Mmm… karpatka, eklerki, ptysie. Mówi wam to coś? Tak, tak dzisiaj w obroty weźmiemy ciasto ptysiowe. Jest jednym z prostszych ciast do zrobienia i raczej nie ma możliwości, że nie wyjdzie. No chyba, że nie będzie chciało rosnąć – ale wtedy zawsze możemy powiedzieć, że to Karpaty, a nie Himalaje.
Na pierwszy ogień pójdzie przygotowanie ciasta, a później zajmiemy się nadzieniem do tego ciasta.

Ciasto ptysiowe:
1 szklanka wody
1/2 kostki margaryny (250 g)
1 szklanka mąki
3-4 jajka (jak małe, to można dodać jeszcze jedno)

W rondelku gotujemy wodę z margaryną, na gotującą się wodę wsypujemy mąkę i cały czas energicznie mieszamy, uważając aby mąka się nie przypaliła. Ciasto jest dobre, gdy ma lekko szklisty wygląd (początkującym radzę spróbować, czy nie czuć smaku surowej mąki – później odpowiedni stan ciasta rozpoznaje się na oko) i odchodzi od garnka. Ciasto zostawiamy do ostygnięcia.
Jeżeli ktoś nie grzeszy cierpliwością, może poczekać, aż ciasto będzie lekko ciepłe (chodzi o to, żeby jajka nam się nie ścięły) – wtedy na scenę wchodzą jajka. Jajka wbijamy po jednym i energicznie ucieramy (możemy też użyć do tego  miksera ze spiralnymi końcówkami, o ile ma dość mocy, by „uciągnąć” to ciasto).

Jajka wkręcone, to teraz pozostaje nam zastanowić się, co z tego ciasta chcemy zrobić:  karpatkę, ptysie, eklery, a może jeszcze coś innego. Ciasto ptysiowe pieczemy w dość wysokiej temperaturze, od 180 do 210 stopni i od 10 do jakichś 40 minut w niektórych przypadkach.

Na początek proponuję karpatkę – bardzo prosta w wykonaniu i na pewno będzie smakować.
Ciasto rozsmarowujemy cieniutką warstwą na dwóch jednakowej wielkości blaszkach (albo na jednej, jak nie mamy termoobiegu i musimy piec pojedynczo), oczywiście blaszki wykładamy papierem do pieczenia. Ciasto ptysiowe ma to do siebie, że lubi się do wszystkiego lepić – szczególnie do palców, łyżeczki (wtedy potrzebujemy troszeczkę wody do pomoczenia palców czy łyżeczki i powinno pójść z górki), ale niekoniecznie do papieru. Ciasto w piekarniku siedzi sobie około 20 minut, na pewno wierzch musi być porządnie zrumieniony, a papier w miarę swobodnie odchodzić od ciasta. Jeszcze jedno – przez ok. 10 pierwszych minut nie otwieramy piekarnika, żeby ciasto nie opadło.

Placki wyjmujemy z piekarnika i studzimy, jak są już w miarę zimne to bierzemy się za przygotowywanie masy.

Składniki masy:
3 szklanki mleka (jakieś pół szklanki odlewamy)
1/2 kostki margaryny (pozostałej od robienia ciasta)
3/4 szklanki cukru
1 cukier waniliowy (ja zawsze daję duży)

Powyższe składniki musimy zagotować, a w tak zwanym międzyczasie przygotowujemy resztę – co chwila mieszając składniki w garnku.
1 jajko
2 żółtka (ja daję na odwrót, 2 jajka i 1 żółtko, i czy tak, czy tak wychodzi równie dobre)
7 łyżek mąki pszennej

Te składniki musimy wymieszać z odstawionym wcześniej mlekiem. Całość, dobrze wymieszaną, wylewamy na gotujące się mleko i gotujemy jeszcze chwilę (podobnie jak budyń), aż do osiągnięcia gęstej konsystencji (czasami może się zdarzyć, że sypniemy za mało mąki i wtedy trzeba chwilkę dłużej pogotować masę).
Jeszcze ciepłą masę wylewamy na jeden placek i przykrywamy drugim, przyciskając niezbyt mocno, ale tak, by oba placki się ze soba skleiły. Proponuję pokroić ciasto póki jest jeszcze ciepłe i miękkie, wtedy nie będzie problemów z późniejszym dzieleniem karpatki. Wierzch, zgodnie z nazwą ciasta, posypujemy cukrem pudrem, który zgrabnie będzie imitował śnieg w górach.
Jeżeli dbacie o dietę rodziny to proponuję zrobić karpatkę z połowy porcji ciasta i w tortownicy, ale wątpię, by rodzina dziękowała wam za to.

Aha! Jeszcze jedno. Nie zakrzyczcie mnie zaraz, że podaję tu jakiś oszukany przepis na masę do karpatki. Ja osobiście nie przepadam za kremami na bazie masła (czy nawet margaryny) i dlatego ten jest moim ulubionym. Jeżeli jednak ktoś preferuje te ucierane, to można ugotować masę z powyższych składników pomijając margarynę i po ostudzeniu wkręcić tę masę budyniową do margaryny, czy masła.


Eklery

Ciasto jak wyżej, można dodać do niego łyżkę cukru waniliowego. Wyrobione ciasto wkładamy do szprycy z końcówką w kształcie gwiazdki i wyciskamy na spłukaną zimną wodą blaszkę 12 eklerów o długości mniej więcej 10 centymetrów. Pamiętajmy o tym, by ciastka znajdowały się w sporej odległości od siebie, bo przecież jeszcze urosną. Pieczemy je w 200 stopniach (choć oryginalny przepis mówi o 225, ja je piekłam w 200 i też wyszły) około 20-30 minut. Eklery jeszcze ciepłe należy przekroić wzdłuż na pół i ostudzić.

