsień dźwigacz powieki górnej.

Kolejny etap to dodatkowe znieczulenie bocznego kąta brwi wykonane z poprzedniego nacięcia na powiece a następnie szerokie podreperowanie tej okolicy i wycięcie nadmiernej ilości tłuszczu głęboko, aż do okostnej górnego brzegu oczodołu czym uzyskałem likwidację nawisającej brwi. Po ostrożnym skoagulowaniu krwawiących naczyń, zszyłem odpowiednio kolejne warstwy uprzednio przecięte, czyli mięsień i skórę, używając do tego najcieńszej nitki. Na ranę położyłem maść z antybiotykiem.
Zabieg był zabiegiem typowym, wykonanym w sposób rutynowy. Corka otrzymała receptę na maść z antybiotykiem. Poleciłem przemywać ranę kwasem bornym i pokrywać wspomnianą wcześniej maścią trzy razy dziennie. O to, by zgłaszała się w moim gabinecie codziennie, nie musiałem nawet prosić!

 

Corka5: Dziewczyny, jestem drugi dzień po, żyję, widzę! Obrzęk nie jest tak duży, chociaż większy niż przed paroma godzinami. Oczy mi łzawią, ale da się wytrzymać. Już teraz wiem, że będzie dobrze! Siostry moje, po tak dobrym początku oczywiste jest, że na pewno na tym nie poprzestanę. Strach został przełamany!!! Wkroczyłam na ścieżkę wojenną w walce z Nieubłaganym Czasem! Będzie długa i trudna, wymagająca poświęceń ale… warto!!  Tak więc, do następnego zabiegowania! 🙂