Sezon grillowy każdy może rozpoczynać, kiedy chce. Zeszłego roku grillowaliśmy w ogrodzie spowici w zimowe kurtki i szaliki pod koniec marca, w tym roku na początku maja przy akompaniamencie deszczu. Szczęściem, posiadamy zadaszony taras, więc palenisko zostało uratowane przed powodzią.

Ale nie mięso jest głównym składnikiem uczty grillowej, o nie! Mięso to raczej skromny dodatek do cuda, jakim jest masło ziołowo-czosnkowe. Można go dodawać do bagietki i tak posmarowaną piec na ruszcie, można posmarować nim kolby kukurydzy, plastry bakłażana, cukinii czy pomidory… a niebiańsko smakuje z grillowym serkiem fetą. Oczywiście, jeśli ktoś nie może się oprzeć i musi mieć mięso, to chyba nie powiem nic nowego: stek czy inne udko posmarowane ziołowymi delicjami wręcz  doprowadza nasze podniebienie do istnego smakowego orgazmu. Kto chce go przeżyć, niech zanotuje w kolejności następującej:

Masło ziołowe górą!

Najpierw zaopatrujemy się w składniki. Kto ma dostęp lub jest szczęśliwym posiadaczem ogródka, przynosi z niego: bazylię, tymianek, rozmaryn, majeranek, moze być trochę pietruszki i szczypiorku, specyficznego smaku nadaje również mięta. Acha, no i czosnek, ilość zależna od woli i stopnia upojenia czosnkowego. To samo tyczy się ilości ziół. Osoby ogródka nie posiadające nie powinny mieć problemu z zakupem tych ziół na targu, w warzywniaku lub w sklepie ogrodniczym Obi, gdzie spotkać można te roślinki profesjonalnie wyhodowane w doniczkach (proszę o sprawdzenie, czy faktycznie tak jest! W Niemczech można dostać bez problemu, więc myślę, że w Polsce również!) W ogóle gorąco polecam nieposiadaczom ogródka założenie własnej hodowli ziół na balkonie lub parapecie kuchennym. Wyrastają bez problemu w każdych warunkach, ze zwykłych nasion.
Zioła płuczemy, siekamy dosyć drobno razem z czosnkiem. Dodajemy wraz z solą i pieprzem do miękkiego masła (margaryna smakuje raczej obrzydliwie) i mieszamy. Dobrze jest odstawić masło przed spożyciem do lodówki żeby trochę przeszło aromatami i zrobiło się twardsze.
I to by było na tyle… miłego ziołowego upojenia życzę!

Jabłkowy odmieniec czyli chutney

Dla amatorów egzotyki w wydaniu polskim, polecam z czystym sumieniem chutney jabłkowy, miły dodatek do grillowych pyszności, a może nawet dodatek nieodzowny. Dla tych, którym jabłka spowszednieją, zastąpienie ich w przepisie bananami lub brzoskwniami nie powinno być problemem. Chutney (a może pokusimy sie o konkurs na bardziej swojską nazwę?) z jabłek smakuje najlepiej do drobiu, ale kombinowanie go z innymi rodzajami mięs jest jak najbardziej mile widziane. Bierzemy więc:

3 kwaśnawe jabłka
½ łyżeczki świeżego utartego imbiru
½ łyżeczki curry
100 ml soku jabłkowego
1 papryczkę czerwoną chilli
1 cebulę
2 łyżki cukru

W garnku karmelizujemy cukier (czyli wrzucamy go do gorącego naczynia i czekamy aż się rozpuści), dodajemy pokrojoną w kostkę cebulę, drobno pokrojoną papryczkę chilli oraz starty imbir. Na to wrzucamy curry i „gasimy” zawartość garnka sokiem z jabłek. Obniżamy temperaturę gotowania i wrzucamy jabłka pokrojone w średnio drobną kostkę. Gotujemy wszystko, ale tak by nie rozgotować, odstawiamy do wystygnięcia i podajemy.

Dusimy Greka czyli śródziemnomorskie warzywa

Danie nadaje się również na dni bezgrillowe, kiedy to mamy do dyspozycji tylko piekarnik. Myślę, że Grek się nie obrazi…
Ilość składników zależy od ilości osób, podaję średnią porcję jako dodatek do innych grillowych pyszności.

