Jak wiadomo, okres poświąteczny skłania tylko do jednego… a mianowicie do „nicnierobienia”, czyli według nomenklatury z lat 80-tych, a więc lat mojej edukacji kulinarno-alkoholowej, do tzw. „leżenia bykiem”. Pomysł na ten artykuł powstał, gdy moja małżonka w ramach zakupów nabyła drogą kupna porcję 70 dag zapakowanej wołowiny z wielkim, ogromnym napisem „mięso z młodych byków”.

W pierwszym odruchu oczywiście zapytałem: a czemu nie z bycząt?… hihihihi…  pamiętając, jak to kiedyś w jednym z wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych zobaczyłem napis, zrobiony mazakiem na tekturze, o treści: ”filet z piersi kurczęcej”. Skoro istnieją kurczęta, to istnieją też – zgodnie z prawem analogii – byczęta, dziewczęta… a nawet chłopięta – cokolwiek to słowo oznacza.

Jak widać powyżej – mnie samemu nic się nie chce, ponad prowadzenie idiotycznych dywagacji marginalnych w pozycji „na leżąco”. Będzie to więc, jeden z najszybszych do zrobienia, przepis na wołowinę, pozwalający nawet na czytanie w trakcie gotowania.

Bierzemy kawałek wołowiny i wyjmujemy go z opakowania. Mięso kroimy na plastry grubości 1-1,5 cm, koniecznie w poprzek włókien. Mięso dobrze jest delikatnie rozbić, ale jak się komuś nie chce, to oczywiście nie musi. Wystarczy tylko plastry ułożyć na dnie dużego gara z przykrywką.
Kroimy w drobną kosteczkę dwie duże cebule i także wrzucamy do gara. Może to być normalna, biała cebula – ale ja polecam czerwoną. Jest dużo delikatniejsza w smaku i łatwiej się rozpada. Należy tam jeszcze dorzucić 1/5 kostki masła – może to być miks – ale żaden olej roślinny czy margaryna. Tego typu tłuszcz pozostawi nam brzydkie tłuste oczka i nie zrobi się nam pyszny, smakowity sosik, tylko błotnista miazga.
Należy tam jeszcze wrzucić dwie kostki rosołowe, dwa albo trzy liście laurowe, pięć ziarenek ziela angielskiego (jak się ma), łyżeczkę tymianku, trochę popieprzyć, a na samym końcu zalać wodą – tak, aby na dnie była warstwa około 1,5 cm. Oczywiście, można też dodać trochę innych przypraw – tutaj inwencja jest jak najbardziej pożądana, po prostu: co kto lubi. Ja czasem jeszcze dolewam kieliszek wina albo pół szklanki piwa – bardzo wyostrza to aromat niektórych przypraw.

Kiedy w garnku znajdzie się już wszystko, co miało się w nim znaleźć, stawiamy go na tzw. „wolnym ogniu” (w wypadku płyty ceramicznej – na dwójce), pod przykryciem i czekamy, aż łagodnie i radośnie bulgotający płyn – czyli woda – zredukuje się nam o jakieś 70 procent. Trwa to około 30 do 40 minut – w tym czasie można spokojnie dopić resztę piwa (tego, które nam zostało po ewentualnym dolaniu do sosu) i przeczytać gazetę. Do tego czasu mięsko powinno być już idealnie miękkie, a nawet zacząć się powoli rozpadać. Właściwie cała potrawa jest już w tym momencie gotowa. Można tylko ewentualnie – w ramach walki z brakiem kalorii – zdjąć całość z ognia i zabielić śmietaną. Można też, jeśli chcemy, aby potrawa była bardziej syta, wrzucić do duszenia (czyli na początku – przed dolaniem wody) pokrojone grzyby. Nie jest to obowiązkowe, ale ta wersja także jest przeze mnie sprawdzona i smakuje całkiem całkiem.

Polecam podawać to z gotowanymi ziemniakami albo kaszą gryczaną. Dobra jest też wołowinka z razowym chlebkiem (to, jakby się komuś nie chciało obierać ziemniaków…). Nie muszę chyba przypominać, że warto jest zrobić tego więcej, bo jak większość potraw – najlepiej smakuje odgrzewana na drugi dzień.

Smacznego.