Najtrudniejsza część zadania za nami, teraz tylko jakiś krem.
Moje ulubione eklerki to te z masą budyniową, więc tradycyjnie robię je z masą do karpatki. Możemy również nadziać je bitą śmietaną, wzmocnioną odrobiną śmietan-fixu, gdyby miały dłużej postać. Śmietanę wyciskamy dekoracyjnie szprycą na dolną część eklera i przykrywamy. Wierzch oczywiście polewamy stopioną czekoladą.
Jeżeli sama bita śmietana wydaje nam się mdła, to możemy do niej dodać ze dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej i wtedy mamy masę kawową.
Zresztą, pomysłów na masę może być tysiące i czy to ptysie, czy eklery możecie robić z taką, jaka wam najbardziej smakuje.

A pamiętacie z dzieciństwa ptysie z bardzo słodką i bardzo różową piankową masą? Ja, jak każdy dzieciak, trawiłam tylko takie. Jakoś nigdy nie mogłam trafić na przepis na tę masę, aż kiedyś wpadł mi w ręce przepis na ciasto pod tytułem Arab, i tam jedna masa ma smak i konsystencję à la niegdysiejsze ptysie. Przepis na całe ciasto znajdziecie w grudniowym wydaniu Makutry, a tutaj przypomnę samą masę piankową. Ale ale, zanim masa, to najpierw oczywiście ciasto.
Przepis znacie – kto chce, może mlekiem zastąpić wodę – porcje ciasta wielkości orzecha włoskiego wyciskamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, szprycą z gładką końcówką. Pieczemy około 10 minut w 200 stopniach. Po upieczeniu, zaraz przecinamy ptysie na pół i zostawiamy do ostygnięcia. No, teraz dopiero czas na masę:

4 białka
pół szklanki cukru
opakowanie galaretki wiśniowej
szklanka wody

Białka z cukrem ubić nad parą na sztywną pianę. Galaretkę rozpuścić w szklance wody i odstawić do wystygnięcia. Gdy galaretka zacznie lekko tężeć, dodać ją do ubitych białek i delikatnie wymieszać.
Masą tą nadziewamy nasze ptysie, robimy sobie mocną kawę i zajadamy się naszym dziełem.

Oczywiście ciasto ptysiowe to nie tylko słodkości, równie dobrze ptysie na przykład możemy nadziać jakimś pikantnym nadzieniem:

1/2 średniej cebuli
10 dag serka śmietankowego
1 łyżka posiekanego szczypiorku
sól, pieprz

Cebulę obieramy i drobno siekamy, mieszamy z serkiem i szczypiorem, dosmaczamy solą i pieprzem.

To najprostsza wersja nadzienia pikantnego, na podstawie którego możemy tworzyć inne. Możemy dodać innych ziół do serka, możemy dodać sera pleśniowego, pokrojoną wędlinę, ugotowane na twardo i posiekane jajko, wędzonego łososia. A już bez serka na przykład podsmażone z cebulką pieczarki. Możemy też podsmażyć na patelni drobno posiekaną cebulkę, do tego dodać świeży (lub mrożony), pokrojony szpinak, do tego trochę twarożku i fety, przy zdjęciu z ognia dodajemy posiekany czosnek. No i nie zapomnijmy o doprawieniu nadzienia solą, pieprzem może być też bazylia, oregano czy jakieś inne zioła.

Ale to jeszcze nie wszystko co można zrobić z ciasta ptysiowego. To ciasto można również usmażyć w głębokim oleju.

Pączki ptysiowe ze śliwkami

1/4 litra mleka
7 dag masła
szczypta soli
25 dag mąki
5-6 jajek
5 dag rodzynek
25 dag śliwek węgierek
5-6 łyżek cukru pudru do posypania
2 litry oleju (czy ile tam nam się zmieści w odpowiedni garnek czy frytownicę)

W rondelku gotujemy mleko z solą i masłem, po czym zdejmujemy z ognia i wsypujemy całą mąkę. Ponownie stawiamy garnek na gaz i energicznie mieszamy do czasu, aż mąka stanie się szklista. Gdy ciasto przestygnie, wbijamy po jednym jajku i ucieramy.
Rodzynki sparzamy wrzątkiem (najlepiej na sitku albo moczymy przez chwilę w gorącej wodzie, odlewamy i osuszamy), śliwki pozbawiamy pestek i kroimy na mniejsze kawałki. Zarówno śliwki, jak rodzynki mieszamy z ciastem.
Ciasto zrobione, bierzemy się za smażenie. Tłuszcz rozgrzewamy (do około 175-180 stopni, ale jak nie mamy odpowiedniego sprzętu do sprawdzenia temperatury, to też sobie poradzimy: kawałeczek ciasta rzucamy na tłuszcz i jeżeli zaraz zacznie skwierczeć i ładnie się rumienić, to jest OK) w garnku lub frytownicy. W oleju na moment zanurzamy łyżkę i odcinając nią niewielkie porcje ciasta, wrzucamy po kilka do oleju. Smażymy na złotobrązowy kolor. Po wyjęciu z oleju odsączamy na bibule i jeszcze gorące obficie posypujemy cukrem pudrem.

To całe przygotowanie ciasta wydaje się być dość długotrwałe i pracochłonne, ale wierzcie mi, tylko się wydaje. Tak naprawdę robi się je dość szybko i jaka satysfakcja potem, że wszystko zniknęło za jednym posiedzeniem. Smacznego wam życzę.