1 większa oberżyna
1 większa cukinia zielona
1 większa cukinia żółta (to bardziej dla kolorystyki, można sobie darować)
1 papryka żółta, zielona i czerwona
4 wielkie pieczarki
4 cebule średniej wielkości
3 zielone pepperoni

Wszystkie składniki kroimy na średniej wielkości kawałki (pieczarki w plasterki, cukinie w słupki), wrzucamy do miski i zalewamy marynatą z następujących, zmiksowanych składników:

2 gałązki tymianku
2 gałązki rozmarynu
1/2 pęczka pietruszki
1 ząbek czosnku
sól i pieprz
oliwa z oliwek

Dokładnie mieszamy jarzyny z marynatą-sosem, po czym dzielimy je na małe porcyjki i pakujemy w folię aluminiową. Czas grillowania zależy od temperatury grilla, jarzyny mogą sie dusić długo, ale jeśli ktoś lubi, można je jeść chrupiące, na wpół miękkie. Mam cichą nadzieję, że wegetarianie polubią mnie za to danie.

Chłodnik: uwaga, zielono mi!
(może niekoniecznie jako niezbędny towarzysz zabawy podczas grillowania, ale przeciwwskazań oczywiście nie ma)

Chłodniki mają za zadanie nie tylko ucieszyć podniebienie i żołądek, ale także oczy. Z żalem opuszczam w tym przepisie pomidory (byłoby to wtedy klasyczne gazpacho czerwone) albowiem naszym tematem jest dziś kolor zielony, który, jak wiadomo, jest nie tylko kolorem nadziei, ale kolorem, przy którym doskonale odpoczywają zmęczone oczy. Łączymy dziś przyjemne z pożytecznym, a co najważniejsze ze zdrowym, i zanurzamy się w zielonych głębinach gazpacho. W tym celu potrzebujemy:

3 kromki chleba tostowego
1 zielona papryka pieprzna
1-2 ogórki
1 ząbek czosnku
1 wiązka zielonych cebulek
1 zielona papryka
1 łodyga selera naciowego
6 łyżek oliwy z oliwek
9 łyżek octu
sól i pieprz
szczypta cukru
grzanki

Chleb tostowy okrawamy ze skórki i namaczamy w odrobinie zimnej wody. Papryczkę pieprzną i ogórek myjemy jak należy, odpestczamy (tak, tak ogórka też! Robimy to krojąc go wzdłuż na 4 części i wycinając jego środek, czyli pestki z galaretowatym miąższem) i kroimy w grube kostki (kawałek ogórka, około 2-3 cm, zostawiamy do dekoracji). Pozostałe warzywa rownież kroimy w grubą kostkę. W międzyczasie odciskamy chleb z wody i wrzucamy go brutalnie w towarzystwie pokrojonych jarzyn, oliwy i octu do wysokiego naczynia po czym wszystko miksujemy na ciapę. W zasadzie chłodnik jest gotowy! Przyprawiamy solą, odstawiamy do lodówki na przynajmniej godzinę. Kawałek pozostałego ogórka drobno siekamy, po czym kostkami ogórka oraz grzankami ozdabiamy chłodnik tuż przed podaniem do stołu.

Miodzik!!!!

Orzeźwiający, zimny, smakowity, świetnie pasujący do grillowych poczynań – oprócz piwa naturalnie. Przepis krótki, szybki i przyjemny, jeśli pod ręką znajdą się:

Miód (obojętnie jaki)
Sok z cytryny (najlepiej świeży)
Kilka świeżych liści mięty

Gotującą wodą zalewamy dwie do czterech łyżek miodu (w zależności od tego, ile napoju chcemy przyrządzić) z listkami mięty. Na koniec dodajemy sok z cytryny – tyle, ile lubimy, oczywiście. Gotowy napój odstawiamy do wystygnięcia, a następnie wstawiamy na kilka godzin do lodówki. Można lodówkę pominąć i do pokojowo schłodzonego napoju wrzucić kilka kostek lodu. Dla dekoracji (oko patrzy czujnie) można wrzucić parę plasterków cytryny (wtedy dodajemy mniej soku na początku).

A teraz, jeśli ktoś ma jeszcze siłę, ochotę i dostatecznie rozepchany żołądek, zapraszam na dania mięsne… Chociaż po takim wstępie… kto by się jeszcze rzucał na kiełbaskę!