Ostrzeżenie: zawiera (co prawda złośliwe) kryptoreklamy
ilustr. Marta Sala
Szwajcaria jest, jak wiadomo, krajem czekolady, gdzie na halach pasą się fioletowe krowy, dające czekoladowe mleko. Rok w Szwajcarii dzieli się na okres produkcji czekoladowych Mikołajów, czekoladowych zajęcy i okres zwykły, w którym dominuje czekoladowy kubizm. Obecnie – a piszę to w połowie marca – w pełni jest pora zajęcy.

Ciekawe jest, że obchody świąteczne są rozciągnięte w czasie i przesunięte w fazie. Od dawna już sklepy na zakupy świąteczne przygotowywały się w początku grudnia. Pamiętam rozczarowanie handlowców, gdy w połowie miesiąca zdarzyła się jeszcze piękna słoneczna niedziela, nie nastrajająca do kupowania prezentów pod choinkę. Ale co tam grudzień! Rok temu już w Halloween, zwany przez oldskulowców Dniem Wszystkich Świętych, widziałem w Ikei wielkie sanie, którymi z Finlandii Dziadek Mróz w barwach Coca-Coli przy dźwiękach Jingle Bells przywozi dzieciom gejmboje. Myślałem, że urwał mi się film, ale nie, wszystko się zgadzało.

Czekoladowe Mikołaje są w sprzedaży na dobry miesiąc przed szóstym grudnia, ciekawe, czy dzieci kojarzą, że ten dzień ma szczególne znaczenie? W zimie w sklepach jest ciasto karnawałowe, po szwajcarsku Fasnachtchüechli – coś, jak wielkie, okrągłe arkusze naszego chrustu. Ledwo zacznie się post, pojawiają się ciasteczka wielkanocne, Osterchüechli. Zawsze mnie korci, by spytać, czy to się naprawdę trzyma sześć tygodni.

Co ciekawe, niektóre święta obchodzone są punktowo, np. nikt nie urządza balów sylwestrowych od listopada, również ognie sztuczne są na Święto Konfederacji 1 sierpnia. Pokątną pukaninę w poprzedzające wieczory można zakwalifikować jako próby techniczne. Podobnie ciasto na Trzech Króli, spora drożdżówka do łamania na 6 części i środek – w jednej z nich jest korona, sprzedawane jest tylko we właściwym dniu. W pracy przy przerwie na kawę okazuje się, kto dzisiaj będzie królem.

Ale wiosna to czas zająca. Nawet wyparł chwilowo fioletową krowę.
Wszedłem dzisiaj do księgarni. Wszędzie trawa, jajka i zające. Że ma z tym wszystkim coś wspólnego cierpienie i triumf pewnego niedopasowanego społecznie syna cieśli z Nazaretu, pamięta mało kto. Pewna wykształcona kobieta przyznała mi się, że nie wie, jakie jest źródło tego święta*.

Do końca nie jest tak źle. Są msze w kościołach, na Niedzielę Palmową rozdają przy wejściu zielone gałązki. Ale to uroczystość coraz bardziej dla wtajemniczonych. I dla emigrantów – podczas święcenia pokarmów w sobotę można przekonać się, jak liczna jest lokalna Polonia. Dla większości to ostatnia okazja, by w słońcu pojeździć na nartach lub wybrać się przez Alpy pod palmy do Ticino, jeżeli kogoś nosi w tę stronę.

A przy okazji zjeść zająca.

—-

*Inna wykształcona stosownie dama (ale nie z kraju serów, banków i zegarków)
wyjaśniła, że zające są symbolem zmartwychwstania. Powołała się na niejakiego
Ambrożego z Mediolanu, męża wielce uczonego, zaliczonego w poczet Ojców
Kościoła, który w zmianie koloru sierści zajęczej upatrywał symbolu przemiany,
jakiej poddani zostaną zmartwychwstający w czasach ostatecznych.

Ilustracja: Marta Sala/pinezka.pl