Z notatnika męża Neverman:

Najbardziej dają się we znaki skoki temperatury i ciśnienia. Praktycznie w ciągu kilku godzin temperatura może nagle skoczyć lub spaść o 10° C, a wilgotność o kilkadziesiąt procent. Wilgotność jest tu kluczem do odbierania świata zewnętrznego. 30 stopni Celsjusza przy wilgotności 30 proc. to dotkliwy upał, a przy wilgotności 90 proc. to milutka sauna. Co kto woli – my wolimy saunę.
Z tutejszą zimą jest odwrotnie, a mianowicie przy dużej wilgotności ziąb jest znacznie dotkliwszy. Choć śnieg tu nie spada a w lipcu (środek zimy) szerokie bulwary zdobią palmy i cyprysy, to wiatr i ziąb są dość dotkliwe. Meteoropatów tu nie ma, bo dawno wszyscy wyginęli..

Kobitki, z tego co widać na ulicach – bardzo przeciętne. Może od kilku lat mam skrzywienie, ale generalnie nic się nie rzuca w oczy. Dominuje tu rasa biała, Indian niewielu, Murzynów praktycznie nie widać, apetycznych Mulatek ani na lekarstwo.
Z męskiego punktu widzenia przyjemności są dwie – wspaniałe tanie żarcie i trunki. Argentyńczycy jedzą masę mięsa (75 kilo rocznie na głowę mieszkańca !) i wcale się temu nie dziwię, bo jest wspaniałe!
Jak najmniej sosów, dodatków, sałatek i innego chłamu! Mięso jest przysmakiem samym w sobie. Najlepiej pieczone na węglach lub grillu a w domu na specjalnych żeliwnych patelniach.

Knajp jest masa i są dosyć tanie. W sklepie wybór od dziczyzny, przez wołowinę i to w podziale na cielęcinę (smak inny niż w Polsce), jałówki, dorosłe, krowy i byki itp.- do tego każda cześć padliny ma inną nazwę i trudno sie połapać. Dalej: prosiaki w całości lub częściach, wieprzowina, baranina, kozie mięso i ptactwo a to wszystko mniej więcej o połowę tańsze niż w kraju. W domu zacząłem od ozorów i cielęciny, potem nauczyłem się robić olbrzymie befsztyki i piec prosiaka. A to dopiero początek.
Z wędlinami gorzej, bo większość nie na nasz smak, ale już też mamy kilka ulubionych.
Poza tym owoce morza. Jak ktoś lubi, to może bez większych uszczerbków w budżecie zrobić sobie danie z pół kilograma dużych krewetek królewskich (bez pancerza), które w naszej prywatnej kuchni ochrzciliśmy jako „śmierdziuszki”. Dla wielbicieli kuchni orientalnej – parę kroków od domu „wolny widelec” po hiszpańsku, a po polsku „szwedzki stół” – gdzie za bardzo symboliczną opłatą kilkadziesiąt dań kuchni orientalnej z sushi włącznie.  Co w tym wszystkim najdziwniejsze: wcale nie tyję, a nawet wygląda na to, że lekko spadam na wadze utrzymując reżim bezchlebowy i bezcukrowy. Coś musi być w tej kuchni, bo na ulicach widać niewiele osób puszystych (znacznie mniej niż w Polsce).

Alkohole to tutaj Eldorado – poczynając od argentyńskich (i nie tylko) win i szampanów, których jest cała masa i to dobrej jakości w cenach polskich jabcoków, przez Martini i Cinzano po 4 PLN za litr. Ceny całkiem przyzwoitej whisky, ginu i wódki zaczynają sie od 5 złotych za litr – smakosze kupują po 15 PLN ! Dla dziewczyn wszystkie słodycze typu Bols (kilkanaście smaków) po 5 zł.

   Samochody – jest wszystko . W części naszego budynku w salonie nowe jaguary, sportowe i terenowe mercedesy, BMW. Kilka kroków dalej rolsy, bentleye itp. i trochę tego jeździ po ulicach. Szaraki maja renówki, cytryny i fiaty.
Ulice są szerokie, ale Argentyńczycy nie zauważają pasów ruchu, ani przechodniów i chyba nie wiedzą do czego służą kierunkowskazy. Powinni tu organizować szkoły przetrwania w ruchu ulicznym. Dobra selekcja naturalna – nie masz siły podnieść ciężkich drewnianych rolet w chałupie? – żyj w ciemności. Nie jesteś na tyle sprawny żeby przebiec na zielonych światłach przez 12-pasmowa ulice? – nie przejmuj się roletami, bo w trumnie i tak ciemno. To samo dotyczy kierowców bez refleksu.

 

Z notatnika Neverman:

Może to przez pogodę, ciśnienie spadło dramatycznie, od rana coś na kształt biblijnego potopu, temperatura o te głupie 20 stopni niższa.
Wczoraj wróciliśmy do domu przed drugą w nocy. Pojechaliśmy na tutejszy Kazimierz (tj. na San Telmo) do teatrzyku Moliere na premierowe przedstawienie, w którym jak zwykle dominowało tango, tango, tango. Przyjeżdżamy na ten ichni Kazimierz, a tu pusto, głucho i ciemno, dookoła ni żywego ducha, kawiarenki wymarłe – wprost dzielnica-widmo… Pomyślałam: „No, zaczyna się prawdziwy kryzys. Ludzie siedzą w domu”. Spektakl, który miał się zacząć o 22.00, rozpoczął się z tradycyjnym godzinnym poślizgiem, ale warto było czekać. Choć przedstawiciele prasy mają być dopiero w środę wiadomo, że szykuje się rewelacja sezonu. Bardzo nam się podobało. No i wychodzimy z tego teatru po pierwszej w nocy, a tu: dzielnica szaleje. Kawiarenki zapełnione, tłumy ludzi na ulicach, wszędzie rozbrzmiewa muzyka; światło, gwar, wesoło. Po prostu tu się bawią dopiero od 23 aż do bladego świtu i odsypiają w niedziele.

PS. Czy pisałam o Księżycu? Kiedy jest kwadra i patrzę w rozgwieżdżone niebo, coś mi tu nie gra. WIEM!!! Otóż Księżyc nie „stoi” jak u nas i nie przypomina rogalika, lecz „leży” i wygląda jak złota kołyska. Układ gwiazd jest rzecz jasna też inny. I wtedy uświadamiam sobie po raz kolejny, jak daleko jestem od Domu…

Zdjęcia z archiwum autory

Poprzedni odcinek