fot. autorki

Argentyna. Kraj, o którym wiedzieliśmy niewiele. Evita, tango, yerba mate, football, wołowina, Cortazar. Jak się tam żyje? Czy aklimatyzacja będzie długa i bolesna?

Oto fragmenty naszych zapisków z pierwszych miesięcy pobytu.

Z notatnika męża Neverman:
Europejskie wyobrażenia o Argentynie w niewielkim stopniu odpowiadają tutejszym realiom.
Z pojęć ogólnych – wszyscy mieszkańcy Ameryki Południowej i Środkowej to AMERYKANIE i tak o sobie mówią. W Europie nazywamy tak tylko mieszkańców USA. Prowadzi to czasami do nieporozumień. Na przykład ucieszyłem się, kiedy w hotelu powiedziano mi, że będzie „amerykańskie śniadanie”, bo w europejskim nazewnictwie oznacza to, że będzie co zjeść. Ku mojemu zaskoczeniu śniadania były bardzo skromne (słodka bułka i kawa), ponieważ było to „południowoamerykańskie śniadanie” – bo kto jada obfite śniadania po nocnej wyżerce, która jest tutaj w zwyczaju?!

W wyobrażeniach większości Europejczyków w Ameryce Południowej jest ciepło, a w Ameryce Północnej chłodniej. Przenosimy tu nasze odniesienia z maleńkiej Europy (na północy zimno, a na południu ciepło). W przypadku Ameryki Południowej jest dokładnie odwrotnie – im dalej na północ tym cieplej, a im dalej na południe – tym zimniej.
Argentyna położona jest właśnie w najchłodniejszej strefie Ameryki Południowej – w części nazywanej tu „cono sur” – południowy róg.
Ponieważ jest to olbrzymi kraj – o rozpiętości z północy na południe znacznie większej niż w Europie, to mamy tutaj różnorodność od strefy podzwrotnikowej (północ) do antarktycznej. Choć w stolicy państwa, Buenos Aires, zimą nie ma śniegu i mrozu, a tutejsza roślinność jest urozmaicona palmami – to jednak nasza palma na balkonie tej zimy przemarzła.

Buenos Aires nie leży (wbrew powszechnej opinii) nad morzem. Leży nad słodkowodną olbrzymią zatoką La Plata, bardzo płytką i brudną, a kolor wody jest brązowy. Zatoki z miasta prawie nie widać, dostęp do wody jest tylko w niewielu miejscach. Do najbliższej argentyńskiej miejscowości nadmorskiej, Mar del Plata, jest taka sama odległość jak z Warszawy do Gdańska, a latem tłok jest tam taki jak na plaży w Sopocie (temperatura wody też podobna) – bo w mentalności Portenos ( tak się tu nazywają mieszkańcy BsAs)- to przecież bardzo blisko!
Do strefy podzwrotnikowej – przepiękne wodospady Iguazu, które warto zobaczyć – odległość jest taka jak z Warszawy do Madrytu.
Na południu Argentyny warto zwiedzić lodowce, tzw. glacjale i przy okazji zobaczyć na wolności wieloryby, pingwiny, foki itp. z tym, że koszty podróży w lotniczej w tamte okolice ze względu na odległość są podobne jak koszt podróży do Rio de Janeiro. Co kto woli. Piękna też jest kraina jezior – takie tutejsze Mazuro – Bieszczady i zaledwie w odległości 1000 kilometrów od Buenos, ale chyba taniej i ciekawiej jest polecieć do Santiago de Chile!

   Takie są dylematy turystyki w Argentynie. Najlepiej to podsumował ambasador Rosji, który powiedział, że tu sie czuje jak w Moskwie – bo stąd wszędzie daleko.
Te odległości to  jeden z głównych powodów, dla których  nie zdecydowaliśmy się na kupno samochodu. Do pracy chodzimy spacerkiem. Po mieście poruszamy się autobusami lub taksówkami (czasami metrem) a na 1000 kilometrowe wyprawy samochodowe nie mamy ochoty – lepiej uzbierać pieniądze i polecieć samolotem.

Samo Buenos Aires natomiast jest  fascynujące. Powierzchnia prowincji Buenos Aires jest mniej więcej równa powierzchni Polski. W olbrzymim mieście (17 milionów mieszkańców) jest wiele ciekawych miejsc i atrakcji do zaliczenia.
Powiem tylko, że mieszkając tu od 10 miesięcy ciągle odkrywamy w Buenos coś nowego i wiemy, że jeszcze wiele przed nami. Do tego dochodzi oaza – turystyczno wypoczynkowa Tigre – jakieś 60 kilometrów od centrum (pociągiem lub autobusem) oraz możliwość względnie taniej wyprawy do Urugwaju 45 minut wodolotem ( trzy dni w granicach 200 dolarów od osoby). Dla zasobniejszych portfeli oczywiście cała Argentyna jest do zaliczenia, chociaż my tam wolimy na Północ! A tyle jest do zobaczenia! (Brazylia, Paragwaj, Boliwia, Peru itp.).
Dlatego między innymi mówi się, że turystyka w Argentynie jest stosunkowo droga. Teraz w rezultacie kryzysu koszty spadły prawie trzykrotnie w porównaniu z 2000 rokiem – co spowodowało w zeszłym roku boom turystyczny.

Z notatnika Neverman:  

Buenos Aires jest szalenie barwne. I nie chodzi mi li tylko o architekturę: jak się można spodziewać po mieście założonym w XIX wieku (w dodatku gros roboty wykonał jeden architekt, Charles Thay), przy szerokich ulicach dominuje neoklasycyzm, dużo gmachów i pałaców, w bogatych dzielnicach króluje zieleń (cyprysy, palmy a bluszcze oplatają domy) a w biednych – slumsy…
Wspomniana barwność polega na różnego rodzaju przybytkach, nie ukrywam, że sklepach z unikatowymi rzeczami (muzyczne, księgarnie… jest nawet sklep z akcesoriami do jak najbardziej na serio czarnej magii – wyczailiśmy go w jednym z pasaży), restauracjami, kawiarenkami itp. Barwność polega też na tym, że WSZYSTKIE kolory są tu intensywne, nasycone, skąpane w słońcu i tej wilgoci. Nie jest tak szaro i buro jak w Europie.

Tyle, że egzotyki jako takiej w samym Buenos nie ma. Czasami przemknie jakiś gaucho czy natkniemy się na festyn ludowy… Stolica bardzo „światowa”, jedynymi wyraźnymi elementami odróżniającymi ją od innych są yerba mate i tango… Buenos Aires nie bez powodu zwane jest Paryżem Ameryki Południowej. Ludzie są bardzo sympatyczni. To potomkowie emigrantów włoskich, hiszpańskich, angielskich czy ogólnie – żydowskich. Indian na ulicach nie widać. Można ich spotkać na Północy, ale tam królują białolice szatynki i blondyni.

Obecnie tematem numer jeden jest kryzys. Ludzie stracili mnóstwo pieniędzy wkładając je do banków gdy przelicznik dolara do peso był 1:1 i wyjmując teraz (limit do równowartości 1000 dolarów ale w peso), gdy jest 1:3,20. No ale umówmy się: w sklepach jest nie tylko sól i ocet. Do naszego kryzysu jeszcze im daleko, jadą na pożyczkach, o których oficjalnie powiedzieli Funduszowi Walutowemu, że na razie nie spłacą. Zobaczymy co będzie jak źródełko wyschnie… Specjaliści szacują, że jeszcze z rok potrwa sztucznie nakręcone prosperity, przejawiające się m.in. zawyżonym kursem dolara, a potem to tylko płacz i zgrzytanie zębów.

(ciąg dalszy w następnym numerze)

Zdjęcia z archiwum autory